na tapczanie leży leń

 

 

Kto to taki? Ano ja, skoro tak lenie się z tym wpisem do blogu. A niektórzy czekają i czekają na mój blog – przynajmniej mam taką nadzieję.
Wczorajszy dzionek był bardzo milutki i cieplutki. A popołudniu przyjechały na Żabiniec moje trzy Dziewczyny : Olcia, Darka i Wiktoria.
Oczywiście przyjechały nowym samochodem Olki, musiała się przecież przed ciocią pochwalić. No i oczywiście zawiozła mnie do mojego domu. Czy się bałam z nią jechać ?
Może na początku troszeczkę, ale tylko troszeczkę. W sumie trzeba przyznać, że Oliwia dobrze czuje się za kierownicą i jedzie dosyć pewnie, ale przy tym bardzo ostrożnie, bez nijakiej brawury. Niepotrzebnie tak jej Mama o nią się lęka – ale wiadomo, Matka, to Matka.
Po drodze kupiłyśmy pyszne kruche ciasto ze śliwkami i wszystkie trzy dziewczyny wylądowały u mnie na kawusi i herbatce. Dziwne, Daria nie lubi kawy, jak ona się uchowała???? Tak zupełnie bez kawy, nie można żyć przecież.
Daria i Wiktoria wspominały trochę swoje wakacje spędzone w Turcji. Rzeczywiście, oglądając zdjęcia na Wiki telefonie, można było być zachwyconym.
Co za widoki, a co za  jedzonko i picie. Szkoda tylko, że Turcja jest krajem wciąż niebezpiecznym, chociaż podobno właśnie w takich ośrodkach wypoczynkowych jest zapewniona szczególna  ochrona, wiadomo, przecież Turcja głównie żyje z turystyki, więc musza bardzo uważać na wszystko, co się wokoło dzieje.
Zresztą życie i tak jest niebezpieczne, człowiek nie wie co go czeka, można ulec wypadkowi na ulicy (niektórzy kierowcy to prawdziwi piraci przecież), można zachorować, nawet ta przysłowiowa cegłówka może na łeb człowiekowi spaść na łeb. Więc gdyby tak człowiek ostrożnie  podchodził do życia, byłby bardzo ubogi w jakiekolwiek doznania i marzenia.
Czy warto więc  być nadto ostrożnym? Pewnie, nie można być bezmyślnym i nieuważnym, ale jakoś żyć przecież trzeba.
Dziewczyny siedziały u mnie jakieś dwie godziny i smutno mi się zrobiło, gdy oznajmiły, że już musza iść. Tak mało ostatnio mam gości…
Ale przecież to i tak miłe, że poświęciły tyle czasu starej, schorowanej ciotce. Widać, że jednak troszkę mnie kochają……
Gdy jeszcze mieszkałam na Smoleńsk, moje życie w bardziej towarzyskim tempie biegło. Wiadomo, dom pełny ludzi, do których co rusz przychodzili goście i młodzi i nieco starsi.Teraz, gdy mieszkam już sama, prowadzę bardziej spokojne życie, dlatego zawsze takie wizyty bardzo mnie cieszą. Ale jeszcze raz powtarzam, wcale nie żałuję, ten spokój tez mi jest potrzebny. Lubię być sama, bo wtedy mogę robić to, na co akurat mam w danym momencie  ochotę, no i nic nie  m  u  s  z  ę  !!!!
Ale pamiętajcie Najbliżsi : GOŚCIE ZAWSZE SĄ U MNIE MILE WIDZIANI  🙂 🙂 🙂

Zresztą życie zawsze jest zaskakujące i zawsze jakieś niespodzianki przynosi.
Teraz z niecierpliwością czekam na C.P.B. Ale na razie nie zdradzę tego sekretu, na razie to jeszcze prawie że tajemnica, ale na pewno z Wami w odpowiednim czasie nią się podzielę. 
Ale zapamiętajcie ten skrót C.P.B. !!!!

Za to w zupełności odsunęłam się od polityki, po prostu nie mam na nią siły. Czasami coś tam przeczytam na FB, czasami na Onecie, ale nawet staram się do tego nie ustosunkowywać , nie ma to najmniejszego sensu.
Jedno mnie cieszy, że PIS wewnętrznie się rozdziela, najwyższa ku temu pora.

