no tak – weekend

 

Zapowiadali piękny weekend, a tu…
No ale jeszcze nic nie wiadomo, na razie słonka na niebie brak.
Zresztą co za różnica, czy jest, czy go nie ma, skoro i tak nie mogę iść sobie do Parku?No, przesadzam, zawsze mogę przecież podejść (lub podjechać) jeden przystanek autobusowy i odwiedzić Park Jordana.
Fakt, dawno tam nie byłam.
Gdy jeszcze miałam psa, chodziłam z nimi na spacer na Błonia, albo właśnie do Parku Jordana codziennie.
Jeszcze wtedy wolno było puszczać w nim psy bez smyczy.
Spotykaliśmy się tam całą grupą zaprzyjaźnionych właścicieli psów, myśmy plotkowali, psy sobie biegały wesoło po polance. Były ze sobą zaprzyjaźnione, więc zazwyczaj zgoda między nimi była, chociaz nie powiem, zawsze do jakiegoś małego zatargu na przykład o patyczek mogło  dojść.
Ale zawsze kończyło się to na kilku warknięciach, a potem zabawa trwała nadal.
No a potem przymusowo szliśmy do Okrąglaka w Parku, taka kawiarenka z olbrzymim tarasem, na którym przyjemnie kawkę się popijało, prawie na łonie natury, drzewka szumiały, trawka się wokoło zieleniła, no i sporo ludzi z dziećmi, z psami, spacerowało, czasami  zakochane pary, czasami starsze osoby, samotnie, lub pod rączkę z partnerem……
To były czasy……..  ale to się już nie wróci.
Teraz już nie miałabym siły na kilkugodzinne spacery z psem, a tyle właściwie pies potrzebuje czasu, aby dobrze się wybiegać.
Na spacery wychodziłam rano, po godzinie szóstej, szłam na jakieś półtora godzinny spacer po parku, gdzie zawsze spotykałam jakiegoś znajomego pieska, z którym moja Tina mogła sobie pobiegać. Po pracy brałam psa na jeszcze raz długi spacer, gdy była wiosna, lato, czy jeszcze wczesna jesień spędzałyśmy czas na Błoniach, czy w Parku aż do wieczornych godzin. Nigdzie się wszak nie spieszyłam, a i pies był zadowolony i szczęśliwy.
Pamiętam, że kiedyś na wystawie ktoś mnie się spytał, co robię, że mój pies ma tak wspaniale rozwiniętą muskulaturę, odpowiedziałam : po prostu spędzam na  czynnych spacerach z moim psem sporo czasu. Fakt, mięśnie Tina miała naprężone wspaniale, aż drgały pod jej skórą, gdy je napinała, jak u wytrawnego araba.
Ale mnie na wspomnienia wzięło…….
Ciekawa jestem, gdzie teraz będą na spacerki wychodziły te wszystkie okoliczne pieski, skoro park jest zamknięty?
No a potem na pewno będzie obowiązek prowadzenia po parku psa tylko na smyczy, o ile w ogóle wolno będzie im tam wchodzić.
A pies wybiegać się musi. Pozostają więc tylko Błonia. o ile znowu komuś nie przyjdzie do głowy ich zagospodarować.
Kto ma jakiś samochód ma nieco łatwiej. Zawsze można wywieźć pieska na jakieś podmiejskie łączki, żeby do woli mógł sobie pobiegać, bez przeszkadzania innym osobom. A jeżeli ktoś takiego wehikułu nie posiada? Przewozić psa, zwłaszcza większego, w miejskim środku lokomocji jest trochę uciążliwe, nie każdy lubi obecność czworonogów w tramwaju, czy w autobusie, już nie mówiąc, że psy na ogół nie cierpią, gdy im pyski krępuje się kagańcem, a niestety taki jest obowiązek właściciela psa.
No, ale bym się urządziła na cacy, gdybym się zdecydowała, jak mnie do tego namawiali, na psa. Teraz w okolicy naprawdę nie ma gdzie z nim wychodzić.
Nawet taki mały pies „kanapowy” też gdzieś za potrzebą wychodzić musi.
Zresztą mnie nigdy  takie „kanapowce” nie interesowały, żadne pudle, żadne ratlerki, ewentualnie z małych psów podobają mi się buldogi francuskie (angielski też może być, chociaz jest ciut większy), a to wszystko przez te spłaszczone pyski, mam do nich po prostu słabość. Tak zostało mi po bokserach, których kilka w życiu przecież miałam: Atę, Tonę, Kaję…..
Każdą z nich wspominam z łezką w oczach, chociaz każda miała inny charakter.
Najbardziej charakterna była Tina, ta nie dawała sobie nigdy dmuchać w kaszę i zawsze utrzymywała swoją przewagę nad innymi pieskami. Kaja za to miała bardzo towarzyskie usposobienie i każdy piesek, duży, czy mały mógł być jej przyjacielem. A gdy któryś z większych piesków zaatakował Kaję, ta patrzyła na niego z niedowierzaniem w oczach : „jak to, mnie, Kajusię zaatakowałeś”????
Za to najmądrzejsza z nich wszystkich zdecydowanie była Ata, ona tylko mówić nie umiała, ale zdecydowanie wszystko rozumiała i potrafiła świetnie przekazywać to, o co jej chodziło. Przynajmniej ja ją świetnie rozumiałam. Jedynym wielkim jej wrogiem były wszystkie koty, niestety kilka na swoim sumieniu miała…… to był zew, gdy już kota dorwała, tylko kudły z niego pozostawały, żadne moje rozkazy ” Ata, zostaw” nie działały. No, ona  może tylko słuchała się mojego kolegi Lecha, kiedyś pojechali razem pod Kraków, do zaprzyjaźnionych znajomych, niestety tam były też koty. Ale ostre jego słowa, nie wolno ruszać kotków podziałały na pieska, wściekała się tylko, gdy bezczelne koty wyjadały z jej miseczki jedzonko, a jej nie wolno było swojej własnej miski obronić. Gdy wrócili już do Krakowa i ja wyszłam z nią na spacer, pierwsze co pogoniła jakiegoś kota na drzewo i nie mogłam ją przez godzinę od tego drzewa odciągnąć. Musiała się przecież gdzieś odreagować……..

A w ogóle to młodość, spacery i możliwość poruszania się bez jakichkolwiek bólów to fajna sprawa. Wiem niestety coś o tym, zwłaszcza teraz, gdy są dni, że każdy krok sprawia olbrzymi ból. Dlatego ta obecność parku koło mojego domu była dla mnie taka cenna.
No i znów w odpowiednim czasie będzie, tylko muszę to jakoś przeczekać.
Mogę jedynie posiedzieć sobie na balkonie, ale ostatnio w budynku obok robią jakieś prace remontowe, od rana do późnego popołudnia radio gra na cały regulator, a oni stukają, wiercą… myślałam, że w sobotę będzie spokój, ale nie, oni już tam są. I pewno będą gdzieś do godziny 15.

Życzę przyjemnego weekendu.
O właśnie słonko jakoś co prawda nieśmiało, ale wychodzi zza chmury.
Tylko niestety na dzisiejszy dzień zapowiadano i opady i burze…..

Dobrej soboty

jeszcze słów kilka o Parku Krakowskim

tak będzie……

 

 

Wczoraj zrobi łam sobie mały rekonesans. Nawet mi do głowy przez sekundę nie przyszło, że całkowicie park zamkną. A jednak.
Nawet wejście główne do Parku też jest zamknięte, nie ma do niego wstępu.

