Piękna, słoneczna i wesoła Wielka Sobota.
Dla mnie może nie aż tak bardzo wesoła, bo mam pewne rodzinne problemy, ale nie będę o nich pisać, mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy i to podobno już jutro ma być dobrze!
Jednego tylko się od wczoraj nauczyłam : nic nie jest pewne, ani ważne, ani nawet najważniejsze, bo przychodzi moment, który wszystko do góry nogami potrafi przewrócić, i wtedy właśnie ten aktualny fakt jest wtedy najważniejszy,
Nie liczy się ani polityka, ani to, czy mam co na stół postawić, następuje takie przemieszanie, do którego znów trzeba się przyzwyczaić.
Ot, takie jest życie.
I wczoraj, gdy byłam nieco przy smucona, Kaziu przypomniał mi moje słowa, które zawsze powtarzam: nikt nam nie obiecał, że nasze życie po różach będzie się toczyło. Bo każda róża ma kolce, małe, czy większe, ale je ma i o ten jeden nieraz kolec niestety czasami trzeba zahaczyć.
Wczoraj Darka przyniosła mi maseczki i rękawiczki oraz płyny dezynfekcyjne i chociaż na razie nie planuję żadnych wypadów poza dom, bo niby gdzie miałabym iść, skoro Park zakluczony, ale na wszelki wypadek jestem już epidemiologicznie zaopatrzona, nawet po świętach na zakupy mogę się wybrać, chociaż ostatnio mam tak bogato zaopatrzoną lodówkę, że prócz ewentualnie pieczywa w najbliższym czasie nic dokupować nie będę musiała.
Zresztą zawsze mogę o zakup pieczywa poprosić pana Janka, który wczoraj już też pytał, czy jeszcze czegoś ze sklepu nie potrzebuję.
Jak dobrze mieć Sąsiada i to w dodatku takiego miłego Sąsiada!!!!!
Brakowało mi co prawda czerwonej porzeczki, bo lubię robić sobie taki świąteczny sosik Kuberland, który zawsze mój Tata robił, ale nawet te konfiturę wczoraj Darka też mi dostarczyła.
Może ten sos Kumberland a’la mój Tata nie do końca jest ściśle z przepisem robiony (w oryginale dodaje się do niego jeszcze wino), ale robię go zawsze według naszego rodzinnego przepisu: dwie- trzy łyżeczki chrzanu, do tego dodaje się konfiturę, po prawdzie powinna to być żurawina, ale może być też to czerwona borówka, 2- 3 – 4 łyżki śmietany i do smaku przysmacza się go pieprzem, można tez dodać troszeczkę cukru – trzeba sosik wstawić do lodówki, żeby się „przegryzł” i potem znakomicie smakuje do wszelakich wędlin, a zwłaszcza do pysznych pasztetów.
Ot to taka nasza rodzinna tradycja, bo ten sosik robił mój Tata, a potem Jego dzieci, czyli Ania Krzysztof i ja, no i oczywiście również ich dzieci też taki sosik na Święta Wielkanocne podają.
No i oczywiście obowiązkowo trzeba jeszcze zrobić chrzan z jajkiem, to jest druga nasza tradycyjna wielkanocna potrawa, taka łatwa do zrobienia, jajka na twardo, chrzan, śmietana, sól, pieprz, cukier , znów jest dobra, gdy nieco w lodówce poleży przed podaniem na stół.
I pomimo, że będę sama, oba te sosiki też sobie zrobię, będę się czuła przynajmniej jak za dawnych świątecznych rodzinnych czasów.
Jak już kiedyś pisałam, w moim Rodzinnym domu świętowanie zaczynało się uroczystym śniadaniem podawanym około 10-11 rano, przy wspólnym stole zasiadali Rodzice, dzieci, Babcie, Ciocie, Wujki (Dziadków akurat nie pamiętam, bo miałam 3 lata, gdy obydwóch Dziadków zabrakło, zresztą w tym samym roku), było wesołe biesiadowanie aż do wieczoru.
W pierwszy dzień Świąt Wielkanocny nie podawało się na ogół tradycyjnego obiadu, ale zawsze popołudniu podawano u mnie barszcz z krokietem lub pasztecikiem (jakoś nie pamiętam by tradycja żurku u nas i była kultywowana) no i oczywiście było podawane pieczyste, czyli jakieś mięso, czy kuraki, sałatki i tak cały czas, przekąszając pysznymi słodkościami: sernikiem, makowcem, czy mazurkiem, biesiadowało się do późnego wieczora
To dopiero było prawdziwie rodzinne spotkanie, bo zawsze sporo ludzi przy stole siedziało, oczywiście dzieciaki, zgodnie z rodzinnymi wymogami, miało swój własny stół w osobnym pokoju, by starsi mieli swobodę w różnych rozmowach, którymi dzieciaków nie chciano aprobować.
Taki tradycyjny obiad jadało się u nas dopiero w drugi Dzień Świąt.
Teraz te restrykcje rodzinne nie są tak ściśle przestrzegane, zresztą pewnie i te rodzinne spotkania są w zdecydowanie mniejszym gronie robione, więc dzieciaki mogą w nich uczestniczyć.
Ale nie przypominam sobie, żeby któreś z dzieci czuło się pokrzywdzone faktem, że nie jest z rodzinna starszyzną przy stole usadzana, było nas kilku kuzynostwa i zawsze też świetnie w swoim gronie się zabawialiśmy, a o to, by nasz stół był dobrze zaopatrzony dbała zawsze moja Mama i wszystkie dobre Ciocie.
Ot, takie rodzinne wspominki z dobrych minionych czasów.
A wszyscy wiemy, że teraz jest całkiem inaczej, a w tym roku epidemia koronawirusa zdecydowanie odrzuciła wspólne rodzinne świętowanie, na czym bardzo rodzinne więcej tracą, a szczególnie dosyć niekomfortowo czują się starsze osoby osobno mieszkające, Babcie, Ciocie, Wujki, które całkiem samotnie ten świąteczny czas przechodzić muszą.
Ale takie są wymogi czasu i czy tego chcemy, czy nie, musimy się temu podporządkować
Ale może właśnie dlatego tak miło wspomina się tamte dobre lata?????
Dzisiaj jeszcze nie czas na świąteczne życzenia, pozostawię to sobie na jutro, ale życzę Wszystkim miłej, pogodnej i słonecznej Wielkiej Soboty.
A moje listki na balkonie już są coraz większe, coraz śmielej z pączków przekształcają się w zielone płatki. 🙂