I tak, jak wczoraj było słonecznie i ciepło, dzisiaj znów ponura pogoda. Co prawda nie pada deszcz, ale jest zimno.
A do mojego  mieszkania,  umieszczonego w starej  kamienicy, na parterze, taki chłód szybciej dociera.
Tak więc już zaczynam się poważnie zastanawiać nad rozpoczęciem okresu grzewczego, czyli na włączeniu elektrycznego ogrzewania. Na początku tak minimalnie, tylko tyle, by ten chłód „złamać”, bo gdy zmarznę, moje kostki bardzo się wtedy buntują.
Poczekam do końca tygodnia, gdy wpadnie do mnie na kawkę Maciek, wtedy pewnie odpalimy już ten piec, wszak to już będzie prawie koniec września, najwyższa pora.
Ciekawa jestem, czy w mieszkaniach z centralnym ogrzewaniem , zaczynają już palić w kaloryferach. Musze popytać.

Na razie życzę wszystkim spokojnego popołudnia

kto wierzy w sny?????

 

 

 

Ja wierzę. Bo mi sny się spełniają….czasami.
Ale teraz nad ranem miałam całkiem niemiły sen. Śniła mi się moja Tina, bokserka,w całkiem niemiłej sytuacji, była poprostu umierająca. A ja nie mogłam nic zrobić. Strasznie mnie ten sen umęczył. Ale czemu akurat Tina mi się śniła?
Pewnie dlatego, że często na FB jestem teraz na portalu Psy rasy Bokser – najcudowniejsi przyjaciele, a tam często niestety są wiadomości o tym, że kogoś pupil akurat opuścił ten świat i udał się w Dolinę Tęczy. Fajnie, że tak to właściciele traktują, na pewno trudno się jest rozstać ze swoim psim przyjacielem, kiedy spędzało się z nim wiele dni i nocy, ale niestety, taki moment przychodzi. Niestety pieski żyją stanowczo za krótko. A szczególnie już własnie boksery, jeżeli przeżyją więcej niż 12 lat, to już jest szczę przedwczesnej  śmierci. Nie wiem czemu boksery mają szczególną właściwość na zapadanie na taką właśnie chorobę, ale jest to fakt. Bardzo to smutne.I właśnie, mimo, że nie posiadam psa akurat znów jej śmierć musiałam przeżywać. Koszmar.
Ogólnie mówiąc uwielbiam psy, ale z wielu powodów teraz go nie posiadam. Po pierwsze, może i mam dobre warunki mieszkaniowe, ale ostatnio mam niestety kłopoty z chodzeniem i miałabym kłopoty z wyprowadzaniem psa na spacer. A pies musi się wybiegać, takie chodzenie na spacerze na smyczy jest bez sensu. W Krakowie mało jest takich miejsc, gdzie pies bez problemów może sobie pobiegać, może jeszcze pozostały tylko Błonia, ale z kolei tyle tam innych piesków i o psie awantury w związku z tym jest bardzo łatwo zahaczyć. A nie ma nic gorszego, niż fakt, że twój pies jest atakowany przez innego czworonożnego  współziomka, albo co gorsza, sam atakuje jakiegoś czworonoga. W ferworze walki na ogół psy słabo słuchają właściciela i często takie psie afery kończą się obrażeniami, nierzadko i gorzej. A ja nie miałabym teraz siły na bycie rozjemcą w takich awanturach, już nie mówiąc, że prócz psów do afery zazwyczaj włączają się ich właściciele (co z kolei wcale mnie nie dziwi), no i wtedy robi się  niezła kołomyjka.
Dziękuję, to już nie dla mnie.Tęsknię bardzo za własnym pieskiem, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie potrafiłabym mu teraz zapewnić odpowiednich warunków. ,
Często na spacerze widzę takiego wielkiego bloodhounda, wspaniały, dorodny i nie stary pies, tylko……niestety jego spacer polega na tym, że pan prowadzi go na  smyczy na pobliską ławeczkę, gdzie przesiaduje ze swoim kolegą dłuższy czas, a biedny pies plącze się koło ławki na tej smyczy, od czasu do czasu głucho i smutnie wyjąc. Straszne jest to jego wycie, słychać go na całą okolicę, naprawdę, nie przesadzam. Często idąc nie widzę, a słysze tego biedaka, zawsze tak samo donośnym i bardzo przejmującym głosem  wyje.
No i powiedzcie mi, po co tacy ludzie chowają takie sporej wielkości pieska? To niech sobie jakiegoś kanapowca do głaskania kupi, psa, który nie musi tyle biegać, chociaż  takich niebiegających piesków to raczej  nie ma.