Gdzie teraz się podziać? – najbliższy park to Park Jordana. Pewnie będzie teraz przepełniony, skoro jeden z ośrodków wypoczynków jest niedostępny dla ogółu.
Na złowrogiej blasze, którą opasany jest park, widać napis Teren budowy, wstęp zabroniony.
Ale dla pocieszenia wywiesili też tablicę, określająca rewaloryzacje parku z obiecującymi zdjęciami dotyczącymi jego przyszłości i z datą uroczystego otworzenia parku na nowo na 18. maja 2018r.

Czyli czekać trzeba rok z okładem. Ale czego za to tam nie będzie: piękne trawniki, pełne kwiatów, ciekawe jak długo, przecież chuligani zaraz się tym zainteresują – no chyba, ze wprowadzą monitoring, tak myślę, że to byłby niezły pomysł. Prócz tego będzie też i wspaniały plac zabaw dla dzieci z przeróżnymi atrakcjami,  również i dla dorosłych, bo będą stały specjalne stoły do gry w szachy, myślę, że wszyscy będą zadowoleni, tylko….no cóż, cierpliwość podobno popłaca.
Zawsze w lecie w Parku Krakowskim w niedzielę odbywał się Truck – catering, teraz tego zaniechają, ale nawet nie jestem pewna, czy i w przyszłym roku do nowo odrestaurowanego Parku pozwolą wjeżdżać ciężkim, jakby nie było, samochodom. Przypuszczam, że nie. Zresztą szkoda będzie niszczyć nowe alejki.
Trudno, trzeba będzie się obejść ze smakiem.

No to teraz sobie troszkę potupię na około, trudno, i tak nie mam innego wyjścia, za to za rok będę radowała swoje oczy nowymi roślinkami, które zasadzą i drzewa i krzewy i całe klomby kwiatów.
Pewno będę jak szalona latała z aparatem i robiła zdjęcia, które umieszczę i na Face Booku i pewnie i tutaj.
Rok, tylko rok, aż rok !!!!
Ale się potem  będzie działo !!!!!!!

Wczoraj cieplutko zrobiło się dopiero popołudniu, słonko grzało całkiem mocno, a dzisiaj?????
Dzisiaj od rana słonko pięknie świeci, ptaszki śpiewają, im zamknięty park w  codziennych trelach wcale nie przeszkadza.
Przez okno mogę tylko podziwiać te puste całkowicie alejki i ….smutno mi jakoś. Cały park obwinięty jest szczelnie blaszanym, wysokim płotem, tak, że nawet z ulicy nie widać, co tam w środku się dzieje, słychać tylko odgłosy pracujących maszyn i te oddalone alejki, na których na razie nic się nie dzieje.
Na razie zagospodarowują obrzeża parku.

Dzisiaj mam dzień „remontowy” to znaczy idę walczyć ze swoją głuchotą i ze swoją kulawizną. Znaczy się idę di laryngologa i do ortopedy, czyli pół dnia przesiedzę w przychodni. Ale zaopatrzyłam się w jakiegoś „brukowca”, może nie będę się nudziła. tylko, żebym zdążyła wszystko pozałatwiać.
Wczoraj w aptece kupiłam sobie płyn do ucha – Vaxol, (jeszcze nie wiedziałam na pewno, czy się na laryngologiczną wizytę załapię), na wszelki wypadek go zastosowałam, ale i tak głucha nadal pozostaję, chociaż coś mi już w tym uchu „trzeszczy” – to dobry znak.
Idzie ku lepszemu.

A ponieważ weekend dużymi krokami już  nadchodzi , czyli czas relaksu  już rozpocznie się za kilka godzin, coś na dobry jego początek:

Przychodzi zając do sklepu i mówi:
– Poproszę chlebek z górnej półki.
Miś podaje mu chleb. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Tak jest przez kilka dni. W końcu przychodzi do sklepu i mówi:
– Poproszę masło z dolnej półki.
Zdziwiony miś podaje mu masło.
– I chlebek z górnej półki. 

No to sięgamy do górnej półki i idziemy do pracy (albo do lekarza, jak na przykład ja), a potem już tylko…………odpoczynek.

Życzę bardzo przyjemnego i słonecznego piątku  i wspaniałego weekendu, a mnie już praktycznie tu nie ma……

różne sposobby komunikacji.

 

 

BOŻE, JAK JA WAS WSZYSTKICH KOCHAM  !!!!

 

I tak było. Wiadomość messengerem oczywiście od Uli wczoraj do mnie dotarła, wiadomość była wspaniała, gdyż i pogoda i humor mojej Przyjaciółce dopisuje, z czego bardzo się ucieszyłam. Ale czy mogło być inaczej????  Moje CZARY – MARY  musiały zadziałać !!
A swoja drogą jak bardzo zmienił się sposób komunikacji pomiędzy ludźmi.
Dawno, dawno temu wiadomości wysyłali sobie drogą, wysyłając różne wieści tak zwanymi wiciami.

Wici – starodawny sposób zwoływania  wojowników i rycerzy  na wyprawę wojenną.

Początkowo były to pęki łoziny lub powrozów rozsyłane przez króla do najważniejszych urzędników w regionie (wojewodów, starostów kasztelanów)  którzy przekazywali je swoim podwładnym za pomocą posłańców używając systemu sztafetowego. .

W późniejszym okresie wici  zostały zastąpione pisemnym listem zwołującym pospolite ruszenie.

Obecnie, używane jako  przenośnia  oznacza komunikat o ważnych sprawach
W chwili, gdy zaczęła działać poczta, komunikacja była już bardziej ułatwiona, listy pierwotnie przewożono powozami, co oczywiście wydłużało czas otrzymanie wiadomości, potem wraz z rozwojem cywilizacji zastępowano powozy pociągami, samolotami. Ale i tak wiadomość niejednokrotnie przychodziła z opóźnieniem.
Już nie wspomnę o wynalezieniu telefonu, jako bardziej nowoczesnego sposobu porozumiewania się, potem wynaleziono telegrafy, telefaksy, aż nadszedł czas esemesów.  Ludzie oszołomieni prędkością przekazywania w ten sposób wiadomości zaczęli jej używać na co dzień, zapominając niejednokrotnie o starych, a jakże miłych sposobach przekazywania chociażby życzeń świątecznych, czy imieninowych, bądź urodzinowych przy pomocy pocztówek.
W tej chwili mało jest takich pocztowych przesyłek, a pamiętam czasy, gdy w czasie świat trzeba było odstać dosyć długi czas na poczcie, by kupić znaczki i wysłać do kogoś życzenia.
A jeszcze później powstało tyle społecznościowych komunikatorów jak (najwcześniej chyba) słynne gadu – gadu (teraz coraz mniej używane), messenger, Twitter. aż po słynny Face Book, na którym wprost kwitnie towarzyskie życie. Ma to w pewnym sensie i trochę ujemne skutki, bo wiele osób chętniej ze znajomymi spotyka się właśnie na komputerowym forum, niż w realu, ale też i dzięki tym komunikatorom zaiskrzyło wiele przyjemnych i trwałych przyjaźni i miłości.
Właśnie dzięki takiemu komunikatorowi, jakim był czat poznałam właśnie spory czas temu  Ulkę.
I chociaż dzieli nas jednak odległość około 500 km nadal utrzymujemy ze sobą kontakt, mimo upływu czasu.
Jeszcze raz Ci dobrej zabawy życzę Uleczko i cieszę się, że się do mnie odezwałaś wczoraj.

