ot, czwartek

 

 

Co prawda jeszcze za wcześnie powiedzieć, że jestem całkiem całkowicie zdrowia, ale już widać wielką poprawę.
Przynajmniej tę noc spędziłam w miarę spokojnie, bez jakichś napadów bólowych, które mnie by obudziły.
Jednak pani doktor Marysia jest świetna, trafia w punkt, a to jest najważniejsze.
Pewnie, że jesienna pogoda jak na razie jest dla mnie dosyć ostatnimi dniami łaskawa, to znaczy nie pada, więc i moje kości mogą sobie lekko odsapnąć.
Niestety tak bywa, że kości i stawy mokrej pogody nie znoszą i nie ja jedna przez to mam wielkie kłopoty.
No, dosyć już pisania o chorobach, bo ten temat robi się podobnie nudny jak obecna polityka.
Najchętniej położyłabym się do łóżka i tak porządnie zasnęła  i obudziła się dopiero wtedy, gdy nadejdzie wiosna, a z nią polityczna odwilż, w co ciągle może naiwnie, ale wierzę.
Właściwie znów nie mam ciekawego tematu do poruszania, mijają dni za dniami, już październik omalże puka nam do drzwi,
Dobrze, że na dzisiaj zapowiada się całkiem przyjemna, jesienna pogoda, przynajmniej bez opadu.
Pewnie już i woda w Wiśle i innych większych i mniejszych rzeczkach  na tyle opadła, że powódź nam chwilowo nie zagraża, ale trzeba trzymać rękę na pulsie, bo kto wie, co nam jeszcze aura ciekawego wymyśli. Ona nas lubi zaskakiwać i pewnie wcale za bardzo nie zdziwiłabym się , gdyby nagle za oknami zrobiło się…biało.  Brrr, aż dreszcze mną wstrząsnęły na taką straszną myśl, że niebawem może i śnieg padać.
Wolałabym nie, bo przecież wciąż mam na uwadze prace, które prowadzą, albo i nie prowadzą w moim parku. Jakoś strasznie pomału to wszystko tam się toczy, maszyny stoją, panowie chodzą wokoło nich i…cisza, nic nawet nie wyrczy.
Może jestem troszkę niecierpliwa, ale gdy widzę, że ciągle „marsjański krajobraz” za płotem wcale się nie zmienia, jakoś wydaje mi się, że do najbliższego maja nie zdążą się z tym uporać.
Ale z drugiej strony, kto wie, co będzie w maju w przyszłym roku?
Może nie będzie jeszcze Parku Krakowskiego, może nie będzie Polski, może nie będzie mnie…
Sytuacja wciąż jest przecież niebezpiecznie nieprzewidywalna.
No masz, znów w jakieś depresje popadam, lepiej wiec skończyć na dzisiaj moje dywagacje, bo jak mam pisać takie bzdury, lepiej, żebym nic więcej nie pisała…..
Ciekawa jestem, czy dzisiaj u nas w kamienicy znów remont mieszkania nr 3 będzie trwał w najlepsze. Straszne jest to popukiwanie ścian młotkiem i warczenie świdra, aż uszy bolą. Na szczęście te odgłosy rozpoczynają się dopiero w południe, akurat wtedy już będę wychodziła do pracy i mam nadzieję, że po powrocie z niej już błoga cisza znów  w moim domostwie zapanuje.
Jednak mimo wszystko życzę przyjemnego czwartku