No to poniedziałkowy wpis jest „pod psem”
A czy jest lepiej niż wczoraj?
Pewnie tak, bo przynajmniej deszcz nie pada i nawet świeci słonko.
Co prawda temperatura nie jest jakoś zabójczo wysoka, jak na przykład w Turcji, gdzie jest wciąż ponad 30 stopni, są tacy, który niestety doznali takiego termicznego szoku po powrocie z tych ciepłych okolic i bardzo im współczuję, bo znów będą się musieli do nowych warunków przystosować, ale jakoś żyć trzeba. Poradzą sobie, od czego są ciepłe swetry, a w domu wesoło palący się kominek???
No to życzę tym „powracającym” i Wszystkim innym dobrego dnia i jeszcze wspanialszego tygodnia, wciąż w oczekiwaniu na jeszcze trochę ciepłą, złotą jesień.

o czym?

 

 

Właściwie to o niczym.
Cholewka, straciłam ostatnio wenę do pisania.
Albo nic ciekawego się nie dzieje, albo….
No dobra, o oszustwie więc napisze. O oszustwie, którego doznałam od Orangu.
Kilka dni temu przemiły skądinąd młody człowiek zadzwonił do mnie w celu przedłużenia internetu mobilnego.
No i….chwycił mnie. Naobiecywał, naobiecywał, ale prawda okazała się całkiem inna. Niby miano mi przyznać aż 100 GB (???), dostałam tylko ….10, więc nawet mniej, niż ostatnio miałam. Co prawda telefonowałam do firmy i pani, miła skądinąd (sami mili tam przecież pracują) poinformowała mnie, że jeszcze (wtedy, czyli w dniu popisania umowy) nowy program nie wszedł, ale skoro obiecali mi te 100 GB to pewnie je będę miała,  więc nie ważne jest to co pisze na umowie.  Oczywiście bzdura, ważne jest to własnie, co jest podpisane, a nie obiecane na słowo.
Miałam mieć 14 dni na możliwość rozwiązania tej umowy, nieprawda, już po 2 dniach nową usługę mi włączyli, wcale nie czekali te dwa tygodnie.
I co dalej? Ano nic, właściwie mi ten mobilny internet do szczęścia nie jest potrzebnym, bo mam i w domu i w pracy i w komórce dostęp do netu, ale z tej usługi jeszcze ktoś korzysta i nie chcę jej tego kogoś pozbawiać (ot, takie moje ciche zobowiązanie), więc już interweniować nie będę, niech zostanie jak jest.
Dobre jest w  tej całej sprawie to, że dostałam ruter, z którego będę mogła korzystać w miejscach, gdzie nie mam dostępu do WiFi. Czasami tak bywa, że jest się nagle w miejscu bez zasięgu (na przykład kiedyś, gdy byłam w szpitalu korzystałam z netu z telefonu i tych dodatkowych minut z internetu mobilnego), teraz w takiej sytuacji będę  miała ułatwiony taki dostęp, będzie szybszy niż dotąd z telefonu go czerpałam.
Ale obym nie musiała z niego korzystać. Pozostawiam minuty tajemniczej osobie X 🙂

Nic innego i specjalnego się nie dzieje, ot nadszedł czas zupełnie nieprzyjemnej jesieni.
Dzisiaj  w nocy  „moi” powracają z wakacji w ciepłych krajach, spotkanie z zimną rzeczywistością na pewno nie będzie dla nich przyjemne.
Ale wszystko kiedyś się kończy i  to dobre i to złe, taka jest kolej rzeczy.
A co porabiam długim i już szybko zapadającym zmrokiem?
Ano fermię sobie w tym swoim Wiejskim życiu, coraz bardziej urozmaicone dostaję tam zadania, coraz trudniejsze i co jakiś czas muszę coś dokupować, ostatnio kupiłam dziwne zwierzę Alpaka, które daje mi ciepłą wełnę (no nie mi, bo szybko ją zbywam, wg. zamówienia, które do mnie wpływa),  dokupiłam też jelenia, bo jest spore zapotrzebowanie na dziczyznę, zastanawiam się nad zakupem….wielbłąda. Mówię Wam, takie fajne są tam te zwierzątka, a jakie zabawne minki robią, można się i zabawić i pośmiać zarazem. 
Może to dziecinne, ale coś zrobić trzeba, zwłaszcza że ostatnio są beznadziejne telewizyjne programy i prócz moich ulubionych seriali właściwie nic innego nie oglądam. Czasami na Ipli powracam do Rodziny zastępczej, co prawda znam już wszystkie odcinki prawie na pamięć, ale to jest tak sympatyczna rodzinka, że zawsze miło z nią się spędza czas.
A ponieważ pogoda jest do niczego ofiarowuję Wszystkim dzisiaj piękną różę na poprawienie humoru.Róża i kawa zawsze humor poprawia, więc tę różę Wam pozostawiam a sama idę zrobić sobie następną kawkę. Wypiję ją za Wasze zdrowie.
Przyjemnej soboty

to nie jest mój dobry dzień

    

