tak było…..

 

 

Wczoraj miałam bardzo smutny wieczór.
Około 19 moje mys,li cofnęły się o całe 58 lat.
Miałam wtedy 10 lat i przyznam, że byłam bardzo dziecinna, na pewno o wiele bardziej infantylna, niż nie jedna dzisiejsza dziewczynka w tym wieku.
Pewnie, że to były inne czasy, inny sposób wychowywania dzieci, które były niejako chronione przed złem tego świata i jak najdłużej dało się oddalało ich od problemów ludzi dorosłych.
Już nie raz wspominałam, że przy okazji większych rodzinnych imprez w domu, dzieci miały swój własny stół w drugim pokoju, z oddali od rodziców, którzy nie zawsze chcieli, by dzieci w aktualnych sprawach się orientowały,  dorośli chcieli zaoszczędzać dzieciom czas rozczarowań.Pewnie, że taki czas kiedyś nadejść  musiał, ale rzeczywiście, czy psychika dziecka jest przygotowana na bolesne nieraz ciosy???
Aby umieć zrozumieć i dobrze się ustosunkować do takich problemów trzeba jednak trochę rozsądku.Może teraz inaczej rodzice traktują dzieci, raczej nie zwracają aż takiej bacznej uwagi, jak ongiś, ale czy to jest dobre, słuszne???
No tak, inne czasy, inne standardy, ale przez to mogę powiedzieć, że zapewniało mi to, przynajmniej do jakiegoś czasu prawdziwie szczęśliwe dzieciństwo.
Do tych chwil zawsze wracam z uśmiechem , przynajmniej trwającego wcześniej,  niż  pamiętnego dnia 19 listopada 1960 roku, gdy zmarła moja Mamusia.
Czy wiedziałam o Jej chorobie? Pewnie tak, ale nie do końca. Widziałam, że Mama cierpi, wiedziałam, ze była się leczyć we Francji, chociaż do końca nie wiedziałam, na czym ta terapia miała polegać, widziałam, zatroskanie mojego Taty. Ale równocześnie im bardziej Mama była chora, tym większą Jej miłością byłam otaczana, tak, jakby chciał mi tę miłość pozostawić na zapas, na zawsze, Dlatego mnie przytulała, dlatego ze mną rozmawiała, dbając, by niczego mi nie brakowało.
Moje rodzeństwo było starsze, Ania miała 17 lat, Krzysztof już 20 lat i wszystko inaczej rozumieli niż ja, zaledwie 10 letnia dziewczynka.
Na pewno mojemu Tacie było bardzo trudno rozstać się z Ukochaną Kobietą, dla którego była Wszystkim, całym światem. Ale Tata był bezradny, zrobił wszystko, co mógł, niestety medycyna nie stała wtedy na takim poziomie jak teraz, może gdyby tak było, Mamusia była by do uratowania?
Boże, Ona miała dopiero 50 lat. Miała swój ukochany świat, ciepły i radosny dom, kochanego i kochającego męża, troje wspaniałych dzieci, dla których była najwyższym autorytetem, wykonywała z radością swoją pracę zawodową, chętnie pomagała wszystkim, którzy tej pomocy u niej szukali.To był taki chodzący po ziemi Anioł, który rozdawał wszystkim miłość, radość nadzieję.
Tylko tej nadziei niestety dla niej zabrakło…..Zachorowała, gdy miała niespełna 50 lat, Jej choroba trwała  tylko rok.To był bardzo ciężki rok i dla Niej i dla mego Taty, który doskonale zdawał sobie sprawę z powagi choroby, przecież kiedyś brał udział w leczeniu takich ludzi w Foundation Curie w Paryżu.
I tam też szukał pomocy dla swojej żony, niestety ta pomoc przyszła zbyt późno. Można wyobrazić sobie rozpacz mężczyzny, który wie, że ta, którą pokochał prawdziwą miłością, musi odejść i nic nie można już na to poradzić.
Ale obydwoje rodzice, i Mam i Tata starali się, abym nie martwiła się ich troskami, abym jak najdłużej miała to swoje piękne i szczęśliwe dzieciństwo.
Aż przyszedł ten straszny dzień 19 listopada, gdy już w południe moja mamusia straciła przytomność, a mój Tata cały czas siedział przy Niej, trzymając Ją za rękę i śpiewając Jej piosenkę, która pewnie przypominała mu czasy ich pierwszego spotkania. Tata wiedział, że to są ostatnie minuty życia Mamy, więc mnie, nie do końca zorientowaną w sytuacji, za rękę poprowadził do łóżka, na którym umierała Mamusia.
Byli tam już przy Niej wszyscy, Tata, dzieci,  Jej Mama. czyli Tamtamama, odchodziła cichutko w otoczeniu tych, którzy Ją kochali.
Pamiętam jej ostatni oddech, wciąż mam ten moment w pamięci i tam chyba na zawsze pozostanie. Ale mimo, że miała, 10 lat nie do końca zrozumiałam słów „Twoja Mama umarła”.
Wydawało mi się, że Ona tylko zasnęła i niedługo znów się obudzi i będzie się ze mną bawiła, stąd poukładałam koło Niej wszystkie moje zabawki……
Co oznacza brak Mamy, zrozumiałam dopiero dużo później. Zawsze zazdrościłam innym dzieciom, że mają swoje mamy, do których mogą iść z kłopotami i swoimi większymi i mniejszymi bólami, ja już jej nie miałam. I mimom że jak zawsze podkreślam, miałam najlepszego pod słońcem Tatę, nigdy w pełni tego braku nie potrafił mi zapełnić.
Stąd potem przyszły do mnie te piękne sny, w których moja mama przychodziła do mnie, a ja mogłam Jej powiedzieć : „Mamusiu, jak ja Ciebie bardzo Kocham Mamusiu”
O wczoraj znów w moich wspomnieniach tamten wieczór powrócił. Powróciły też wspomnienia o moim Tacie, o moim Rodzeństwie, które tez już odeszło, o tamtych czasach, gdy świat był pełen kochających mnie osób, zapewniających mi bezpieczeństwo i spokój.
Dlatego tak ważne są wspomnienia, można się znów  w nich cofnąć w tamte czasy i przynajmniej przez moment znów przeżywać radość i smutek tamtych dni.

