no to jadziem do……….. Limanowej

 

Dzięki Julce dostałam fajny link do takiej pseudo taksówkarskiej firmy Taxify. Fajna sprawa. Działają na podobnej zasadzie co Uber, to znaczy przyjeżdżają po klienta prywatnym samochodem (nie każdy musi wiedzieć, że się taksówkami po mieście rozbijam)  no i trzeba powiedzieć, że jedną z najważniejszych zalet tej firmy to jest to, że jest bardzo tania.

Wczoraj własnie testowałam takie przejazdy i mój dojazd z domu do pracy i potem powrót z pracy do domu wyniósł akurat tyle, ile normalnie za taksówkę rejsową zapłaciłabym w jedną stronę.
Są jeszcze inne zalety, na przykład taka, że nie musisz dysponować akurat pieniędzmi, szczególnie, gdy czasami naprawdę trudno jest znaleźć odpowiednia drobna kwotę, a wydawanie reszty sprawia nie miało kłopotów. Po prostu podaje się firmie konto bankowe, z którego pobierają odpowiednia kwotę, o której natychmiast klienta powiadamiają.
No to  nacisnęłam odpowiedni linki sobie  i zamówiłam auto, a po chwili dostałam komunikat o marce samochodu, który po mnie przyjedzie, podany był numer rejestracji samochodu, przewidywany czas przybycia i nawet imię kierowcy. A potem mogłam sobie na mapie GPS oglądać mały samochodzik, który mknął w moim kierunku 🙂 Fajna sprawa pośledzić sobie na mapie taki poruszający się samochodzik, wiesz, czy w danym momencie jedzie, czy stoi w korku……
Wszystko wydawało mi się takie proste, że postanowiłam w ten sam sposób po pracy wrócić do domu. I tu…….zaczęły się schody.
Albowiem numer 6 na ulicy Konecznego ciągnie się wzdłuż kilku bloków i wcale nie wiadomo, gdzie ta bryka podjedzie, na pewno nie tak jakby zrobiła to normalna taksówka.
Ale wszystko zaczęło się od wpisywania danych w GPS, nie wiedzieć dlaczego pierwsza taksówka podjechała wiele ulic wcześniej i po chwili kierowca sam zrezygnował z przejazdu. Musiałam zamówić następny wóz, więc już baczniej wpisałam adres odbioru, za to przy podawaniu  adresu pod który chciałam jechać jakiś chochlik chyba zadział, bo gdy już wsiadłam do samochodu, pan mnie spytał: to jedziemy do…Limanowej? A po co mamy jechać do Limanowej? – grzecznie spytałam skądinąd miłego pana kierowcę i okazało się, że takie dane miałam wpisane w GPS.Trochę było zamieszania przy próbach zmiana danych, w końcu jednak szczęśliwie  wylądowałam pod  jednak własnym domem.
Ale trzeba przyznać, przygoda była i to nie licha.
Ale wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Własnie…kończy, bo dzisiejszy blox znów hopsztosy swoje wyprawia i co chwilkę się resetuje, znów muszę kilkakrotnie to samo  od początku wpisywać.
A tak długo już był spokój z tymi errorami.
A przyznam, że jest to bardzo denerwujące, wiec na dzisiaj poprzestanę na tej krótkiej mojej wczorajszej przygodzie, może następnym razem uda mi się coś dłuższego i bardziej sensownego napisać.
Za to życzę bardzo przyjemnego piątku, na troszkę słonka dzisiaj będzie można liczyć

prawda to czy nie prawda ???

 

 

 

Kilka dni temu, gdy wspominałam rocznicowo moja Siostrę Anię, na końcu wpisu napisałam takie zdanie: to nie prawda, że po śmierci już nic nie ma.
Fakt, człowiek często zastanawia się nad tym, jak to właściwe jest, jak wygląda to życie po życiu.
I im człowiek starszy, tym częściej takie myśli mu do głowy przychodzą.
Ale to jest własnie ta tajemnica, którą my. zwykli śmiertelnicy rozwiązać nie potrafimy, możemy tylko wierzyć, lub nie.

