Ból – permanentna część mojego istnienia.
Ostatnio staje się już naprawdę bardzo trudny do wytrzymania.
Od rana do wieczora, przez całą noc i znów zaczyna się następnym porankiem. Nie ma na niego mocnych!!! Po ostatnim upadku dołączył się ten okropny ból obu rąk, od barków, przez łokcie i nadgarstki, aż po czubki palców.
Mam „uwiązane” ręce, ograniczone ruchy w barku (nie mogę, nawet po głowie się podrapać, nie mówiąc o plecach), nie mogę za dużo dłońmi wymachiwać, a one są takie przecież na co dzień potrzebne. Nie tylko o pisania na komputerze, ale …..nawet czajnik elektryczny, czy puszkę z cukrem muszę podnosić obydwoma rękami, bo jedna ciężaru nie utrzyma. O pościeleniu łóżka nawet nie wspomnę, to dla mnie prawdziwe wyzwanie, wytrzepanie kołdry, ułożenie jej w kostkę i nakrycie łóżka kapą. Ktoś powiedział : cierpienie uszlachetnia, nie koniecznie, dobrze że nie ma koło mnie nikogo, kto usłyszał by przEekleństwa, które wyrywają się coraz częściej z moich ust, gdy nie mogę po coś sięgnąć, gdy każdy ruch mnie boli.
Ktoś powiedział : gdy kobieta po 60 rano się budzi i nic nie boli, to znaczy, że żyje.
A ja dziękuję za takie życie, ja chcę, by przynajmniej przez jakiś czas ten ból nie był tak niemiłosiernie nie do wytrzymania!!!
Jak wygląda mój poranek????: Zaczyna się od porannego rozruchu, czyli z wielkim trudem przyjęcie pozycji siedzącej, bo nijak nie można się przez te ręce oprzeć o łóżko, by normalnie wstać. Potem „rozruch” kolan, zwłaszcza tego bolącego, lewego i z trudem dowlekam się jakoś do łazienki.
Potem zażywam coś przeciwbólowego i stawiam wodę na kawę. Wydaje mi się, że już jest troszkę lepiej, ale to tylko krótka złuda, bo znów ból powraca. Dopiero po Nimesilu gdzieś po około godzinie lekko zanika. Ale każdy mniej ostrożny ruch rękami i znów ten „nieprzyjaciel” jest. Wyskakuje jak królik z kapelusza i …wcale mnie nie cieszy. Czasami nawet sobie lekko powyję z bólu, popłaczę, na szczęście nikt nie widzi, nikt nie słyszy.
Smutne i ciężkie jest takie życie w ciągłym bólu, staram się do niego przyzwyczaić, ale naprawdę jest bardzo trudno. Może nie dobrze, że o tym tutaj piszę, ale gdzieś przecież podzielić się ze swoim bólem muszę, gdzieś muszę się wyżalić,
I proszę, nie radźcie mi „idź do lekarza”, to już nie działa, byłam u niejednego i nic prócz następnych proszków nie dostaję. Zresztą ból tych rąk jest na wskutek tego mojego ostatniego upadku i mam taką cichą nadzieję, że kiedyś przejdzie, podobnie, jak minął mi już ten ból stłuczonych żeber. Na to tylko potrzebuję troszkę czasu no i cierpliwości. A jak widać, tej ostatniej mi jakoś brak…..Ale jakoś radzić sobie muszę, zdecydowanie znów popieram korporacje taksówkarskie i tak będzie do czasu, gdy ból odpuści, gdy znów będę pewniejsza na ulicy…….
Jeszcze raz przeczytałam ten mój wpis i zastanowiłam się, czy go „puszczę Tak, czemu nie, przecież obiecałam sobie kiedyś, gdy zakładałam ten blog, że będę w nim pisała o wszystkim, co mnie dotyczy, nawet, gdyby nie było to nic przyjemnego. Bo takie jest życie, składa się z dni miłych i mniej miłych, i jakoś trzeba pomiędzy nimi się w miarę zgrabnie poruszać.
Wstał słoneczny dzionek I całe szczęście, przynajmniej słonko dzisiaj do mnie będzie się uśmiechać.
A ponieważ dzisiaj jest poniedziałek, przesyłam Wszystkim same serdeczności nie tylko na dzisiejszy dzionek, ale i na cały tydzień