Park Krakowski zakluczony. No, jeszcze nie całkowicie, główna alejka wciąż jest jeszcze otwarta i całe szczęście, bo gdzie przyjdzie tym biednym emerytom i emerytkom odpocząć na ławeczce? W każdym bądź razie alejka koło mojego domku jest od kilku dni  zasłonięta blachą i aby dostać się na moją uliczkę, która przylega przecież do parku, muszę trochę obchodzić park na około. No i tak będzie przez długi czas, ale trzeba przyznać, że jakas tam robota w Parku trwa.
Gorzej, że nie ma w stawie kaczuszek, na początku wiosny widziałam co prawda  dwie  małe kaczuszki, ale pewnie gdzieś je przenieśli, a związane jest to właśnie z remontem parku. Trudno narażać biedne kaczki na stresy ryczących maszyn.
Jakoś przetrwam ten smutny czas, szkoda, że akurat wymyślili ten remont w czasie, gdy najchętniej w parku się przebywa, nie mogli tego zaplanować jakoś na jesień? Pogoda zarówno w lecie jak i w jesieni jest podobnie nieprzewidywalna, szczególnie ostatnimi czasy.

Wiecie, jaki ulubiony jest teraz mój serial  TV? „Na Sygnale”. Trzeba przyznać, że przystojne chłopaki w nich grają, dziewczyny też są ładne, szczególnie Martynka.
Wcale nie miałabym naprzeciw, żeby taka drużyna przyjechała mnie ratować, ale to niestety nie real, to tylko film…..
Chociaż nie mogę narzekać, chłopaki, które kiedyś wiozły mnie do szpitala też były bardzo miłe i cierpliwe, wiadomo, Firma zobowiązuje.
Kto jak kto, ale ja na Służbę Zdrowia narzekać nie mogę, raczej dotąd zawsze spotykałam się z bardzo miłą załoga i w szpitalu i w przychodni i w transportach….. nigdy nie miałam żadnych zatargów.

Z utęsknieniem czekam na jutrzejszy dzień i na spotkanie z uroczym panem doktorem chirurgiem, który znów ulży mojemu kolanku następnym zastrzykiem
W skali od 1 do 10 ulga nasępiła tylko na 1,5, czyli nie jest za wielka, szczególnie rano, gdy kolano jest zastane, potem bywa różnie.
No, ale wierzę, że po następnych iniekcjach będzie już znakomicie, inaczej pozostanie mi tylko bioterapeuta lub….operacja. Jakoś na żadną z tych możliwości nie mogę na razie się zdecydować.

A pogoda? No dzisiaj też zapowiada się całkiem przyjemny dzionek, słoneczny, nie za gorący, o temperaturze około 20 stopni, taki lubię najbardziej.
No to miłego czwartku



środa bez Uli

 

Ale za to jak zwykle z piękną różyczką, która Ula sobie po powrocie zabierze.
Na razie Ulka fruwa gdzieś po Bałtyckim wybrzeżu, razem ze swoim towarzystwem miło spędza czas. Oczywiście pogoda jej dopisuje, wiadomo, specjalnie dla Niej tę śliczną pogodę zamawiałam.
Wiem, że nie znajdę dzisiaj w blogu komentarza od Uli, ale też wiem, że na pewno ten wpis dzisiejszy przeczyta i potwierdzi Messengerem.
Baw się dobrze Uleczko, ciesz się z każdej miło spędzonej chwili i nabieraj sił, żeby po powrocie do Poznania starczyło Ci ich aż do następnego wyjazdu.

Co ciekawego słychać? Otóż Pis znów zwiększa swoją przewagę nad PO. Co to oznacza?, ano to, że jeszcze na długo będziemy skazani na rządy pisiej formacji.
Większość Polaków wie, że niestety jest to szkodliwe dla Polski, ale póki opozycja nie umie się jednak jakoś porozumieć, póki każdy z nich ciągnie i tak krótką kołdrę w swoją stronę, dopóki tak  jest i tak będzie.
Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby mogła się zmienić nasza ponura rzeczywistość. I nie rozumiem, co te 35 procent Polaków widzi dobrego w rządach Pisu, gdy ich rządy są w dokładnej przeciwności do demokratycznej rzeczywistości, którą już przecież poznaliśmy, o która kiedyś walczyliśmy.
Ale jeżeli i do tej pseudo wiary rządzących dodamy pełną hipokryzję, obłudę, kłamstwa przykro wierzyć, że jeszcze tylu ludzi daje się oszukiwać. Kiedyś jedną słuszną racją w Polsce było PZPR, teraz niestety sprytnie  tę pałeczkę przejął  Kościół. Sprytnie, popierając uległą sobie partię, są teraz najważniejszą instytucją w Polsce, narzucającą bez jakichkolwiek zahamowań swoją wolę.  Nie mam naprawdę nic przeciwko wierze, ale na pewno mam przeciwko indoktrynacji naszego Kościoła. Polska, która w Konstytucji napisane ma, że nie jest państwem wyznaniowym nie szanuje świeckości państwa.
Artykuł 25 paragraf 2  Konstytucji RP  mówi Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych…

Niestety tak nie jest, bo  zarówno rząd jak i prezydent wydaje się Konstytucji nie respektować i siłą narzuca poddaństwo państwa Kościołowi, narażając się tym na gniew i wręcz na śmieszność tym stałym swoim klęczeniem przy każdej okazji.
Wiara jest sprawą indywidualną każdego człowieka i powinno się to uszanować, a siłą narzucanie jakichkolwiek poglądów trąci anarchizmem i przypomina nam te niezbyt dobre dla naszych wspomnień czasy, chociaz tamtejsze narzucane kanony były odmienne od tych dzisiejszych.
I tak powinno pozostać, każdy ma własne sumienie, własne poglądy, własne wyznanie i nikomu siłą niczego narzucać nie wolno, Myślę, że i takie stanowisko Kościół powinien zrozumieć i uszanować.
Każda modlitwa, każda rozmowa z Panem Bogiem, z Maryją powinna zostać intymną tajemnicą każdego człowieka i wystawianie jej forum jest sprzeczne z wiarą. Oczywiście są pewne wyjątki, gdy obchodzimy podniosłe uroczystości kościelne, ale nie powinny  one być miarą państwowości, a wyrazem wiary.

A jeżeli do tej pseudo wiary rządzących dodamy pełną ich hipokryzję, jawne oszustwa, wykorzystywanie stanowisk (i wiary) do zapewnienia sobie odpowiednich warunków do bytowania, dokładnie wydaje mi się wszystko fałszywe, jakby nasza rzeczywistość odbijała się w krzywym zwierciadle. Czy nie mam racji?

Wczoraj wieczorem postraszyła nas troszkę burza, parę razy błysnęło, rozległo się kilka grzmotów, spadł dosyć sążnisty deszcz (chyba nawet padał i potem, późno w nocy), ale na szczęście poranek wstał już promienny i słoneczny, aczkolwiek nieco wietrzny.
I niech tak pozostanie na całą dzisiejszą środę. Nareszcie mogę chodzić w sukience!!!!

I na koniec wstawię jeszcze jednego kwiatka, tym razem dla Irenki, która dzisiaj obchodzi urodziny, a która czasami do mojego blogu też zagląda.


 

Wszystkiego najlepszego Irenko w Dniu Twoich Urodzin, niech zdrowie, miłość i  szczęście  będzie dla Ciebie domeną każdego Twego dnia.

A wszystkim moim Gościom życzę przemiłej i przepięknej środy

Głucha Ewa

Muszę jednak odwiedzić laryngologa, już całkowicie ogłuchłam na lewe ucho.
Jest to bardzo denerwujące, gdy ma się ciągle ucho „w studni”. Już nie mówiąc, że coraz głośniej nastawiam odbiorniki, pewnie sąsiedzi mi wreszcie zwrócą uwagę.
Musze podjąć jakieś kroki w tym kierunku, nie wiem, czy ten preparat, który ostatnio reklamują mi by nie pomógł?
Jeżeli nie, to czeka mnie „Karolka”, czyli przepłukiwanie ucha. A wtedy nagle świat zrobi się okropnie głośny, nie wiem, co już lepsze.