Zdecydowanie nie jest dobry, chociaż czwartek był nawet miły i przyniósł dobre wieści.
Chociażby i taką wiadomość od Uli, która  do mnie miła spłynęła, że jednak pamiętała o środzie, ale….no tak na wakacjach różnie bywa, człowiek cieszy się się miłymi chwilami. Pozdrawiam Uleczko Cię nad tym morzem 🙂
Ale to było wczoraj.
Dzisiaj jestem zła i „uboleśniona”, więc jak można mieć dobry humorek i w dodatku blog pisać? Musiałabym wszystkie brzydkie wyrazy powtarzać po kilka razy i…straciłabym tę dobra reputację, hi, hi.
Więc nic dzisiaj ciekawego nie napiszę, trudno, na  moje przemyślenia musicie poczekać troszkę.
Niech weekend będzie wspaniały, chociaż zapowiadają niestety i burzowy i deszczowy i do….niczego.
Pewnie dlatego tak się czuję, jak się czuję.
Ale przecież nie zawsze musi być różowo, prawda?
Głowa do góry

Kaszuby – piękna kraina

 

 

Chyba taka piękna, że Ula nawet o blogu wczorajszym zapomniała? Nie miałam żadnego komentarza na blogu, co prawda mnie nie zdziwiło, ale nawet nie posłała mi MMM-są? Trochę dziwne.
Cierpliwie poczekam na jakąś wiadomość, mam nadzieję, że tam dobrze się bawi. I wcale to nie znaczy, że mam Uli za złe, że się nie odezwała, ani tym bardziej, że jej zazdroszczę. Nic podobnego, nawet się cieszę, że ma tyle okazji do wspaniałego odpoczynku na łonie natury.
A mi się po prostu już nie chce i już. Przecież pisałam wczoraj, że czuję się co najmniej o 10 lat starsza, niż tych lat już mam, a mam ich wcale nie za mało. Gdy idę ulicę i widzę te uśmiechnięte młode dziewczyny, mijające mnie prawie że biegiem tak sobie myślę : Boże, jak ten czas ucieka…. też kiedyś mijałam te wlokące się po chodnikach babcie i nie rozumiałam, czemu one tak człapią. Teraz już świetnie to rozumiem!!!! Znowu się skarżę? nie, tylko całkiem realnie opisuję warunki fizyczne osób starszych, które niestety z powodu wielu dolegliwości zaczynają być nagle ograniczone. Niektórym trudno się z tym pogodzić i wtedy przychodzi załamanie, jak to, już nie jestem taka wartka i szybka? już nie mogę na kolanach froterować podłóg (bolą kolana), ani dźwigać ciężkich zakupów(bolą ręce) ?  Al spora część osób w „słusznym wieku”, jak na przykład ja, zaczynają pojmować, że trzeba te niedogodności przyjąć dzielnie na swoje bary i trzeba z nimi się pogodzić.
I teraz już nie wstydzę się prosić kogoś o pomoc, na przykład, gdy ze stromych schodów koło mojego sklepu muszę znieść ciężką torbę. Do tej pory jakoś zawsze spotykałam się przychylnością, jednak nie wszyscy młodzi są zepsuci na tyle, żeby lekceważyć osoby starsze, chociaż w niektórych środowiskach takie osobniki niestety wciąż  występują.
Najważniejsze jest jednak, żeby obojętnie na wiek nieść na  swoich ustach uśmiech, a lico ogarnięte było pogodą ducha. Wtedy życie staje się łatwiejsze i nawet te niektóre niedogodności stają się mniej dokuczliwe. Ot, to tylko takie czwartkowo poranne moje dywagacje o starości, chociaż duchem wcale stara się nie czuje.
Oj chciałaby jeszcze dusza do Raju, tylko………kości nie pozwalają ha, ha, ha