Wczoraj w jakimś brukowcu przeczytałam ciekawe wspomnienie pewnego młodego człowieka, którego podobny dylemat też dopadł. Miał on swojego ukochanego dziadka Konstantego, z którym często rozmawiał na ten temat, czy istnieje, czy nie życie po życiu.
Dziadek też nie potrafił dać jednoznacznej odpowiedzi, ale przyrzekł chłopcu, że jeżeli rzeczywiście istnieje drugie życie, to po pewnym czasie postara się go odwiedzić i o tym go powiadomić. Wkrótce rzeczywiście dziadek umarł, a chłopak długie wieczory czekał na jakiś znak dany od dziadka, daremnie.
W końcu minęło już sporo lat, chłopak dorósł, zdążył zapomnieć o tych rozmowach z dziadkiem.

Pewnego razu wracał wieczorem przez skwer, gdy zauważył, e na ławce siedzi jakiś starszy pan. Pomyślał, że ten pan mógł zasłabnąć, wiec podszedł, żeby mu udzielić ewentualnej pomocy i wtedy okazało się, że tą osoba siedzącą na ławce był jego dziadek Konstanty.Przeprosił go, że tak długo musiał na niego czekać, ale stwierdził, że tam gdzie jest czas płynie w zupełnie inny sposób na ziemi.
A więc jednak istnieje drugie życie – ucieszył się ten młody mężczyzna, a dziadek kiwnął głowa i odpowiedział, tak, inaczej by mnie tutaj dzisiaj nie było. Mężczyzna chciał jeszcze o coś spytać swojego dziadka, ale ten stwierdził, że musi już odejść, bo za kilka minut umrze własnie stryjek  owego młodzieńca, a on, musi być przy nim przy jego śmierci.
Młody człowiek nie wiedział, co ma o tym myśleć, więc po powrocie do domu zatelefonował do swojej mamy i opowiedział jej całą historię, w którą oczywiście mama nie uwierzyła. Na drugi dzień zatelefonowała jego matka, aby poinformować go, że w nocy  rzeczywiście zmarł jego stryjek i zaczęła się go  dopytywać, co właściwie dziadek Konstanty wtedy powiedział.
Koniec opowieści, może to fikcja, a może jednak nie…..
Może nie każdemu z zaświatów jest dane informowania swojej rodziny o rozkoszach, lub trudach życia wiecznego.
Ja wciąż tylko wspominam ten sen, w którym gdy byłam małym jeszcze dzieckiem, niedługo po swojej śmierci prysła moja Mamusia, objawiona najpierw  jako śliczny kwiatek, a potem już w swojej postaci i mówiła mi, że jest bardzo szczęśliwa, ale nie może mi opowiedzieć, jak tam jest, bo to jest tajemnica.
Głęboko wierzę, że wtedy rzeczywiście odwiedziła mnie moja Mama. Przychodziła jeszcze wielokrotnie do mnie, ale zawsze była taka daleka, nie mogłam do niej się przytulić…..
Ale nadal wierzę w to, że jednak to opowiadanie może być prawdziwe, że rzeczywiście istnieje drugie życie, zresztą bardzo często czuję opiekę nie tylko mojej Mamy, ale tez i Taty i mojego Rodzeństwa, czyli nie jestem całkiem sama, oni czuwają nade mną z oddali. A nawet gdy czasem skrzypnie gdzieś szafa, czy podłoga, wcale się nie boję, bo jakbym miała się bać kogoś, kogo kocham??
Raz tylko troszkę się zdenerwowałam, gdy w pracy nagle ni stąd, ni zowąd spadł na mnie z wielkim hukiem parawan, ale wtedy wyraźnie czułam gniew mojego Brata, gdyż cos tam źle jakieś zdjęcie zrobiłam, musiał mnie przecież  upomnieć. Potem już nikt więcej z bliskich mnie na szczęście nie straszył, widać na to nie zasługiwałam. A może po prostu tak mnie kochają, że nie chcą straszyć, najwyżej co przestrzegać?????????
Na ścianie salonu w Magdy domu wisi ładny portret mojej Siostry. Kiedyś przyrzekłam Magdzie, że gdy już przejdę na druga stronę i spotkam się z moją Siostrą, wtedy dam o tym Magdzie znak strącając  ten portret na ziemię, nie tak, by go uszkodzić, tylko, żeby Magda wiedziała, że już obie jesteśmy razem szczęśliwe.
Tylko czy mi się to uda????
Pozostawiam to (mam nadzieję) dłuższemu czasowi, a teraz zatapiam się w codzienności, niestety szarej i ponurej, bo ani grama słonka zza okna nie widac i co gorsza, nic nie zapowiada, żeby się ono dzisiaj pojawiło.
Mimo wszystko życzę przyjemnego i udanego czwartku.

a ponieważ……….