Znowu narzekam, co robić, takie jest życie, zawsze coś…….
Ale człowiek się „sypie” na te stare lata : brzuch, kolana, ręce, stopy… dobrze, że jeszcze główkę mam w porządku, przynajmniej jakoś jeszcze myśleć mądrze  mogę.
Bo gdyby główka odmówiła mi posłuszeństwa…. oj to by dopiero nieszczęście było. Z takimi małymi bólami jakoś sobie radzę, przynajmniej do tej pory, fakt, że dzięki zaprzyjaźnionej mi Służbie Zdrowia i czuwającego nade mną Anioła Opiekuna – Maćka. Ale dokąd mogę go swoimi dolegliwościami nękać? A te przychodzą niespodziewanie z różnych części mojego „wątłego” ciała.
Ale nie można się poddawać, trzeba żyć dalej, a mam nadzieję, że jeszcze tego życia jeszcze przede mną trochę pozostało.
Zresztą mam taką cichą umowę z Darią (córką Maćka), że gdy ona skończy medycynę, porządnie się za mnie zabierze. No to cierpliwie sobie czekam, ale przed nami jeszcze jakieś 4 lata co najmniej.

A ponieważ znów wprowadzam jakieś marudne treści w moim blogu, może coś innego, nieco relaksowego?

 GRUBASKI GÓRĄ, pisze to z całym przekonaniem, jako, że i ja kiedyś do tej gorszej części kobiet należałam i w związku z tym też dane mi było przeżywanie wiele upokorzeń, nie tylko zresztą od mężczyzn. Przykre to, gdy kryterium człowieka określa się tylko i wyłącznie jego wyglądem.

Kiedyś przeczytałam w jakimś brukowcu  wspomnienie jakiegoś niedowartościowanego mężczyzny, w sile wieku, który to artykuł można śmiało właśnie zatytułować „Grubaski górą”
Czy ten pan był niedowartościowany? Raczej znudzony codziennością, stagnacją w rodzinie złożonej z żony i dwójki dzieci, codzienności w wykonywanej pracy, szukał więc jakiejś odskoczni, aby nudę czymś zapełnić. Wymyślił sobie, że poszuka nowego „szczęścia” w internecie. Oczywiście nie miał wcale na myśli całkowite odejścia od codzienności, chciał po prostu pozwolić sobie na chwilkę odskoczni od  nudnego życia. Zalogował się na jakimś czacie internetowym i tam szukał swojego nowego „szczęścia”
Trafił wreszcie na dziewczynę, która wydawała mu się godna jego uwagi. Oczywiście uderzył w znane skądinąd nam tony, jaki to jest nieszczęśliwy, porzucony i szukający nowej, prawdziwej miłości. Trafił na pewny grunt, dziewczyna, z którą zaczął rozmawiać również szukała swojej drugiej połówki .
I jak to w internecie bywa, najpierw sobie rozmawiali, potem on chciał koniecznie zobaczyć, jak ona wygląda, więc namawiał ją na wysłanie swojego zdjęcia.  Dziewczyna pierwotnie się krygowała, że niby źle na zdjęciach wychodzi, wreszcie podesłała  mu swoja fotkę, a na niej  była piękna, młoda blondyna, o nienagannej figurze, pięknej twarzy, jednym słowem cud miód ultramaryna.
Oczywiście facet zaczął nalegać, aby w końcu się spotkali w realu, najpierw dziewczyna go lekko zwodziła, ale w rezultacie po pewnym czasie zaprosiła go do swojego mieszkania na kolację. O umówionej porze facet bardzo zaintrygowany i podniecony spotkaniem z tą kobietą – wampem stanął pod jej drzwiami i zadzwonił. Drzwi się otwarły i…..mężczyzna doznał szoku, w ich tle stała dosyć sporych rozmiarów, niezgrabna dziewczyna  – słoń- jak ją potem  nawet nazwał. Rozczarowanie było tak ogromne, że facet nawet nie odważył się wejść do mieszkania, wyznał tylko, że czuje się zawiedziony i oszukany, ( dziwne, że nie przeszkadzało mu wcale to, że sam też przecież ją oszukuje), obrócił się na pięcie i dał dyla. Po powrocie do domy wyrzucił jej dane ze swojego komputera i myślał, że już problem ma z głowy.
Tym czasem na drugi dzień w jego mieszkaniu pojawiła się policja, która skuła go i zaprowadziła na komisariat z oskarżeniem  o gwałt na dziewczynie.
Zawiedziona dziewczyna postanowiła nie odpuścić takiej zniewagi i postanowiła się na nim zemścić.
Sprawa skończyła się w sumie pomyślnie, po wielu godzinach przesłuchań i po nocy spędzonej w areszcie został on zwolniony do domu, a dziewczyna przyznała się, że jego oskarżenie spowodowane było zwyczajną zemstą.
Co prawda facet cieszył się, że dziewczyna za takie fałszywe oskarżenie poniesie karę, ale po powrocie okazało się, że kara za wiarołomstwo dorwała i jego, mianowicie, jego żona dorwała się do laptopa, przeczytała na nim wszystkie jego rozmowy, więc niewiernego męża spakowała i wystawiła za drzwi. Nie wiadomo do końca, czy w sumie wybaczyła mu jego zdradę, ale na pewno facet musiał odpokutować za swoje grzechy.
A czemu to piszę? Dziewczyna musiała być okropnie zdeterminowana, może myślała, że rzeczywiście w ten sposób może odnaleźć miłość swojego życia. Niestety, internet jest bardzo niebezpieczny, rzadko zdarza się, że rzeczywiście w ten sposób można znaleźć kogoś na stałe. Osobiście znam parę, którą rzeczywiście czatowanie na stałe połączyła, ale to są dosyć rzadkie raczej przypadki. Oszukują jak widać i mężczyźni i kobiety, szczególne te, które nie są siebie pewne, te które niestety nie cieszą się w realu powodzeniem.
A przecież nie wygląd jest najważniejszy, każdego kiedyś zmiany w wyglądzie dopadną, a serdeczność, dobre serce, oddanie drugiej osobie pozostaje na zawsze. Charakter, a nie wygląd powinien być wykładnią szczęśliwego  dobrania się pary.
I na koniec moja „przestroga” UWAŻAJCIE NA GRUBASKI!!!, one naprawdę potrafią być nieobliczalne, zwłaszcza, gdy ktoś brutalnie podepcze ich honor!
Zresztą nikogo  nie można upokarzać, ani ze względu na wygląd, ani pochodzenie, czy na status majątkowy. Każdy ma z nas swoją godność, z którą przez życie kroczy i każdy  powinien na tyle siebie szanować, by nie poddawać się presjom innych ludzi, nie powinien ulegać wrażeniu, że jest kimś gorszym, niepotrzebnym.

Pogoda dzisiaj znów będzie dopisywać, ale niestety zapowiadają przechodzące ulewy, a nawet burze.
Tak wiec radzę dzisiaj bez zabezpieczenia w postaci parasolki nie radzę ruszać się z domu.
Zwłaszcza, że powiedzenie „parasol noś i przy pogodzie” jest mądre i zawsze bezpieczne, zwłaszcza, gdy te nowoczesne parasole nie są jak dawniej na kiju, który trzeba ze sobą taszczyć i w dodatku pamiętać, aby go nigdzie nie pozostawić, dzisiaj parasolkę można zwinąć i przy sobie w torebce nosić.

