Korek – gigant

 

 

Chciałam sobie ułatwić życie…no to sobie ułatwiłam. Niech to kaczka, nie, nie kaczka, raczej niech to  gęś  kopnie.
Calutki dzień lało wczoraj  w Krakowie jak z cebra, dosłownie!!!
Chyba Aniołki robiły nie tylko wielkie pranie, ale i wielkie sprzątanie i rozlewały tę wodę ile wlezie. Ale do rzeczy.
Ponieważ jak już pisałam lało okrutnie, postanowiłam powrócić z pracy do domu taksówką.
Niby prosta sprawa, zatelefonować na Icar, Barbakan i już auto za kilka minut jest podstawione w żądane miejsce.
Tylko w praktyce nie było to wcale takie proste.
 Ani Icar, ani Barbakan, ani inna dostępna telefonicznie taksówkarska korporacja albo nieodbierła telefonów, albo przepraszała, że nie mogą podstawić żądanej taksówki. Nie rozumiałam jeszcze wtedy dlaczego.
Po jakiejś pół godzinie udało mi się zamówić w Barbakanie taxi i…. zaczął się prawdziwy Armagedon.
Tak zakorkowanego Krakowa dawno nie było, nawet przemiły zresztą, pan taksówkarz to potwierdził.
Auta i autobusy też dosłownie stały w miejscu. Światła zmieniały się z czerwonych na zielone, a korek stał i ani milimetra do przodu nie poruszał się. OBŁĘD!!!
Całe szczęście, że mój an kierowca nie był gburem i jakoś nawet tę godzinę całkiem przyjemnie w taksówce spędziłam, chociaż mina mi zrzedła, gdy przyszła zapłata, dokładnie dwa razy tyle zapłaciłam jak zawsze, No tak, ale to stanie w korku, nawet,, jeżeli pan kierowca robił sprytne objazdy. Teoretycznie, bo te objazdy też były zakorkowane do imentu. Chyba nie było wczoraj żadnej normalnie przejezdnej ulicy w Krakowie.
 W pewnej chwili pan kierowca popatrzył na swój taksówkarski informator i okazało się, że na 167 jeżdżących (a raczej stojących w korkach() taksówek, tylko 6 jest dostępnych, reszta jest „uziemniona” Dlatego wczoraj tak trudno było postarać się o taksówkę, nareszcie to zrozumiałam.
Tak więc, jak pisałam, jechałam dokładnie spod Przychodni pod mój dom 58 minut (zazwyczaj ta droga wymaga około 10-15 minut przejazdu) i zapłaciłam za nią jak za woły, ale gdy nareszcie stanęłam pod własnym domem zawołam gromko  HURRRRRA!!! NARESZCIE!!!!
Bo był już taki moment, że wydawało mi się, że chyba będę już nocowała w tej taksówce. Nie byłoby tak  źle, jakby coś, to jakąś wałówkę nawet przy sobie miałam (przez te spadki cukru nie mogę czuć głodu, bo zaraz się trzęsę jak galareta, a cukier spada mi poniżej 3), bo po drodze do pracy zrobiłam małe zakupy i chwała Bogu, już po tej powrotnej drodze nie miałabym na nie siły i chyba bym musiała z głodu paść. No, bez przesady, zawsze jakieś małe zapasy w lodówce posiadam, gorzej byłoby z chlebem, bo nawet papierosy mam sprytnie zamelinowane, tak na wszelki wypadek.
W ogóle jakiś chomik ze mnie się ostatnimi czasy zrobił i zawsze coś chowam na „gorsze czasy”, więc lodówka prawie że pęka z zapasów (znów przesadzam, ale zawsze  coś tam  w niej jest), ale gdyby ktoś przyszedł głodny do mnie, służę jakąś szybko przygotowaną przekąską.
Kurtkę miałam tak przemoczoną, że do tej pory suszy się na suszarce. Czemu przemoczoną, skoro jechałam taksówką? Ale jakoś do tej taksówki musiałam  dojść, a potem z niej wyjść i do domu kawałeczek przez chodnik dojść, ale dosłownie było tak mokro, jakby ktoś wiadrami z nieba wodę wylewał.

 

Dzisiaj jest podobnie, to znaczy mży, ale jest piekielnie zimno (tylko 11 stopni), aż nie miło wychodzić z domu.I pomyślec, że dzisiaj mamy pierwszy dzień jesieni.
No tak, żegnaj lato na rok…….stoi zła i brzydka jesień za mgłą. W domku też mam zimno, trochę utrudnia mi to palenie papierosów, bo w cieplej porze roku mogę po prostu otworzyć balkon i wietrzyć nawet cały dzień, teraz chłód leci. 
Chyba wyniosę się z tym paleniem na balkon, albo……….przestanę w ogóle palić te wstrętne śmierdzące papierosy. To by było nawet fajnie, tylko…. no własnie co robić z tym porankiem o kawusi i o papierosku????
Ech te głupie i szkodliwe przyzwyczajenia…………

Dzisiaj zaczynamy weekend. Prawdziwie jesienny weekend, zimny, mokry i nijaki.
Ale i tak życzę sporo humoru na te 3 dni „spokoju”

Uśmiechu, uśmiechu, uśmiechu……….