
Już mam na tyle siły, że nawet do i od przystanku autobusowego mogę sobie dreptać, chociaż według zalecenia pana Bartka z zachowaniem ostrożności (żaden niespodziewany i gwałtowny ruch jest niewskazany) i z krótkimi odpoczynkami na ławeczce. I bardzo dobrze mam już opracowaną taką trasę z ławeczkami, ale na razie jest słonko i ławki nie są mokre, a co będzie gdy dopadnie nas deszcz?
Zaklinam więc deszcz, żeby nie padał, przynajmniej do czasu, gdy całkowicie nie zostanę uruchomiona.
Więc można powiedzieć : nie jest źle. ale może być jeszcze lepiej i mam nadzieję, że tak będzie.
Co prawda pod wieczór moje nogi są już tak zmęczone, że odmawiają mi posłuszeństwa, ale przecież wcale nie muszę nigdzie wieczorami się włóczyć. Zresztą dobrze ocenił to pan Bartek mówiąc: „umówmy się, w maratonie pani nie będzie mogła brać udziału, ale spokojnie sobie chodzić już tak”.
I o to przecież chodzi.
Wczoraj spotkałam w Parku jedna znajomą panią doktór, fakt, nieco ode mnie starszą, ale też mająca podobne jak ja kłopoty z kręgosłupem – czasami ją widzę, gdy z laseczką z jednej strony i oparta na ramieniu swojego męża z drugiej strony jednak próbuje chodzić. Chwilę porozmawiałyśmy (pracowałam z nią kiedyś w Szpitalu Kolejowym), wymieniłyśmy swoje doświadczenia związane z chorobą kręgosłupa, który nieleczony, niestety człowieka potrafi całkowicie uziemić w łóżku.
Dlatego trzeba walczyć, póki się da, wiem, że ja to robię stanowczo za późno, ale jeszcze nie na tyle za późno, żebym musiała całkowicie się poddać.
Muszę zrobić wszystko co się da, żeby nie trzeba było doprowadzać do operacji, a więc spacery no i dieta.
Właśnie, dostałam już projekt jadłospisu, który według pana specjalisty od zdrowego żywienia powinnam wprowadzić do swojego życia, ale niestety, myślę, że ten sposób odżywiania nie będzie dla mnie korzystny, czyli zrobię sobie małą korektę tego programu. wprowadzając na przykład owoce, których stanowczo w tej diecie jest brak. Ciekawe jest to, że ta dieta całkowicie wyklucza wszelkiego rodzaju węglowodany, a więc nie ma w niej pieczywa, ryżu, ziemniaków czy kasz. Kiedyś już prowadziłam dietę bez pieczywa, ale na dłuższą metę jest to nie możliwe, od czasu do czasu jednak i trochę węglowodanów trzeba tez wprowadzić, najważniejsze, żeby robić to w rozsądnych dawkach.
Zresztą teraz jest moda na dietę ketogeniczną , ale niestety nie dla wszystkich osób ona się nadaje.
Ale na pewno w jego mailu jest wiele bardzo ciekawych wiadomości, które jednak będę brała pod uwagę.
Zobaczymy, czy moja nieco zmodyfikowana dieta też będzie skuteczna. Przecież nikt mnie nie goni, mogę chudnąć pomalutku jedząc z rozsądkiem.
Najgorsze jest to, że niestety chodzę dosyć późno spać i późnym wieczorem dopada mnie wilczy głód, muszę wtedy cokolwiek przekąsić, inaczej nie zasnę, bo czuję że ból skręca mi po prostu kiszki, ale wtedy nawet mała sucha piętka chleba potrafi ten ból ukoić i mogę spokojnie zasnąć.
No tak, każdy człowiek jest inny i każdy człowiek inaczej na ból i głód reaguje i dlatego potrzebna jest wtedy spora rozwaga w stosowaniu diety, nie zawsze znajomej komuś, kto taką dietę układał.
To tyle jeżeli chodzi o moja przyszłą dietę, muszę mieć trochę czasu, żeby ją zweryfikować i odpowiednio do siebie ustawić bacząc, by nie była ona nudna i nie stała się przyczyną stresów.
Jedzenie jest jednak przyjemnością, ale przy odrobinie wyobraźni można ją wypośrodkować tak, by stała się zdrowa akurat dla mnie, a nie dla jakiegoś tam Kowalskiego, który jest całkiem innym człowiekiem niż ja i całkowicie inaczej reaguje na wszelakie bodźce, w tym również i żywieniowe.
Wczoraj był bardzo piękny i słoneczny dzień, dlatego po pracy znów spędziłam kilka godzin w moim ulubionym Parku, najpierw samotnie, potem dotarł tam też i Kaziu.
Ciekawe, że nigdzie nie widać pana Waldemara z Lolą, czyżby zmienili miejsce spacerów? Trochę szkoda, bo bardzo Lolę polubiłam (no dobrze, pana Waldemara też), lecz tak już w życiu bywa, że kogoś się spotyka, kogoś się polubi, a potem wszystko się zmienia….
Dzisiejszy dzień też podobno ma być słoneczny i cieplutki, ale niestety, to już nie ta sama letnia aura, jaką miałam na przykład w Kudowie (coś za często tę Kudową ostatnio wspominam – chyba mi jednak trochę za nią tęskno), ale niestety nie da się ukryć, już pomału jesień osiada na parkowych alejkach. Jeszcze jest co prawda zielono, ale pewnie wkrótce drzewa zaczną przybierać złotawe kolory. Stanowczo jednak dzień już nam ucieka, coraz szybciej wieczór nadciąga…
Życzę Wszystkim mile spędzonego czwartku