Miłego wtorku       

a gdy już przebrzmią fanfary……

 

 

Po każdym podniosłym dniu nadchodzi taki  dzień normalny, nawet, chociażby była to niedziela.
Tak właśnie i wczoraj odczuwałam wszystkie swoje myśli, które pozostały po sobotnim spotkaniu.
Ot było, minęło, tak jak i minęło całe 50 lat od chwili, gdy zdenerwowana stałam przed Komisją Maturalną.
Po tamtych dni nastąpiły takie już normalne, raz gorsze, raz lepsze. Pewnie i tak teraz będzie….
Co prawda rozchodząc się w sobotni wieczór mówiliśmy o potrzebie ponownego spotkania, ale…. no właśnie, jaka to okazja znów miałaby nas oderwać od codziennych zajęć? Wspomnienia to może i dobra, przyjemna sprawa, ale jak długo można wspominać?
Po prostu przeminęło z wiatrem……… i już.

Wczorajszą niedzielę nie spędziłam wcale wybitnie ciekawie, malutki spacer do Parku, to było wszystko. Zresztą czułam, że będzie padał deszcz, oba kolana wybitnie o tym dawały mi o tym znać i…oczywiście, że się nie pomyliły.
Już sama nie wiem, co jest lepsze, mieć taki barometr, który przestrzega przed deszczem, ale sprawia ból, czy mieć święty spokój i zdawać się tylko na telewizyjną prognozę pogody, która jednak nie zawsze się sprawdza.

Dzisiaj „szewski” poniedziałek.
Dlaczego szewski? Skąd właściwie ta nazwa się wzięła?
Może wszedł w życie tak łatwo za sprawą znanej wszem i wobec szewskiej pasji…
Ot, taka ciekawostka na ten temat :

Dawniej tydzień był pełen rytuałów.

We wtorek niczego się nie pożyczało, środa idealnie nadawała się na handel, czwartek – na sianie. Piątek był dniem postu i zadumy nad Męką Pańską. O radości i zabawie, takiej jak dziś, nie mogło być mowy. W sobotę należało wracać do domu przed zmierzchem, by nie paść ofiarą złych mocy. W niedzielę zaś nawet mycie było zakazane, bo szkodziło zbawieniu duszy. Dzień święty przeznaczano na mszę i wyjście do… karczmy.

W poniedziałek wreszcie niczego nie wypadało zaczynać. I to jest zrozumiałe – bo kto ma głowę do roboty po hucznym święceniu niedzieli? Tak narodził się szewski poniedziałek, bo właśnie tym rzemieślnikom przypisywano największą skłonność do nadużywania napojów wyskokowych.
No to ja też zaczynam poniedziałek, ale bynajmniej nie od napojów wyskokowych, do tych już nie mam głowy, najlepszy dowód, że nawet niecały jeden kieliszek szampana dobrze mi w głowie zaszumiał.
Gdzie te lata, gdy sobie można było spokojnie wypić lampkę wina, czy kieliszek wódki, albo  wypić pysznego drinka?
To nie te czasy Arlekinie, nie te czasy……….

A co w Przygodzicach? Ano pisklęta rosną jak na drożdżach, te starsze już stoją całkiem pewnie na dwóch nóżkach, młodsze jeszcze przykucają. Nawet ten maluszek przezywany Kruszynką świetnie sobie daje radę i pożera coraz większe kęsy, chociaż czasami trudno  mu jest dostać się do jedzonka. Wiadomo, kto silniejszy ten ma większe szanse. Ale rodzice pilnie patrzą, by i temu maluszkowi krzywda się nie działa, czasami mam go nawet specjalnie dokarmia, widać uznaje wtedy, że maluch zjadł za małą porcję.
Bociany rosną, więc i co chwil e trzeba poprawiać gniazdo, umacniać jego koronę, co skwapliwie oboje rodziców robią, przynosząc nowe patyki i nową ściółkę, którą codziennie wymieniają. Małe bocianki są już na tyle mądre, że swoje potrzeby załatwiają na obrzeżach gniazda, jednak porządek w tak zwanym dołku musi być, tym bardziej, że często on służy za jadalnię i za sypialnię, nie mogą w niej pozostawać żadnych niepotrzebnych śmieci.
Porządnickie są te nasze bociany i naprawdę są bardzo troskliwymi rodzicami, zapewniają nie tylko pożywienie i picie, ale często, zwłaszcza gdy jest gorąco, przygotowują swoim dzieciom kąpiel, polewając je wodą.
Niektórzy rodzice mogliby z nich brać przykład. No tak, ale bociany nie pracują, nie mają wiele kłopotów  zawodowo- finansowych na głowie, muszą tylko zajmować się sobą i dzieciakami. 🙂

Dziwna ta pogoda dzisiaj, przynajmniej w Krakowie, zapowiadanego pełnego słonka jakoś nie widać, co prawda czasami zza chmur na moment się pokazuje, ale ogólnie mówiąc, jest raczej pochmurnie, a temperatura jest umiarkowanie ciepła.
I bardzo dobrze, bo przykro siedzieć w pracy, gdy pogoda jest wprost relaksowa, pozostawmy ją sobie taką właśnie na nadchodzący weekend.
Ale do niego jeszcze kilka dni  poczekać musimy.
Ja na razie czekam na następny piątek, gdy dostanę następną porcje mojego lekarstwa do schorowanego kolanka, pierwsze porcja pomogła tylko troszeczkę, ale mam nadzieję, że z każdym następnym zastrzykiem będzie lepiej.

Pozdrawiam Was więc serdecznie w poniedziałkowy poranek i życzę miłego dnia i fajnego całego tygodnia, pełnego samych przyjemnych przygód.



ząb czasu……

 