Pogoda na szczęście dzisiaj jest całkiem przyzwoita, przynajmniej poranek jest słoneczny, mam nadzieję, że tych słonecznych promieni starczy i na resztę dnia. Tym bardziej, że przestałam się już tak bardzo przejmować tym, co się wokoło Polski dzieje.
No własnie, co tam panie w polityce? Ano PIS nadal twardo trzyma, obiecują, obiecując, obiecując i rozdając pieniądze, które niestety kiedyś nasze dzieci, wnuki i pewnie prawnuki zgrzytając ze złości na głupotę i naiwność  swoich dziadków, spłacać będą.
Ale tym Pis nadal przy władzy się utrzymuje, dodając jeszcze nienawiść wobec Niemiec, występując o reparacje wojenne  I tak nigdy tych pieniędzy nie dostaniemy, ale co im zależy grać na antyniemieckich sentymentach, skoro im to sukces przynosi? Przynajmniej do pewnego czasu, bo nie wiem, czy uda się im te 80 procent Polaków zniechęcić do Unii i  skutecznie przeprowadzić Polxit, tak jak zamierzają. Niby obłudnie opowiadają się za Unią, ale czynią wszystko, żeby jak najszybciej nas stamtąd usunęli. No i wtedy usłyszymy, jak ta Unia jest niedobra i niesprawiedliwa, najbardziej oddany im kraj oddalili precz Ciemny lud znów uwierzy, ale może już nie te 40 procent koniecznie?.
Niestety wciąż spora część Polaków daje się chwycić na pisią propagandę, a przy okazji słaba opozycja nie pozwala, by coś w Polsce zmienić.
Ale do czasu, do czasu….

No dobra, mamy piękny czwartek i dobre humory, więc nie będę już o polityce truła, tylko życzę przyjemnego dnia.

mała odmiana

 

Dzisiaj mała odmiana Uleczko. Do malutkiej, ślicznej róży dołączyłam filiżankę wspaniałej porannej herbatki z życzeniami pięknego dnia. A wiem, że jest u Ciebie piękny, bo taką własnie wiadomość z Kaszub, gdzie przebywasz, od Ciebie otrzymałam. I bardzo Ci za tę wiadomość dziękuję i jeszcze więcej promyczków słonecznych podsyłam, bo i u nas w Krakowie słonko świeci, co prawda czasem chowa się za chmurką, widać w chowanego z nami się bawi.
No więc wszystkiego dobrego na czas kaszubskich zabaw Ci życzę i do  „zobaczenia” za tydzień już w Poznaniu, oczywiście tylko niestety na blogu.
Ale kto wie….

Dzisiaj od rana miałam zabiegany dzień, dlatego dosyć późno za mojego bloga się zabrałam, nic nie szkodzi, zdążę na czas.
Środa to dzień moich kwiatków, muszę je wszystkie dobrze napoić (niektóre widać za dużo, bo od razu „siusiają”, przeglądnąć listki i usunąć te nieco przywiędłe.
Gorzej jest z fiołkami, już nie jest dobra pora na nie i już całkowicie kwiatuszki potraciły, będą widać tak sobie wegetować przez jesień i zimę, a na wiosnę znów moje oczy szafirem  i bielą ucieszą.

Poza tym przyszedł jeszcze do mnie z Orangu kurier i przyniósł mi nowa umowę na internet mobilny, a prócz tego ruter do telefonu, tylko….. zupełnie nie mam pojęcia jak to „ustrojstwo” włączyć, jakieś baterie, karty Sim i nie wiadomo co jeszcze, ale od czego mam dobre bratnie dusze? Już poprosiłam Ksawera i dzisiaj podjedzie do mnie i to całe urządzenie mi uruchomi. Będę miała w takim razie lepszy zasięg internetu w tych miejscach, gdzie go nie mogę złapać, chociażby na skwerku koło Parku. Zupełnie nie rozumiem, skąd się te „dziury” w eterze tam biorą, ale czasami nie  mogę  tam złapać internetu. Przecież dotychczas i w Parku i w jego okolicach nie miałam takich trudności.
Widać ktoś skradł stamtąd nadajnik he, he, he.
A co poza tym?
Ano nic ciekawego, ani tym bardziej dobrego, przynajmniej dla mnie. Nie będę się powtarzać, ale ten ból rąk i nóg staje się już dla mnie bardzo dokuczliwy, nie dość, że się budzę co chwilkę w nocy, to i w dzień mam ograniczone bardzo ruchy. Czuje się, jakby ktoś nałożył na mnie jakieś kraty i silnie je ścisnął. Muszę coś z tym zrobić, bo w porównaniu ze stanem mojego zdrowia sprzed roku, „posunęłam” się nie o rok, ale co najmniej o lat 10. Oczywiście na niekorzyść.
Pewnie gdy Maciek powróci już z wakacji poproszę go o wizytę u reumatologa, może ten chociaż troszkę mi ulży?
Zażywam codziennie ten Nimesil, ale trochę się tego obawiam, bo Nimesil podobno bardzo psuje wątrobę. Dlatego każdego rana długo się zastanawiam, zanim otworze tę saszetkę i wsypię do szklanki, ale co jest lepsze?  chora wątroba, czy ten nieznośny codzienny ból? Trudny wybór……

