
Śmierć jest bardzo trudnym i smutnym wydarzeniem
Nie tylko wśród rodziny, czy znajomych, ale nawet wtedy gdy dotyczy Kogoś Wielkiego, obecnego w swoich piosenkach przez prawie całe życie.
To już HISTORIA – KRZYSZTOF KRAWCZYK NIE ŻYJE.
Nieśmiertelny Trubadur naszych lat, piękna Legenda, która towarzyszyła mi od lat mojej młodości aż do wczoraj, teraz pozostanie tylko w moich wspomnieniach
Bardzo zasmuciła mnie ta wiadomość, odczułam ból w sercu, jakbym straciła KOGOŚ MI BLISKIEGO, PRZYJACIELA.
Jego wspaniały baryton wciąż jeszcze brzmi w moich uszach, I ten entuzjazm z tego co robił. Bo on po prostu kochał swoją pracę i wkładał w nią całą swoją prawdziwą miłość, która czuł w każdym swoim utworze.
Różne były treści Jego utworów, bo po prostu umiał i lubił śpiewać o życiu, które Go otaczało, ale zawsze przebijała w nich miłość, bo własnie ją za sens swojego życia uznawał.
W roku 1963 wraz z Marianem Lichtmanem i jeszcze innymi młodymi, wtedy mało co prawda jeszcze znanymi, ale wspaniałymi artystami stworzył Zespół Trubadurzy z którym występował nas Festiwalach w Opolu, w Sopocie, w Kołobrzegu, z którym koncertował na zagranicznych scenach, tworząc nieśmiertelne przeboje, które jeszcze teraz są na ustach wielu ludzi.
10 lat później rozpoczął swoja solową karierę, lansując swoje nowe znane przeboje. Podczas jednych ze swoich występów w USA postanowił tam pozostać, tam poznał miłość swojego życia – Ewę, z którą związał swoje przyszłe życie pełne miłości, ale i rozstań i powrotów. To Ona własnie była Muzą Jego życia, Jego inspiracją i nie wyobrażał sobie, żeby Jej koło siebie nie było. Ich życie było już ze sobą splątane za zawsze i nic i nikt nie mógł Ich rozdzielić.
Po dziesięciu latach powrócił do Polski, gdzie znów musiał na nowo kształtować charakter swojej muzyki i po wielu trudnych krokach, którymi szukał swojego nowego image udało mu się to, między innymi nawiązując współpracę z innymi artystami młodszego już pokolenia, znów wrócił na scenę jako niezaprzeczalny Król wielkiej Muzy, którego Muza – Ewa prowadziła w spokojny, mniej już burzliwy świat sławy.
Wraz z Krzysztofem Krawczykiem odeszła pewna epoka, pozostawiając po sobie ból, ale i wspomnienia, które zawarte są na licznych jego muzycznych krążkach.
Wczorajszy wieczór spędziłam przy Jego utworach, a serce moje łkało – już nic nie będzie takie samo, po prostu nie ma Krzysia, odszedł……… 😦
Wyruszamy wraz z Nim w ostatni Jego Rejs:
Parostatkiem w piękny rejs, statkiem na parę w piękny rejs
Przy wtórze klątw bosmana, głośnych krzyków aż od rana
Tak śpiewnie dusza łka
Dzisiaj już można z ulgą (lub nie) powiedzieć : i już po świętach.
Pogoda nas nieci nie zachwyciła, ale czego tu można zadąć po pierwszych dniach kwietnia?
W górach regularnie padał sobie śnieg, chociaż były momenty, że słonko te opady przerywało i na male spacery zezwalały.
W Krakowie wiało, tak więc też do spacerów mnie to nie zachęcało.
Z wielką rozkoszą w domowej ciszy się pławiłam, ciesząc się, że nie muszę w żadne odwiedziny iść.
Zresztą towarzyszył mi telewizor, który raz działał, raz się wieszał, ale z kolei mnie to nie przerażało, bo program był raczej nijaki, same powtórki i to w dodatku te same na różnych telewizyjnych kanałach.
Ale dzisiaj spodziewam się telefonu, a może nawet i wizyty pana specjalisty od anten, może uda mu się jakoś tę nieznośną moją antenę poskromić. Oby
Jak na po świętach przystało, życzę Wam nadal miłych chwil, wszak to wiosna, podobno śniegiem przerywana, ale jednak to nastał już jej czas, chociaż wstający ponury dzionek optymizmu na dzisiaj w nasze dusze jakoś nie wlewa.
Spokojnego wtorku