Przeżyłam…… 
Żartowałam, wcale tak źle nie było.
Oczywiście odpowiednio się przygotowałam, zrobiłam dokładniejszy makijaż niż zazwyczaj, ubrałam ładną sukienkę, rajtuzy, czerwony kubraczek, korale i poszłam.
Chwilkę posiedziałam sobie na ławeczce na niedalekich od miejsca spotkania plantkach i…..przyznam się, miałam tremę.
Ale odczekałam akademicki kwadrans i ruszyłam do restauracji, gdzie już było sporo osób.
Sporo? no dobrze, kilka osób z różnych powodów nie dopisało, ale również trzeba przyznać, że z naszej klasowej listy niestety 5 osób już nie żyje.
Może patrzyli oni  na nas  wczoraj swoim dobrym wzrokiem i byli z nami swoimi duszami?
Przywitanie wszystkich było bardzo miłe, chociaż przyznam, że sporo osób po prostu nie poznałam, ząb czasu swoje zrobił, troszkę jednak się zmieniliśmy.
Przyjemnie było usłyszeć : cześć Ewa, jak ładnie wyglądasz i wymienić uściski i  koleżeńskie pocałunki.
Co prawda 2 osoby też nie bardzo mnie rozpoznały, chociaz na ogół wszyscy stwierdzili, że prawie w ogóle się nie zmieniłam.
Ba, nie zmieniłam, na pewno jestem starsza o te 50 lat no i szczuplejsza o lat tyle samo:-)
Ale cieszyłam się, że tyle jednak serdeczności, mimo upływu czasu,  pozostało pośród nas.
Wypiliśmy lampkę szampana za nasze spotkanie (ostatnie było jakieś 20 lat temu jednak), potem milcząc wspominaliśmy koleżanki i kolegów, którzy już niestety odeszli.
No a potem każdy zamawiał sobie a la cart coś według swojego gustu. Oczywiście  rozmowom i wspomnieniom nie było końca.
Dziwiłam się tylko, że niektórzy mieli tak wspaniałą pamięć, że pamiętali nie tylko nasze szkolne wybryki, ale nawet gdzie kto i koło kogo w klasie siedział. Powspominaliśmy  nasza przygodę na wycieczce na Babiej Górze, gdy idąc z klasą na Babią Górę, pod schroniskiem na Markowych Szczawinach odmówiłam dalszej drogi i wychowawca zostawił mnie pod opieką dwóch koleżanek, a wracając mieli nas zabrać z powrotem do naszego miejsca pobytu.
Tymczasem jedna z koleżanek namówiła mnie na dalszą eskapadę, do tej pory nie wiem, w jaki sposób jej udało się to wyperswadować, ale niestety wybrała najgorszą i najtrudniejszą  z możliwych tras, czyli drogę po klamrach. Oczywiście bałam się jak cholera, zwłaszcza, że od zawsze cierpłam na lęk wysokości, ale skoro już wylazłam na te pierwsze klamry, trudno się było z nich cofać, więc potulnie szłam przeklinając swój los.
Oczywiście zanim po tych klamrach dotarłyśmy na sam szczyt, nasza klasa już dawno schodziła do Zawoi, więc po drodze rozminęliśmy się.
Ale zrobiła się wtedy afera, gdy okazało się, że nas nie ma w schronisku, że wcale na nich nie czekaliśmy. Wychowawca okropnie się przestraszył, bo chyba zdawał sobie sprawę, że pozostawienie trójki uczniów bez opieki nie było najlepszym pomysłem, ale podejrzewał, że znudziło nam się czekanie i sami opuściliśmy schronisko i udaliśmy się w stronę naszej bazy. Zdenerwowanie sięgnęło zenitu, gdy okazało się, że nas  tam też wcale  nie ma, że po prostu gdzieś zabłądziliśmy. W dodatku w tym czasie mój Tata akurat był w Zawoi, w naszym domu, który był nieopodal Lajkonika, w którym mieszkałam z klasą i gdy dowiedział się, że nie wróciłam na miejsce, okropnie się zdenerwował i rozkazał, by GOPR wyszedł na trasę nas szukać.  No i tak się stało, ratownicy ruszyli w rasę szukać trzech niesfornych uczniów. Wszystko dobrze się jak widać skończyło, ale co wtedy wszyscy przeżyliśmy i ile potem kar za to otrzymaliśmy, to nasze. Wczoraj z Beatą   wspominałyśmy to nieszczęsne zdarzenie, dzisiaj ze śmiechem, ale wtedy ani nam, ani opiekunom, ani Ojcu wcale do śmiechu nie było.
A Beata skwitowała to wczoraj stwierdzeniem : no, przynajmniej dzięki mnie możesz powiedzieć, że byłaś Na Babiej Górze. Fakt, nigdy później mi się to już nie udało, chociaz często przecież do Zawoi jeździłam.
Jedna z koleżanek dała mi namiar na bioenergoterapeutę, Nie bardzo wierze w takie „cuda”, ale….. może jednak spróbuję tam zatelefonować, skoro podobno ten akurat ludziom – znajomym Ewy, pomógł . Co mnie przekonało? Podobno sparaliżowany pies sąsiadki po pierwszej takiej sesji zaczął machać ogonem, hm, pies przecież nie wie, co to wiara w „czary- mary”, a jednak mu pomogło. Zresztą Ewa dawała kilka innych przykładów, więc zaczęłam się zastanawiać…. tym bardziej, ze akurat od wczoraj zaczęło mnie boleć drugie kolano, dokładnie najpierw tak delikatnie, jak tamto pierwsze, pewnie zbyt mocno go obciążałam, oszczędzając lewą nogę. Jeszcze raz powtarzam: jak to dobrze, że nie jestem stonogą, ale nie ma co się śmiać, trzeba jakoś się ratować….. Ale i tak decyzję najwcześniej mogę podjąć jutro, w końcu tonący brzytwy się chwyta….

Nie wyszłam wcale pierwsza z tego wczorajszego spotkania, niektóre koleżanki spieszyły się do swoich rodzin. Ja siedziałam tam do godziny 22, ale nagle zaczęło mi się nie wiem czemu, kręcić w głowie, ( po jednej lampce szampana???), a co gorsze, musiałam ukrywać ziewanie, które mnie zaczęło nawiedzać, więc w końcu się pożegnałam i tramwajem wróciłam do domu.
Trochę się bałam idąc tuż koło Parku, nie szłam co prawda przez sam park, ale i tak nie jest to wcale bezpieczne, gdy starsza, jakby nie było pani, sama włóczy się po ulicach nocą.
Szczęśliwie dotarłam jednak do domu w całości i bez żadnego uszczerbku na zdrowiu.
Nie wiem, jaka to uroczystość odbywała się gdzieś w pobliżu, podejrzewam, że na Błoniach, bo idąc do domu   po drodze słyszałam  strzelające race.
Wianki i święto Krakowa jest dopiero pod koniec czerwca, może jeszcze obchodzili dzień dziecka akurat wczoraj?

Dzisiaj mamy bardzo ważny dla Polski dzień. 4 czerwca 1989 roku po raz pierwszy przeprowadzono wolne wybory, w których ówczesna opozycja zyskała dosyć spora przewagę. To był początek upadku komunizmu w Polsce. Co prawda zwycięstwo demokracji było wtedy połowiczne, przynajmniej w Sejmie, ale większość sejmową osiągnęły siły poza PRL-owskie i w ten sposób można było zacząć kształtowanie naszej nowej, już demokratycznej rzeczywistości.
Dzisiaj, po 28 latach od tamtych wyborów, na skutek nieodpowiedzialnych i bezmyślnych  rządów Polska znów staje na krawędzi przepaści. Niestety mamy wielką „szansę” na nieszczęśliwy powrót do tych złych czasów, gdy narzucano nam z góry co nam wolno, a czego nie, gdy  panowała tylko jedna „słuszność” w narodzie, a ludzie musieli się jej podporządkowywać.
Może dzisiejszy dzień będzie znów jak kiedyś przebudzeniem narodu, zniewolonego butą i arogancją partii, która sama sobie daje prawo do decydowania o naszym życiu, o losach naszej Ojczyzny.
Teraz teoretycznie powinno być łatwiej przeprowadzić stanowczy sprzeciw, mamy już przecież za sobą spore doświadczenie w walce o praworządność.
Najśmieszniejsze, a zarazem najtragiczniejsze jest to, że ludzie, którzy uzurpują sobie teraz prawa o decydowaniu za wszystkich, sami kiedyś stali po stronie walki o narodową sprawiedliwość. Jak widać oni widzieli tę sprawiedliwość w jakimś powykrzywianym zwierciadle, robiąc przy okazji farsę z tego, o co sami kiedyś walczyli, przy czym ich antydemokratyczna działalność obiera coraz bardziej niebezpieczne kierunki.
Ale zdajemy sobie niestety z tego sprawę, że nie możemy czekać następne długie lata, gdy znów zatoczymy koło historii i wrócimy na właściwe tory naszych dziejów. Niestety nie wszyscy to rozumieją, jest jeszcze sporo ludzi, którzy ulegli jakiemuś chocholemu snu. Jakże aktualne stają się słowa Chochoła :
„Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci się ino sznur,
ostał ci się ino sznur.”

Nie potrafiliśmy pielęgnować tego,co wiele ludzi z wielkim poświęceniem, a narażaniem lub utratą życia przez tyle lat walczyli.
Naszą czapkę historii znów wiatr niesie………
A sznur?……… nie, nie możemy stanowczo dopuścić do następnej tragedii Polski.

