rodzinna niedziela

Dzisiaj nie będę się zbyt wiele rozpisywała, bo czas nagli, muszę jeszcze zrobić małe zakupy, dopakować wszystko, co mam ze sobą zabrać na święta: ciuchy, jedzonko, różne potrzebne inne przybory i jeszcze dzisiaj dojechać do Modlnicy.
Ale krótko wspomnę jeszcze o wczorajszym rodzinnym obiedzie, na którym spotkało się aż 3 pokolenia naszej rodziny. Gdyby najmłodsze, czwarte już pokolenie czyli Zelda i wnuk kuzynki Marysi mogli wczoraj dotrzeć, było by jeszcze weselej, ale i tak uważam, że rzadko się zdarza, żeby doszło do takiego kilku pokoleniowego spotkania. I co ciekawe, to młodsze pokolenie miało okazję się nie tylko spotkać, ale i w kilku przypadkach wręcz poznać, bo okazało się, że nasza rodzina już jest tak bardzo rozgałęziona, że nie wszyscy do końca do tej pory może nawet wiedzieli o swoim istnieniu?.
No i proszę, przyjechał z Minneapolis taki Wujek Andy, urządził rodzinny zjazd i młodsi kuzyni odkrywali całkiem nowych członków naszej rodziny.
Rzadkość prawda?
Ale było bardzo przyjemnie, przy pysznym jedzonku i przy winie wspominaliśmy zmarłego w zeszłym roku naszego seniora, Wujka Jurka, czyli najmłodszego brata mojego Taty, oglądaliśmy zdjęcia z każdego etapu jego życia, słuchaliśmy wspomnień Andiego o jego Tacie, niekiedy Andy przytaczał takie fakty, które dla nas były całkiem nieznane.
Potem każdy z nas dostał mikrofon do ręki i przytaczał swoje własne wspomnienie związane z Wujkiem Jurkiem. Ja też wspominałam mój pobyt w USA w 1983 roku , gdzie spędziłam z Wujostwem i z Kuzynami bardzo mile 2 miesiące.
Ale najbardziej wzruszające były dla mnie dwa momenty: pierwszy to ten, gdy odśpiewaliśmy piosenkę, która ułożyliśmy w związku z pierwszą wizytą po latach Wujka w Polsce. Pamiętam ten moment, był bardzo wzruszający, gdy Wujek, który wyjeżdżał z rodzinnego domu jako osiemnastolatek po latach spotkał się ze swoją Mamą, przyjechał wtedy do Zawoi i długo klęczał przed swoją matką, która płacząc tuliła swojego też plączącego ze wzruszenia, najmłodszego syna w swoich ramionach. Jurek był oficerem, więc jako młodzieniec dostał się niestety do niewoli, do obozu w Starobielsku, skąd udało mu się uciec, ale potem niestety dostał się do niewoli i ranny trafił do niemieckiego szpitala, gdzie poznał i pokochał swoją przyszła żonę i od tego czasu los rzucał go i jego rodzinę w różne miejsca, dopiero po wielu latach mógł odwiedzić swój rodzinny kraj.
I wtedy, podczas tej pierwszej Jego wizyty, utalentowana część naszej rodzinki ułożyła piosenkę związane z tym spotkaniem po latach, której słowa jakoś się zachowały i mogliśmy ją wczoraj raz jeszcze ze wzruszeniem i ze łzami odśpiewać.
Jurek, którego żona i dzieci władały tylko językiem angielskim i niemieckim czul się jednak zawsze Polakiem, więc nauczył ich przepięknej polskiej kolędy, która zawsze kojarzyła mu się z rodzinnym domem. I właśnie wczoraj wszyscy po polsku, wraz z Andym i z Judy odśpiewaliśmy tę śliczną kolędę „Lulajże Jezuniu”, a ja wcale nie ukrywałam łez, które płynęły z moich oczów i dusiły moje gardło.
To było dla mnie niesamowite przeżycie, taki powrót nie tylko do wspomnień o Wujku, ale także i powrót do moich dziecinnych lat.
Oczywiście rozmowy pomiędzy dawno nie widzianymi członkami rodziny były bardzo serdeczne, ale niestety nadeszła godzina 16 sta i musieliśmy już opuścić lokal, który był do tej pory własnie wynajęty.
Teraz spotkania rodzinne będą odbywały się już w mniejszych nieco grupach, ale w przyszłą niedzielę jestem zaproszona do Modlnicy, gdzie znów spotkamy się z Andym i z rodziną Basi.
A własnie a propo’s Basi: dostałam wczoraj od Niej i od Jej rodziny dwa prezenty świąteczno – imieninowe, ale Basia poprosiła mnie, bym rozpakowała je dopiero we Wigilię.
No cóż, musiałam poskromić swoją ciekawość i nierozpakowane prezenty zawiozę jutro do Modlnicy, aby je 24 grudnia znaleźć pod choinką i dopiero wtedy nimi się ucieszyć.
Przyznaję, łatwo nie było, ale prośbę trzeba było przecież uszanować.

Ale to już wszystko było wczoraj, dzisiaj zaczynamy nowy tydzień i to szczególny tydzień, świąteczny, pełen radości i rodzinnej miłości.
I chociaż atmosfera, zwłaszcza ta polityczna w Polsce jest ostatnio okropnie duszna, nie korzystna dla większości Polaków, to spróbujmy chociaż trochę się zdystansować od polityki, ona kiedyś musi wrócić przecież na właściwe tory, a nie może przecież poróżnić nas wszystkich przy świątecznym stole.
Niestety pogoda też niezbyt nam sprzyja, jest deszczowo, mgliście, nie taka, do jakiej byliśmy zawsze o tej porze roku przyzwyczajeni, do zimowych, białych Świąt.
Najważniejsze jednak, by to światło, to ciepło mimo przeciwieństw w nas pozostało, przynajmniej przez ten świąteczny czas.
Zatem miłego poniedziałku i naprawdę wspaniałego, rodzinnego tygodnia życzę.