Wczoraj Basia przyniosła mi  ten lek z kolagenem,  Revifleksin, dzisiaj go zainaugurowałam , pyszny jest, smakuje jak koktajl brzoskwiniowy, tylko czy na pewno jest taki skuteczny na te stawy, jak zapewniają? Ale jakoś te chrząstki muszę odżywić, może wtedy kości nieco odpuszczą, gdy „zobaczą”, że o nie dbam?
Tylko muszę jeszcze bardziej uważać teraz przy chodzeniu, każdy upadek dla mnie to nowy ból, a już ich mam tak spora kolekcję, że więcej już ich nie potrzebuję…..

Dzisiaj mija 51 rocznica śmierci mojej Ukochanej Babci Tamtej Mamy, o której już nieraz w moim blogu wspominałam.
I dla Niej z tej okazji dzisiaj zamieszczę  to wspomnienie:

 
Nie tylko Ulce ale Wam wszystkim życzę miłej i ciepłej, niestety już jesiennej środy.

Deszcz

 

 

Zawsze na mnie działa deprymująco. Już nie mówiąc o bólach, które mnie podczas deszczu nękają, nie będę się powtarzać, już wczoraj o tych moich bolączkach pisałam, zresztą i tak znów mam niedospaną z powodu dolegliwości rak i nóg noc.
Nic to, dwie kawy może na nogi mnie postawią, środki przeciwbólowe nieco ból ukoją, ale złego nastroju nikt i nic nie jest w stanie mi poprawić, niestety.
Ale nie o moich nastrojach chcę pisać.
Kiedyś koleżanka, która również podobnie jak ja cierpi na  zwyrodnieniowe bóle kolana poleciła mi lekarstwo, które zapisał jej chirurg. Są to saszetki przeciwbólowe  Reviflexin:


Co prawda jestem bardzo sceptycznie nastawiona do tych wszystkich medycznych „rewelacji”, bo gdy raz natura już coś zepsuje, raczej jest to nie do odtworzenia, ale….   tonący brzytwy się trzyma, czemu nie wypróbować jeszcze i tego leku? Nic w nim niby specjalnego nie ma, trochę, kolagenu, trochę witaminy C…. No to w czym problem?
W cenie. W aptece, w której zamówiłam ten preparat kosztuje on 60 zł ( za 30 saszetek, czyli za miesięczne leczenie, bo pije się tylko jedną saszetkę dziennie).
Ale Basia (ta koleżanka własnie) kupiła ten lek w swojej aptece o 30 zł taniej. Obiecała, że się popyta w tej aptece u siebie i rzeczywiście kupiła m ten lek o połowę taniej.Trochę w tej „mojej” aptece byli niezadowoleni, że najpierw zamawiam towar, a potem go odmawiam, ale przecież nikt nie może mnie zmusić, abym dwukrotnie przepłaciła za ten lek, prawda? Przecież  za tę samą cenę mam teraz zapewnione dwumiesięczne, a nie miesięczne leczenie. Ale zastanawiam się, skąd są tak niesamowicie duże różnice w cenach leków? Czyli są apteki ekskluzywne, dla bogaczy i bieda – apteki, dla plebsu ( ludzi gorszego sortu???). Rozumiałabym różnicę 10 złotowa nawet, ale dwukrotne przebicie???? nie mieści mi się to w głowie.
Deszcz nadal pada, humor mam coraz gorszy mimo wypitych dwóch kaw, o Nimesilu nie wspomniawszy, czyli jest….. no dobra, O.K., niech będzie.
Zawsze mogłoby być jeszcze gorzej prawda?
Ale wena do pisania mojego blogu zbliżyła się do zera, więc tylko spokoju na wtorek wypada mi życzyć.