 Nadeszła już pora j na chwilkę optymistycznej  nuty.
To na pewno będzie piękna i słoneczna niedziela, taką się od samego rana zapowiada.
Więc nie frasujmy się dzisiaj za wiele, trzeba przecież nabrać siłę na następny nadchodzący tydzień.
Miłej niedzieli.

jeszcze nie wiem

 

 

 

Jeszcze nie wiem, jaką podejmę decyzję w popołudniowy czas.
Oczywiście chodzi mi o to klasowe spotkanie po 50 latach.
Hm, pół wieku minęło….
Przyznam, że trochę kusi mnie zobaczyć, jak Ci wszyscy z upływem lat wyglądają. Przecież ich tez nadgryzł ząb czasu, już nie są takimi pięknymi i powabnymi dziewczynami, jak ongiś, już nie są jurnymi, pewnymi siebie młodymi chłopakami, przed którym świat otworem stoi. Te czasy już przeminęły…..
To dlaczego mam jakieś obiekcje? Może związane jest to z nie zawsze najlepszymi wspomnieniami z tamtych lat, gdy jednak zawsze w ich towarzystwie dopadał mnie kompleks niższości. Nie wiem, czemu czułam się gorsza od nich, może nie byłam piękna i zgrabna, ale na pewno nie byłam wcale mniej mądra od nich i co najważniejsze, nigdy nie wystawiałam swojego nosa ponad wszystkich. Chociaż pamiętam nasze ostatnie spotkanie, oj, już też bardzo długi czas temu, pewnie minęło od tego czasu ponad  20 lat, też wtedy nie byłam zbytnio ze spotkania zadowolona.
Ale dzisiaj jest inaczej, dzisiaj to właśnie ja będę decydowała, czy mi się takie spotkanie podoba, czy nie i nawet jeżeli na nie pójdę, będę starała się być na nim tylko tyle czasu, aby móc potem bez niesmaku go opuścić. Może wypiję kawkę, wodę mineralną i popatrzę na nich z uśmiechem młodzieńczych wspomnień (kiedy ranne wstają zorze, miss Wyrobek wstać nie może – tak mnie kiedyś przywitano w klasie, gdy nieco spóźniłam się na lekcje), ze spojrzeniem teraźniejszości, która jednakowo łaskawie obdarza nas pewnymi niedogodnościami życia. Już nie te świeże rysy, już zmarszczki koło oka, czoła, już gdzieś tam nawet grymas bólu, ot taka sama codzienność dla nas wszystkich.
Ce la vie !!

Wstał cudny dzień. Od rana sporo słonka, cieplutko, kwiląco od ptaszków, aż radość serce napełnia.
Kolanko niby po tym pierwszym zastrzyku mniej boli, jednak gdybym powiedziała, że ból całkowicie ustąpił, pewnie nie było by to prawdą. W każdym bądź razie noc udało mi się prawie bez bólu przespać, a to już dużo. poczekam jeszcze do następnego zastrzyku, do następnego piątku.
Ale żeby nie było mi tak całkiem różowo, to ogłuchłam na lewe ucho, ha, ha, zawsze coś ciekawego musi się z tym biednym emerytem dziać, Tym razem przypuszczam, że to następstwo już przebrzmiałego kataru, który co prawda ustąpił, niestety przytkał mi ucho.
Kolejna wizyta lekarska u laryngologa????
Znów pogniewałam się na politykę. Nie mam już siły ani słuchać, ani czytać o tych wszystkich smoleńskich „rewelacjach”, kto z kim został pomieszany w grobie, czyja noga, czy ręka jest zamieniona, jest to dla mnie taniec macabre, który nie powinien się odbywać, chociażby dla szacunku zmarłych i ich rodzin.l
Nie wiem komu na tym zależy, żeby ta cały ten makabryczny seans wiecznie trwał i kto jeszcze na tym chce się wzbogacić, bo niewątpliwie teraz znów sięgną niektórzy „oburzeni”  po pieniądze nas, podatników, nie patrząc, że życie dla każdego nie jest łaskawe i nie każdy może się „obłowić” kosztem innych.
Takie wykorzystywanie czyjejś tragedii dla własnych brudnych interesów jest po prostu

                o  h  y  d  n  e  !!
Takie hieny cmentarne nie powinny być popierane.
Owszem, jeżeli prawdą jest to, że do pewnych nieprawidłowości doszło, co w rozmiarze tak strasznej katastrofy, w której identyfikacja nie mogła w 100 procentach się powieść,  wykorzystywanie tego jest po prostu  p  o d  ł e  , nie godne człowieka.
Ale na czymś przecież pis musi dalej opierać swoją bazę rządzenia, bo jednak coraz więcej osób zaczyna zauważać, jaka w rzeczywistości jest ta partia.
Ale przykład idzie z góry, przecież ktoś, kto pełni rolę prezydenta państwa nie powinien budować swojego autorytetu na kłamstwie, które chociażby ostatnio wypłynęło w związku z oświadczeniem kancelarii prezydenta o poparciu jego abolicji przez 13 wybranych sędziów.
I co się okazało? Że z rzekomo popierających decyzję pana prezydenta co najmniej 3 profesorów prawa, na które się powoływali  nie mogło zrobić tego ze względu na to, że są już osobami od dłuższego czasu nieżyjącymi, a dwóch profesorów stanowczo odżegnało się od tego oświadczenia, jakoby popierali decyzję prezydenta, wręcz określając to jako nadinterpretację .
Zresztą Duda, ostatnio już jawnie nazywany Adrianem (zasługą tego jest postać z prześmiewczego serialu „Ucho prezesa”) stał się ofiarą wielokrotnych nie pochlebnych memów , co całkowicie pozbawia go jakiegokolwiek autorytetu dla pełniącej przez niego funkcji.
Co prawda ostatnie sondaże nie były dla niego jeszcze tragiczne, ale niewątpliwie wiele ostatnich jego wystąpień, jego niezbyt mądre wyczyny, wypowiedzi  powodują, że jego autorytet (jeżeli jeszcze go w ogóle posiada) już zbliża się ku upadkowi.
Pal lich PAD, pal licho Pis, ten też wkrótce zacznie zaliczać doły, szczególnie po ostatnim wystąpieniu młodego pisowca, osiemnastoletniego wyznawcy tej sekty, który jawnie przed sejmem odważył się na podarcie flagi Europejskiej.
O czym  to świadczy? dla mnie tylko o totalnej głupocie, ale nie tylko, niestety w interesie niektórych osób w Polsce jest tak zniechęcić Polaków do Unii Europejskiej, abyśmy mogli z niej wystąpić i już bez żadnych ograniczeń rządzić według reguł jednej słusznej partii – PIS
A co dalej będzie? No, wiadomo, idziemy szybkim krokiem w paszczę lwa, nie Tołstoja, ale też wschodniego lwa, Putina.
Czy rzeczywiście niektórzy nierozsądni Polacy muszą koniecznie szykować następną tragedię dla naszego państwa? Czyżbyśmy się za długo cieszyli wolnością i teraz znów musimy ją utracić?
Do rozważenia każdego mądrego Polaka zostawiam ten temat.

A ja pomału zaczynam się szykować (jednak) do spotkania, najpierw duchowo (muszę wyrobić w sobie pozytywne myślenie, pozytywne nastawienie), a potem będę…. się stroiła.
Milusiej soboty

Optivisc

 

 

 

OPTIVISC jest bardzo lepkim 1% żelem kwasu hialuronowego, powstającego w procesie biofermentacji z wysoką masą cząsteczkową (3 mln dalton) do wstrzykiwania do wewnątrz stawu kolanowego..

