Lany poniedziałek

By tradycji stało się zadość podsyłam Wam dzisiaj kilka dyngusowych kropelek, aby ten dzień był miły i w miarę wesoły.
Dzisiaj zapowiadali deszcze i niepogodę, a tu masz, słonko zajrzało do moich okien i wydaje się, że jak na razie deszcz nam nie grozi, chociaż z drugiej strony, przy tej suszy trochę deszczu by się zdało.
Biedne młode, dopiero co rozwijające się roślinki przecież wyczekują tego deszczu jak kania dżdżu.
Tym bardziej, że i tak nadal z domu wychodzić nie można, przymusowa i zdrowo pomysłowa kwarantanna trwa, chociaż wydaje się, że nie wszystkich ona w Polsce obowiązuje. No zobaczymy, czy koronawirus też tych naszych nadludzi jednak swoja koroną nie obdarzy, bo z tym wirusem nie ma zmiłuj się, wciąż zachorowalność niestety nadal rośnie.
Ale mimo, że ten czas jest niby smutny, bo taki nieco w odosobnieniu, ale jakoś radzić sobie trzeba było.
Przede wszystkim zastawiłam sobie wczoraj swój stół samymi świątecznymi smakołykami i poczekałam na Face Time na połączaniu z domem Maćka, czyli tak na odległość siedzieliśmy z Maćkiem i Jego Rodzinką przy wirtualnym stole, oni przy swoim, ja przy swoim, ale w ten sposób mieliśmy okazję sobie podzielić się na odległość jajeczkiem, wspólnie jeść smakołyki i rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać.
Ot, takie są osiągnięcia naszej nowoczesności, niby osobno, ale jednak razem spędziliśmy przynajmniej te kilka godzin, mimo, że dzieliła nas ponad 10 km odległość.
Spędziłam w ten sposób z nimi prawie wspólne ponad dwie godzimy.
Smutno mi tylko było, że nie mogłam w taki sam sposób połączyć się z domem Magdy, ale niestety tuż przed świętami Magda zaczęła mieć kłopoty ze swoim żołądkiem i…wylądowała w szpitalu.
Miała zaplanowany co prawda świąteczny wyjazd do Kościeliska, ale po pierwsze koronowirus szyki pomieszał i odwołali takie świąteczne turnusy w tej i w innych placówkach też, a w końcu okazało się, że jednak zdrowie jest najważniejsze i w Wielki Piątek Magda musiała udać się do szpitala.
Biedna Magdusia, zamiast świątecznych smakołyków dostała wodnistą zupkę z grysikiem i całą masę kroplówek i zastrzyków, ale już jest spora poprawa i najprawdopodobniej już za kilka dni będzie mogła dalsze leczenie podjąć już we własnym domku.
Nie miej bardzo jej współczułam, bo przez tego koronawirusa nawet nie można Jej było w szpitalu odwiedzić, wszystkie potrzebne Jej przybory Jacek musiał podawać przez portiera, mógł tylko przez szybkę w drzwiach do niej pomachać. Na całe szczęście są telefony komórkowe i chociaż ostatnio są dosyć wielkie trudności z połączeniami, bo linie są wyraźnie przeciążone, mogę sobie z nią kilka razy dziennie porozmawiać.
Co do mojego telefonu, to chyba mam jakiś wadliwy ten aparat, bo co kilka dni mi się wiesza i nie mogę wtedy odbierać telefonów, muszę dopiero oddzwaniać, poczekam, aż ta epidemia się skończy i spróbuję jakoś zainterweniować w Apple, na razie co kilka dni muszę go po prostu resetować.
Wczoraj znów miałam miłą niespodziankę – przesyłkę od Basi, Matylda przyniosła mi kawałek wspaniałego sernika przez Basie upieczony i…. pojemniczek z pasztetem, też robiony ręką Basi.
Co prawda zawsze zastrzegałam się, że pasztetu z królika jeść na pewno nie będę ( nie wiem dlaczego takie jakieś dziwne miałam do królika zastrzeżenia), ale tu po pierwsze nie wiedziałam, że w nim akurat tkwi królik (dowiedziałam się już nieco później), a po drugie akurat ten pasztet bardzo mi smakował i co lepsze, jeszcze kawałek na dzisiaj tego pasztetu sobie pozostawiłam i na pewno go zjem.
Od razu przypomniało mi się, że kiedyś tam zastrzegałam się, że nie cierpię baraniny (bo capi), a gdy już niestety świętej pamięci pani Zofia poczęstowała mnie pysznym mielonym kotlecikiem, zjadłam go ze smakiem i dopiero grubo, grubo później dowiedziałam się, że ten kotlecik był z……… barana.
Jak to nigdy nie można się zarzekać, zanim potrawy się nie spróbuje.
Ktoś kiedyś spytał mnie: dlaczego nie jesz baraniny albo królika? Opowiedziałam : bo nie lubię A następne pytanie było: a jadłaś kiedyś baraninę, królika?”=- no nie, no to skąd wiesz, że nie lubisz?
No właśnie, jak można czegoś nie lubić, skoro tego nawet się nie spróbowało????
Tak samo było wczoraj z tym pasztetem, ale naprawdę był taki smaczny, że nawet nie potraktowałam go sosem Kumberland, żeby nie popsuć jego smaku.
Ot takie moje świąteczne wspomnienia z dni minionych i z dnia wczorajszego zamieściłam.
Poza tym starałam się coś tam oglądać w TV, trochę pooglądałam filmów na Netflixie i Wielka Niedziela przeminęła…..
A dzisiaj, jak już, pisałam, słonko mnie rano wesoło przywitało, nie wiem, jak to ma się do pogodowych prognoz, teraz najwidoczniej i pogoda z nami w kuku gra.
Ale wiem przynajmniej jedno, dzisiaj nikt mnie nie poleje wodą, a bywało kiedyś, oj bywało, pamiętam taki Śmigus Dyngus, podczas którego nawet kilka razy musiałam się przebierać, bo byłam przemoczona do suchej nitki.
A teraz tylko mogę z uśmiechem wspominać te dni, gdy goniliśmy się z wiadrami pełnymi wody i wzajemnie oblewali. Ale wtedy było pisku, a ile śmiechów i radości…no cóż, wtedy jeszcze człowiek był młody…….

A jakie mam plany na dzisiaj? Pewnie też połączę się przez Face Time z Maćkiem, przynajmniej na chwilkę ich zobaczę.
Właściwie to już śniadanko zjadłam, co prawda tylko Basiny sernik i wypiłam kawkę, ale resztę na późniejsze godziny sobie pozostawiam.
Może znów z Rodzinką z Modlnicy będę sobie wirtualnie biesiadowała?

No to przyjemnego drugiego dnia Świąt życzę, spokoju i odpoczynku bez nerwów i zbytecznych wiadomości.
Bo brak wiadomości, to dobra wiadomość.
Wszystkiego dobrego 🙂