BÓL

 

 

 

Ból – permanentna część mojego istnienia.
Ostatnio staje się już naprawdę bardzo trudny do wytrzymania.
Od rana do wieczora, przez całą noc i znów zaczyna się  następnym porankiem. Nie ma na niego mocnych!!! Po ostatnim upadku dołączył się ten okropny ból obu rąk, od barków, przez łokcie i nadgarstki, aż po czubki palców.
Mam „uwiązane” ręce, ograniczone ruchy w barku (nie mogę,  nawet po głowie się podrapać, nie mówiąc o plecach), nie mogę za dużo dłońmi wymachiwać, a one są takie przecież na co dzień potrzebne. Nie tylko o pisania na komputerze, ale …..nawet czajnik elektryczny, czy puszkę z cukrem muszę podnosić obydwoma rękami, bo jedna ciężaru nie utrzyma. O pościeleniu łóżka nawet nie wspomnę, to dla mnie prawdziwe wyzwanie, wytrzepanie kołdry,  ułożenie jej w kostkę  i nakrycie łóżka kapą.   Ktoś powiedział : cierpienie uszlachetnia, nie koniecznie, dobrze że nie ma koło mnie nikogo, kto usłyszał by przEekleństwa, które wyrywają się coraz częściej  z moich ust, gdy nie mogę po coś sięgnąć, gdy każdy ruch mnie boli.
Ktoś powiedział : gdy kobieta po 60 rano się budzi i nic nie boli, to znaczy, że żyje.
A ja dziękuję za takie życie, ja chcę, by przynajmniej przez jakiś czas ten ból nie był tak niemiłosiernie nie do wytrzymania!!!
Jak wygląda mój poranek????: Zaczyna się od porannego rozruchu, czyli z wielkim trudem przyjęcie pozycji siedzącej, bo nijak nie można się przez te ręce oprzeć o łóżko, by normalnie wstać. Potem „rozruch” kolan, zwłaszcza tego bolącego, lewego i z trudem dowlekam się jakoś do łazienki.
Potem zażywam coś przeciwbólowego i stawiam wodę na kawę. Wydaje mi się, że już jest troszkę lepiej, ale to tylko krótka złuda, bo znów ból powraca. Dopiero po Nimesilu gdzieś  po około godzinie lekko zanika. Ale każdy mniej ostrożny ruch rękami i znów ten „nieprzyjaciel”  jest. Wyskakuje jak królik z kapelusza i …wcale mnie nie cieszy. Czasami nawet sobie lekko powyję z bólu, popłaczę, na szczęście nikt nie widzi, nikt nie słyszy.
Smutne i ciężkie jest takie życie w ciągłym bólu, staram się do niego przyzwyczaić, ale naprawdę jest bardzo trudno. Może  nie dobrze, że o tym tutaj piszę, ale gdzieś przecież podzielić się ze swoim bólem muszę, gdzieś muszę się wyżalić,
I proszę, nie radźcie mi „idź do lekarza”, to już nie działa, byłam u niejednego i nic prócz następnych proszków nie dostaję. Zresztą ból tych rąk jest na wskutek tego mojego ostatniego upadku i mam taką cichą nadzieję, że kiedyś przejdzie, podobnie, jak minął mi już ten ból stłuczonych żeber. Na to tylko potrzebuję troszkę czasu no i cierpliwości. A jak widać, tej ostatniej mi jakoś brak…..Ale jakoś radzić sobie muszę, zdecydowanie znów popieram korporacje taksówkarskie i tak będzie do czasu, gdy ból odpuści, gdy znów będę pewniejsza na ulicy…….
Jeszcze raz przeczytałam ten  mój wpis i zastanowiłam się, czy go „puszczę  Tak, czemu nie, przecież obiecałam sobie kiedyś, gdy zakładałam ten blog, że będę w nim pisała o wszystkim, co mnie dotyczy, nawet, gdyby nie było to nic przyjemnego. Bo takie jest życie, składa się z dni miłych i mniej miłych, i jakoś trzeba pomiędzy nimi się  w miarę zgrabnie poruszać.