OPTIVSC  jest sterylnym żelem wiskoelastycznym, mającym 20 mg kwasu hialuronowego w 2ml ampułkostrzykawkach w sterylnie zapakowanym blistrze.

Zaleca się 5 wstrzyknięć z tygodniowymi przerwami. OPTIVISC zapewnia ulgę w bólu i poprawę funkcji ruchomości stawów przez okres do sześciu miesięcy.

stężenie KH 20 mg / 2 ml

masa cząsteczkowa 3 mln. dalton

zalecane leczenie: 3 – 5 iniekcji

Właśnie taki lek zostanie mi dzisiaj po raz pierwszy podany do mojego biednego, lewego kolanka. Najwyższa pora, bo niestety kolano całkowicie odmówiło mi już posłuszeństwa i zrobiło się sztywne, trudne do podpierania się tą nogą.
Wczoraj miałam niestety dosyć dla mnie przykry incydent przy wsiadaniu do autobusu, który niestety znów stanął daleko od zakola. w związku z czym stopień zrobił się bardzo wysoki i musiałam skorzystać z męskiego, młodego ramienia (czasami do czegoś mężczyźni jednak się przydają), na którym mocno się oparłam i mogłam tę moją lewą, sztywną nogę umieścić wewnątrz autobusu. Trochę wstyd mi było, nie powiem, nawet na siebie się zeźliłam, ale co robić, gdy nie można pokonać bólu? Wchodzenie po schodach jest teraz dla mnie naprawdę nie lada wyczynem, co wystarczająco obrzydza życie, a już nie mówiąc, że często muszę stawać na środku chodnika, kilka razy pomachać tą nóżką, by napięte mięśnie w okolicy kolana popuściły nieco.
Jednym słowem – tragedia.
Te zastrzyki będę brała przez kolejne 5 tygodni i….pomogą, albo nie, bo i taka jest możliwość, ale zawsze jet taka szansa, że przynajmniej na jakiś czas nie będzie ono przeszkodą w pokonywaniu wysokości, jak teraz się niestety dzieje. Inaczej czekać mnie będzie tylko operacja, zresztą obawiam się, że i tak na niej się kiedyś skończy moja przygoda z lewym kolanem. Tylko chcę to odłożyć jak długo się da w czasie, na razie mam dosyć wszelakich operacyjnych przejść.
Kiedyś w końcu ten koszmar musi się skończyć, nieprawdaż? Bo ile razy można z bólem budzić się w nocy i potem mieć znów kłopoty z zasypianiem?
Wiem, że sporo ludzi ma bardzo podobne kłopoty z kolanami, albo z biodrami, jak ja I to w dodatku wiele osób młodszych ode mnie. Nie wiem, czy to wszystko nie związane jest chyba z zanieczyszczoną aurą, złym jedzeniem, przecież niemożliwe, że tak wiele młodych osób teraz tak często choruje.
A co najgorsze, rosnące nowe pokolenie jest jeszcze bardziej chorowite, bardziej cherlawe. Niby rośnie średnia przeżycia ludzi, ale cóż z tego, skoro ludzie są po prostu słabi fizycznie, niestety coraz częściej też i psychicznie. Niestety rozwój cywilizacji jest odwrotnie proporcjonalny do poziomu zdrowotności ludzi, a to jest bardzo przykra wiadomość.
Kończę już mój wpis, bo za chwilkę muszę wychodzić już na tę lekarska wizytę, mam nadzieję, że już po pierwszym zastrzyku poczuję jakaś ulgę, bo jutro…..
No właśnie jeszcze nie wiem, co będzie jutro, czy się zdecyduję na to spotkanie, czy nie, zależeć to będzie od mojego samopoczucia.
Dlatego dzisiaj muszę zrobić wszystko, żeby jutro było dla mnie lepsze. Po jutrze i popojutrze też 🙂

Przyjemnego piątku



Dzień Dziecka

 

 

W każdym człowieku na zawsze pozostaje mała cząstka dziecka, jego wspomnienia, jego marzenia, jego radości.
Im człowiek starszy, tym częściej zamyka oczy i wspomina, wspomina, wspomina…..
Bo nie ma jak tamte błogie, sielskie czasy, gdy nie musieliśmy martwić się codziennością, gdy byli koło nas kochani nasi rodzice i dosłownie usuwali najmniejszy pyłek sprzed naszych nóg.
Dzisiaj sami ju,z jesteśmy rodzicami, dziadkami i z radością patrzymy na nasze pociechy, ktore kiedyś zapewnią nam naszą starość, które będą kontynuatorem naszego rodu, naszych tradycji, naszego życia.
I tak życie się toczy, dzieci będa miały z kolei swoje dzieci, swoje wnuki, my przeminiemy, ale zawsze coś z nas w nich wszystkich pozostanie.
Życzę Wam kochani miło spędzonego tego przepięknego dnia – pogoda chyba wiedziała, że na ten dzień musi nam dopisać swoją dobrocią i dzisiaj zapowiada nam się naprawdę przepiękny dzień.
Dzisiejszy dzień jest co prawda dniem pracującym i nie do końca rodzice będą dla swoich pociech mieli sporo czasu, ale weekend już za pasem, w sobotę to dopiero będzie się działo….
Ale już dzisiaj niech na każdej buzi dziecka zawita uśmiech, by żadna łza nie zrosiła dzisiaj ich oczka……

Byłam wczoraj z tym moim kolankiem u pana doktora- chirurga. Mądry człowiek stwierdził, że nie ma po co niszczyć tego kolanka sterydowymi blokadami i polecił zakupić mi  iniekcje z kwasu hialuronowego. Dostałam namiar telefoniczny do hurtowni i już dzisiaj zostaną mi dzisiaj dowiezione ampułki z tym lekarstwem do domu. Przyznam, jest to kosztowna sprawa, bo muszę brać taki zastrzyk do kolna przez kolejne 5 tygodni, a każda taka iniekcja to 115 zł. No ale trudno, mus to mus. Co prawda doktór powiedział mi, że nie daje stuprocentowej gwarancji na całkowite uśmierzenie bólu, ale jest taka spora dosyć szansa, że ten lek zadziała. Pytałam moją koleżankę, która ongiś też brała blokady z tego kwasu i…okazało się, że jej akurat ten lek pomógł i ból już nie poqwrócił, chociaz od tego czasu minęło ponad 2 lata. Dlaczego więc i mnie miałby nie pomóc?
Na wszelki wypadek dostałam też od niego skierowanie na konsultację chirurgiczną w przychodni przyszpitalnej z możliwością jednak na ewentualny w przyszłości zabieg operacyjny tego kolana, czyli na wymianę mojego kolanka na endoprotezę.  Ale przyznam się, że nie bardzo mam ochotę na taki zabieg, już dosyć w życiu mnie „nakroili”. Nie wiem, czy psychicznie jestem zdolna do podjęcia następnej takiej operacyjnrj decyzji.
Dlatego zgodziłam się na tę kurację hialuronową, z nadzieją, że jednak mi ona pomoże.
Najgorsze jest jednak to, że od wczoraj drugie kolano też zaczyna o sobie dawać znać, co prawda jeszcze dosyć dyskretnie, trochę mnie kłuje, ale tak i kiedyś zaczęło się z tym moją lewą nogą.
No nic, zobaczymy co z tej całej sprawy wyniknie, oby wszystko skończyło się dla mnie pomyślnie.

Raz jeszcze wszystkim dobrego dnia życzę, pełnego słonka i radości, uśmiechu i samych pozytywnych myśli.
Ja przynajmniej dzisiaj postanowiłam od rana mieć dobry humor i pozytywne nastawienie.