Ale potem człowiek nagle się budzi i widzi, że ten świat iluzji niestety już odpłynął, pozostał ten realny, szary, pełen kłopotów i czasami jakiejś wprost bezsilności. Cóż, trzeba się otrząsnąć i żyć nadal, trzeba starać się, aby i ten dzisiejszy dzień nie do końca był taki ponury, jak ten listopadowy dzisiejszy poranek, bo jakieś wspomnienia po nas przecież potomnym musimy zostawić.
Niech też nas wspominają potem z uśmiechem i z łezką wo oczach.

Jak już pisałam, buro i ponuro jest za naszymi oknami, chłód i szarzyzna, nie tylko zresztą za oknem, ta szarzyzna i brud przykrywa nasze życie polityczne, wciąż walczymy z jakimiś potworami, z kąta wyłażącymi  i starającymi się przekonać nas, że wszystko jest w porządku.
Niestety, nie jest w porządku i optymistyczne jest tylko to, że coraz więcej ludzi zaczyna szeroko  otwierać oczy i ……… widzieć to, co naprawdę się dzieje.
A co z tymi jeszcze nie przekonanymi? Poczekajmy, oni też w końcu wnioski wyciągną, gdy zobaczą, ile brudu teraz w naszej polityce się zagnieździło.
To jeszcze kwestia czasu, mam nadzieję, że już nie długiego czasu, kiedyś trzeba będzie odbić się od tego dna.

Życzę jednak spokojnego wtorku. Co prawda pogoda niezbyt temu sprzyja, ale zawsze można znaleźć sobie, chociażby w takich wspomnieniach, jak to moje dzisiejsze, małą odskocznię, która trochę uspokoi, przyniesie chociaż małe ukojenie.