Ogród w domu

A tak się bałam, że będzie to smutny dzień ten wczorajszy, urodzinowy, a tymczasem był to dzień pełen niespodzianek.
Pierwsze życzenia dostałam od Reni: śliczny fiołek alpejski i dwie cudne serwety.
Koło 11 przyszły do mnie w odwiedziny Darka i Wiktoria i również przyniosły mi bukiet pięknych kolorowych goździków.
Własnie zabierałyśmy się za picie kawy, (wszak one raczej były daleko od wirusa, więc nie bałyśmy się współzarażania), gdy ktoś zadzwonił domofonem. Byłam zdziwiona, bo nie spodziewałam się gości w ten wirusowy czas, tym czasem okazało się, że to był posłaniec z olbrzymim koszem kwiatów. Ale się najpierw zdziwiłam, a potem wzruszyłam. Takie momenty, że ktoś przynosi do domu kosz z kwiatami widziałam tylko we filmach, tym czasem i mnie taka niespodzianka też spotkała.
Przyznam Wam się, że ze wzruszenia aż się popłakałam, co zresztą można było zobaczyć na filmiku, który nakręciła Wiktoria, moment, gdy odbierałam ten olbrzymi kosz różnych kolorowych, wspaniałych mieszanych kwiatów i to moje wzruszenie i łzy.
Oczywiście zamieszczony był stosowny liścik z życzeniami : zdrowia, szczęścia, pomyślności do późnej starości i podpis M.E.D.W. czyli Maciek, Ela, Daria i Wiktoria. (czyli aż tak bardzo stara jeszcze nie jestem???)
Czy można było zrobić większą niespodziankę już wiekowej jakby nie było seniorce rodu, niż doręczenie umyślnym takich pięknych kwiatów, w czasie, gdy niestety wizyty są bardzo ograniczone (Elżbieta i Maciek pracują w Przychodni, więc teoretycznie mogliby przynieść mi jakiegoś złośliwego wirusika).
Kocham ich za to mocno i jeszcze tutaj za ten wspaniały pomysł, za tą piękną niespodziankę, ślicznie dziękuję.
Oczywiście dostałam całą masę życzeń i telefonicznych i przez sms i przez Facebooka i messengera, oczywiście cała moja reszta Rodzinki również o mnie pamiętała, a gdy już wieczorem nie spodziewałam się żadnych wizyt, znów usłyszałam pukanie do drzwi, to Matylda z Janem przynieśli mi następne piękne kwiatki w doniczce, będą się długo trzymały, dołączą do mojej okiennej kolekcji, bo teraz na parapecie w pokoju i w kuchni mam istny kolorowy ogród, do tego krasy dodaje stojąca jeszcze na toaletce juka i dracena, a także i śliczna paprotka.
Ja to jednak jestem szczęściara, nie muszę mieć własnej działki, żeby mieć piękne kwiaty w domu, a jeszcze planuję na balkonie posiać bratki.
Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to moje poczucie, że Rodzinka naprawdę bardzo mnie kocha i że jestem dla nich kimś naprawdę ważnym.
No bo jakby wyglądało to życie bez Ciotki Ewy – Seniorki?
Pewnie jakoś będzie kiedyś musiało wyglądać, ale jeszcze nie teraz!!!!!
Tak więc siedemdziesiąty rok życia rozpoczęłam w bardzo dobrym i pogodnym nastroju, wcale nie czułam ani osamotnienia, ani żadnego smutku, że to już tyle lat na barkach dźwigam.
Jak to wczoraj mi Kaziu powiedział??
Życie zaczyna się dopiero po siedemdziesiątce !!!!
Bylebym tylko zdrowa była i nie za bardzo swoją osobą tę kochająca mnie Rodzinkę obciążała.

No a dzisiaj wstał już całkiem normalny i słoneczny dzionek.
Świętowanie trzeba odłożyć do Lamusa (chociaż jeszcze kawałek pysznego serniczka mi pozostał) i trzeba zabierać się za nowe życie.
Zwłaszcza, że ostatnią noc rzeczywiście snem godnym niemowlaka spędziłam, spałam słodko jak bobas, nawet nie pamiętam co mi się śniło.
A dzisiaj rano spotkała mnie następna niespodzianka: otóż na jakimś zdjęciu z Parku Krakowskiego, a to na pewno był ten Park, poznałam po alejkach i po fontannie, przecież te wszystkie alejki znam jak nikt inny i mimo, że to zdjęcie było zamieszczone w Gazecie Wielkopolskiej (???) zobaczyłam…..nie mniej ni więcej Lolę z panem Waldemarem. Tego pieska (no i właściciela) zawsze poznam z daleka, mimo, że pół roku ich nie widziałam, zwłaszcza, że pan Waldemar trzymał w reku tę czerwoną piłeczkę, która kiedyś Lola ode mnie w prezencie dostała.
Tylko wciąż nie rozumiem, czemu w tak odległej gazecie to zdjęcie zamieścili…….. a może tak własnie miało być? Różne dziwne rzeczy dzieją się na tym świecie, a przecież Poznań, przez moją przyjaźń z Ulką, jest mi tak samo przecież bliski, jak mój rodzimy Kraków.
Nie znane są wyroki Boskie, ale odczytałam to jako jakiś znak mi dany z niebios, więc dzisiaj będę urządzała wielkie polowanie na lolę w moim Parku, czuję, że na pewno ich dzisiaj spotkam.
Jeszcze przez moment pomyślałam sobie, ze to zdjęcie jest w „zamierzchłych czasach”, czyli na przykład roku temu robione, ale przecież sławojka koło fontanny była dopiero teraz postawiona, wcześniej jej tam nie było, a na zdjęciu jest uwidoczniona. A poza tym pan Waldemar ubraną miał na buzi maseczkę – symbol ostatnich dni.
Czyli………. do dzieła Ewuniu, trzeba swój ukochany Park odwiedzić i sprawdzić, czy rzeczywiście Twoi w sumie sześcio nożni Przyjaciele (Lola – cztery łapy, pan Waldemar dwie nogi – w sumie sześć kończyn dolnych) rzeczywiście w Parku bywają.
życzę bardzo przyjemnego i ciepłego czwartku.