
W dzisiejszej edycji internetowej Gazety.pl. przeczytam wspomnienia o psie Fafiku, który miał być rzekomo irlandzkim terierem, ale w sumie okazał się zwyczajnym mieszańcem, nie mniej nadal bardzo kochanym przez swoich właścicieli: Mariana i Katarzynę Eile.
I w trakcie tego czytania doznałam olśnienia: już wiem, czemu jestem taka „genialna” w swoich spostrzeżeniach, przecież pani Katarzyna Eile była moją chrzestna matką. Autentycznie, moi rodzice przyjaźnili się z rodziną Eilów, zresztą z opowiadań wynika, że to właśnie w ich domu się poznali i zakochali się w obie od pierwszego wejrzenia, dlatego potem ich ostatnia córeczka, czyli ja, była chrześniaczką Kasi Eile.
Szeroki i elegancki świat stał niby przede mną otworem, tylko, że właściwie nigdy nie obracałam się w tym świecie bardzo znanego dziennikarza i malarza, założyciela i naczelnego tygodnika „Przekrój”, który kształtował świadomość powojennego pokolenia polskiej inteligencji. Tak jakoś to życie przeszło obok siebie, chociaż po ich powrocie z antysemickiego wygnania, mieszkaliśmy całkiem od siebie nie daleko, na sąsiednich ulicach. Krótki kontakt z moją chrzestną matką nawiązałam w całkiem dorosłym życiu, gdy została ona już wdową, wtedy zaprosiła mnie do siebie tuż przed moim wyjazdem do USA, a potem tuż po moim powrocie, gdy przywiozłam jej mały upominek. Potem niestety kontakt znów się urwał aż dowiedziałam się, że moja chrzestna matka nie żyje.
Cóż, tak czasami życie się układa, że spotykamy na swojej drodze życia ludzi znanych, a nie koniecznie przekłada się to na jakąś bliższą znajomość, chociaż ktoś powiedziałby, ze matka chrzestna dla dziecka jest osoba bardzo ważną, kształcujacą jego życie. I coś w tym prawdy jednak jest!
Szkoda tylko, że nie pozostało po niej dla mnie mieszkanie, ktoś inny, całkiem obcy je otrzymał. A mogło być przecież inaczej….. dla mnie teraz o wiele łatwiej……
A nie piszę tego bynajmniej by się chwalić , jest mi tylko miło, że miałam kiedyś kontakt z kimś, o którym teraz w prasie się wspomina jako o ważnej i charakterystycznej dla naszego miasta osoby.
Pies Fafik znany był ze swoich rozsądnych myśli, które zawierane były w Przekroju, znanej i bardzo popularnej ongiś gazecie.
Pewnie z racji tej naszej relacji i ja zawieram często w moim blogu (na szczęście nie w gazecie) swoje „doniosłe myśli”, kto wie, może mi to własnie po tamtych koneksjach pozostało???
A już na pewno po psie Fafiku pozostała moja miłość do wszystkich czworonogów, jak wiecie, zawsze byłam właścicielką jakiegoś pieska, niestety ze względów zdrowotnych jest to teraz niemożliwe, czego bardzo żałuję.
Nie mniej z wielkim zainteresowaniem wspomnienia o rodzinie Eilów dzisiaj przeczytałam, był to da mnie taki mały powrót do lat mojego wczesnego dzieciństwa , powrót do wspomnień o moich Kochanych i niezastąpionych nigdy Rodziców.
Jako motto tej mojej opowieści podaje jedną z myśli psa Fafika : Człowiek chodzi na dwóch łapach, bo bez przerwy musi służyć.
Kto wie, czy w dzisiejszych czasach ta maksyma nie jest jedną z najważniejszych, przynajmniej dotyczących naszej obecnej politycznej rzeczywistości????
Ze smutnych wiadomości, które do nas wczoraj dotarły to wiadomość o tragicznej śmierci znanego chyba wszystkim z pierwszej edycji Big Brothera jego zwycięzcy, Janusza Dzięcioła.
Akurat ta pierwsza edycja tego programu cieszyła się wielkim zainteresowaniem, występowali tam ciekawi, nietuzinkowi ludzie, a program prowadził niezapomniany Grzegorz Miecugow.
Chwila nieuwagi na niestrzeżonym przejeździe kolejowym kosztowała pana Janusza utratę życia.
Bardzo żal mi tego człowieka, był naprawdę sympatycznym i ogólnie lubianym mężczyzną, ale jest to też następne pokazanie kruchości naszego życia, dopiero co przeżywaliśmy tragedię, która rozegrała się w Szczyrku, teraz nów kolejna bezsensowna śmierć……..ech.
Nie można powiedzieć, że cieszymy się pełnią zimy. Co prawda w nocy temperatury są minusowe, ale na szczęście (przynajmniej dla mnie) śniegu wciąż brak. Niestety słonka też nam brakuje………
Nie mniej życzę przyjemnie spędzonej soboty, do Świąt coraz bliżej…
P.S. A był u Was Święty Mikołaj?
Mnie niestety nie odwiedził, chociaż co chwilę rano dzwonek dźwięczał w moim mieszkaniu i co chwilę zawiedziona otwierałam drzwi a to śmieciarzom, a to pani od czytania licznika, a na końcu dnia sąsiadce.
Pewnie za bardzo pyskuję w moim blogu i na prezent nie zasłużyłam.
Ale pocieszeniem jest to, że rózgi też nie dostałam 🙂