Wstał słoneczny dzionek I całe szczęście, przynajmniej słonko dzisiaj do mnie będzie się uśmiechać.
A ponieważ dzisiaj jest poniedziałek, przesyłam Wszystkim same serdeczności nie tylko na dzisiejszy dzionek, ale i na cały tydzień

TRZYMAJCIE SIĘ   

Huragany

 

 

 

 

Kiedyś przeczytałam gdzieś w przepowiedniach, że  na wskutek  wielkich następujących po sobie kataklizmach Ameryka zniknie pod wodą.
Nie było długo czekać na te dramatyczne wprost prognozy. Huragan Irma nadal panuje nad Ameryką, zniszczył dwie karaibskie wyspy, Kubę, a teraz dociera do  brzegów USA, dokładnie uderzyć ma we Florydę. Są sprzeczne wiadomości, co do miejsca uderzenia, pierwotnie miał uderzy w sześciomilionowa aglomerację  Miami, więc wszyscy  mieszkańcy przenieśli się w okolicę Tampy, niestety okazało się, że  główne czoło huraganu ma własnie uderzyć w Tampę. Ludzie są zdezorientowani, nie wiedzą, w jaki sposób zabezpieczać swoje mienie, bo praktycznie nie istnieje żadne pewne takie zabezpieczenie, nie wiedza w którą stronę mają uciekać. Najbezpieczniej chyba dla nich byłoby uciekać do Europy, gdzie jak na razie tak wielkiej siły huragany nie zagrażają, ale……
Wcale nie jest łatwo pozostawić swój dobytek, wszystkiego, czego się przez całe życie dorobiło na pastwę losu. Bo prócz niszczycielskiej siły huraganu niestety i tam grasują  szajki szabrowników, wykorzystujących sytuację i chcących się na czyimś nieszczęściu wzbogacić.
Samo życie, bardzo podłe zresztą życie, grać na czyichś uczuciach, czyichś majątkach, nie wiem, czego tacy ludzie spodziewają się po życiu. Tak zdobyty majątek szczęścia przynieść nie może. Ale tak wydaje się tylko ludziom porządnym, tym, którzy nigdy nie odważyli bysie podnieść ręki na czyjeś dobro. Straszna jest ta świadomość możliwości zagłady życia, nie tylko zresztą przez żywioły, ale także i przez patologiczną wręcz politykę niektórych przywódców. Myślę tutaj o  zagrożeniu, które płynie z Korei Północnej. Tamtejszy  przywódca koreańskiego reżimu  Kim Dzong Un nie jest szalony, on po prostu traktuje broń atomowa jako swoją swoistą  polisę na życie, dopóki ją posiada , jest bezkarny. Chce, by jego głowice nuklearne dotarły do Nowego Jorku, bo w ten sposób będzie mógł szantażować Stany Zjednoczone. Już teraz Stany zdają sobie sprawę z tego, że wyprzedzający atak na Koreę Północną może skończyć się dramatem, bowiem Kim jest człowiekiem zdeterminowanym i na pewno nie zawaha się swojej broni nuklearnej odpalić, a to może oznaczać tylko następną, straszną w skutkach wojnę atomową. Również i Chiny są w sytuacji dosyć niewygodnej, bowiem zdają sobie sprawę z tego, że ich blokada polegająca na odcięciu od ropy naftowej oznacza co prawda klęskę dla Korei Północnej, ale Chińczycy obawiają się, że kraj ten ogarnęła by niewyobrażalna anarchia, co również mogłoby grozić wybuchem wojny.
Tak więc sytuacja polityczna na świecie jest całkiem niebezpieczna, co najgorsze, nie wyobrażalna w poczynaniach i późniejszych ich skutkach .
Tak to jet, gdy do władzy dojdzie fanatyk, który potrafi w dodatku wzbudzić w innych respekt i ślepe posłuszeństwo.
Bo chyba nie ma na świecie drugiego takiego państwa, w którym absolutna większość ślepo ulega jednostce i jej się poddaje.

Ale co ja Was tu straszyć będę, w dodatku w niedzielę, dzień relaksowy.Na razie wszystko to jest bardzo daleko od nas, na innej całkiem półkuli i miejmy nadzieję, że jednak rozsądek weźmie górę. Oczywiście jeżeli chodzi o politykę, bo z naturą niestety już nikt nie wygra.
Własnie przeczytałam, że odkryto następną czarną dziurę w naszej galaktyce, mogącej mieć wpływ na dziwne astronomiczne zjawiska, np na tzw kanibalizm galaktyk, polegających na wchłanianiu mniejszych galaktyk przez większe i tym samym ich powiększaniu, ale czy to bedzie miało tez i jakiś wpływ na to, co się dzieje na naszej ziemi????

Nie przejmujmy się tym tak strasznie znowu, będzie co ma być i tak nam wiecznego życia nikt nie zapewnił.
Dzisiaj odpoczywamy!!!