
a może tylko dwa słowa, bo nie za bardzo chce mi się dzisiaj bloga pisać, nastawienie mam całkiem obojętne, ale tradycji zadość musi się stać, więc przynajmniej zdjęcie z owockami zamieszczam.
Lubie owoce, u mnie teraz na topie są śliwki – oczywiście węgierki i gruszki.
Ale też muszę z nimi uważać, bo jednak trochę cukru posiadają, a o tak są o niebo zdrowsze niż na przykład czekolada, czy ciacho.
10 dkg śliwek to tylko 46 kcal, ale posiadają sporo węglowodanów bo około 12 g, więc jeżeli ktoś jest na ostatnio modnej diecie ketogenicznej, to śliwek nie polecam. A tak chyba ta dieta ketogeniczna jest w ogóle pozbawiona owoców – więc już przez to jest dla mnie dieta niedopuszczalna, bo jak można żyć bez owoców????
Zresztą taka ciekawostka, co prawda surowa śliwka ma mało kalorii, ale za to suszona jest dosyć kaloryczna, może przez to, że ma skondensowany w sobie cukier?
A gruszki??????
Na przykład Gruszka Klapsa waży 130 g i zawiera 75 kalorii. Żeby spalić te kalorie trzeba jeździć na rowerze przez 8 min. (wrr, ja nie jeżdżę na rowerze!!!)
Ale wbrew pozorom gruszki nie są wcale ciężko strawne, nawet działają regulująco na układ pokarmowy.
Ale to nie znaczy, że można nimi się do woli opychać, ale takie 2, no może 3 gruszeczki w ciągu całego dnia na przykład na drugie śniadanie, czy na podwieczorek można zjeść.
Zresztą wiele owoców jest całkiem niesłusznie oskarżane za nadmierne kalorie. Na przykład taki banan jest owocem bardzo sycącym, ale ma tylko około 90 kcal.
Zresztą gdy byłam w Kudowie pani Alinka opowiadała mi o takiej kuracji owocowo – warzywnej prowadzonej przez znaną panią dietetyk Ewę Dąbrowską, podczas której przez cały czas trwania turnusu jadłospis składa się tylko i wyłącznie z jarzyn i owoców. Oczywiście prócz tego podawane są cienkie zupki jarzynowe (lub czerwony barszcz), herbatki owocowe (bez cukru oczywiście) i woda mineralna. Dzień wypełniony jest różnymi zajęciami ruchowymi, spacerami, wizytą na basenie, itp.
Ale i tak bym nie wytrzymała na takim turnusie nawet 3 dni, a co tu mówić o 2 tygodniach.
A dlaczego zaczęłam o tej diecie wspominać przy okazji wzmianki o bananach,
Otóż pani dietetyk radziła, że jeżeli ktoś po tych wspaniałych posiłkach czuje głód i coś by tam chętnie sobie przekąsił, polecała właśnie banany, które są i odżywcze i zdrowe i sycące. Można nimi się było opychać prawie do woli i całkiem podobno bezkarnie, w co jakoś nie za bardzo wierzę.
Ale zostawmy to, bo kto jak kto, ale ja na pewno kuracjuszką pani doktor Ewy nigdy nie zostanę, zbyt bardzo lubię jednak wędlinkę i mięsko i serek i jeszcze parę innych smakołyków i wcale nie mam zamiaru za życia się umartwiać.
W takim razie ustawię sobie taka dietę, która mi odpowiadam a czy na niej będę tracić kilogramy, czy nie, to już zależy od ilości spożytych posiłków.
Przyznam, ostatnio sobie nieco znów odpuściłam, ale się poprawię.
Kiedyś poszłam do Buczka, by kupić sobie żytni chlebuś i sprzedająca tam pani bardzo się zdziwiła, że nie kupuję już paluszków jaśkowych, które tak zawsze uwielbiałam – a jednak z bólem, bo z bólem, ale potrafiłam im się oprzeć – BRAWO EWA!!!!
I to by było tyle o jedzonku – więcej nie piszę, bo im więcej piszę o potrawach, czy owocach, czy o czymkolwiek, co jest smaczne, czuje, jak mój żołądek ściska się z głodu – po co mam się katować?
Rano piję oczywiście kawkę, potem jem 2 małe kanapki z czymś tam i potem dopiero koło 11 jem drugie śniadanko, na ogół jakiś owoc, ewentualnie z kromką chrupkiego chlebka, czyli tzw tekturki, po południu obiadek (raczej staram się lekkostrawny), ewentualnie znów jakieś śliweczki na podwieczorek i …. niestety kolację też zjeść muszę, bo potem bym z głodu nie zasnęła. Czyli staram się jeść 5 razy dziennie, wg zaleceń diety cukrzycowej, podobnie zresztą jadłam w Kudowie. Czy to nie za dużo? – nie wiem
No cóż, chyba jednak tych kilogramów nie bardzo uda mi się zbić, ale głodować nie zamierzam!!!! Wszystko z umiarem i ze zdrowym rozsądkiem muszę sobie ustawić.
Dzisiaj piątek, weekendu początek. I to niestety już jesiennego, co co raz bardziej daje się odczuć.
Ciekawe, czy słonko nam dzisiaj zaświeci, bo na razie Kraków mgłą jest spowity.
Wczoraj popołudniu co prawda udało mi się godzinkę w Parku posiedzieć, ale było mi już chłodno. Oczywiście pani Danusia i pani Lucynka też były i jak zwykle sobie plotkowały, a pani doktor Halszka jak zwykle z mężem pod pachą spacerowała po Parku Podziwiam tę kobietę, widać, że też ma kłopoty z chodzeniem, ale jest dzielna, pomalutku sobie z laseczką idzie, widać ja jestem bardzo leniwym osobnikiem. No tak, ale wczoraj byłam usprawiedliwiona, bo jak spacerować po Parku z pełnym wózeczkiem na zakupy?
No dobra, to nie dobre wytłumaczenie, mogłam wózek odwieźć do domu i spacer po Parku uskuteczniać, jestem leniuch i już. Ale tacy też jakoś muszą egzystować, no nie?
Zresztą jak to mawiała moja Ciocia Irena: „jedni lubią grać na fortepianie, a inni lubią jak im nogi śmierdzą”, każdy robi tak, jak mu wygodnie i na ile warunki fizyczne mu pozwalają, jedni spacerują, inni okupują ławeczki 🙂
Zresztą Maratończyka już ze mnie nie da się zrobić, to nie ten pesel 🙂
Proszę, jak łatwo wszystko peselem można wytłumaczyć, nawet zwyczajną niechęć do łażenia, czy innego wysiłku – ale zapewniam, to jest bardzo wygodne i też czasem w życiu się przydaje.
No to co? Przyjemnego piątku i miłego weekendu, może od czasu do czasu jednak słonko się nam objawi?
P.S. no i jakoś wyszedł mi całkiem porządny wpis, a już myślałam, że nic z tego dzisiaj nie wyjdzie – po prostu w miarę pisania myśl sama mi się jakoś tak rozwijała……