 

 

Ponieważ niedługo już wybierasz się na swój wspaniały urlop nad morze Uleczku. podesłałam już tam bukiet Twoich ulubionych róż, który będzie na Ciebie pośród muszelek i szumu fal już czekały, a gdy tylko staniesz nad brzegiem morza, będziesz mogła i róże i muszelki do swojego pokoju zabrać.
I może mimo, że przebywać będziesz pośród swoich Przyjaciół, nie zapomnisz o pewnej Ewelince z Krakowa, która o Tobie myśli i życzy Ci wspaniałego wypoczynku, pełnego wesela, śmiechów i wspaniałego towarzystwa.
Dzisiaj wiersza nie będzie dla Ciebie, musza Ci wystarczyć tylko te życzenia, które powyżej napisałam, ale po Twoim powrocie…kto wie, moze znów mnie jakaś poetycka wena ogarnie i znów rymami do Ciebie przemówię…… 🙂
Ale baw się dobrze i ciesz się każda mile spędzona chwilą, a ja tu sobie na Ciebie w moim blogu poczekam……

Tylko…. pogoda nam się co nieco popsuła, deszczowo i chłodno jest. Ale mam nadzieję, że do wyjazdu Ulki nad nasze polskie morze  pogoda powróci do letniej aury.
Ach morze, nasze morze…….czy ja cie kiedyś jeszcze zobaczę???
Ja tam nie marzę o żadnych wyjazdach  do ciepłych krajów, ja marzę o tym naszym poczciwym Bałtyku, wyrzucającym piękne bursztyny na brzeg, o naszym polskim morzu, nad którymi wspaniałe białe mewy codziennie swoim charakterystycznym krzykiem witają nowy dzień.
Rozmarzyłam się. Ostatni raz nad morzem byłam około 14 lat temu. Oczywiście byłam w swojej ukochanej Jastarni, która umieszczona jest na wąskim pasku półwyspu helskiego, oblewanego z dwóch stron zatokami, gdańskiej i puckiej.Oczywiście główna plażą, ta oblewana Morzem Bałtyckim posiada piękny drobny piasek, jest szeroka, bardzo atrakcyjnym kąpieliskiem. Za to wszystkie wodne sporty uprawiane są od strony zatoki puckiej przyciągają nie tylko miłośników surfingu, ale i wiele letników podziwiających kunszt tych niezwykłych sportowców. A potem czeka nas spacer do portu, gdzie przycumowują kutry pełne świeżo złowionych ryb, a nad nimi roznosi się ten wspaniały  specyficzny morski zapach mieszaniny morskiej wody i zapachu ryb.
Bardzo tęsknie za tym wszystkim, za widokiem wzburzonych fal, suszących się rozłożonych  rybackich sieci, złotym piaskiem i za morską bryzą.
Nie bardzo mam teraz warunki na takie dalekie dla mnie wojaże, pozostają mi tylko wspomnienia, zdjęcia, filmy….
Ale bardzo się cieszę, że moja Przyjaciółka niedługo powita morski brzeg. mam nadzieję, że pozdrowi ode mnie Bałtyk, a mi przyśle powiew morskiego wiatru.

GDYBYM JA BYŁA BIAŁĄ MEWĄ NA NIEBIE
POLECIAŁABYM JASTARNIO DO CIEBIE
OMIJAM GÓRY, ORAZ WIEJSKIE PŁOTY
NAD BAŁTYK KIERUJĘ SWE LOTY
WPROST DO JASTARNI, GDZIE ME SERCE BIJE
W SENNYCH  DZIECINNYCH MARZENIACH  WCIĄŻ ŻYJE

A jednak środa działa na mnie nieco poetycko, ale to tylko wspomnienia, marzenia….
Bo dawno, dawno temu byłam przecież w Jastarni taka szczęśliwa …..

Życzę Wszystkim przyjemnej środy.Jutro na pewno już słoneczko do nas z powrotem zawita 

Na światowej szachownicy

 

 

 

Własnie trwa jeden z ważniejszych momentów w historii świata, swoista partia politycznych szachów. Polityka, tak bardzo ważny przecież element naszego życia.
Można jej nie lubić, można się nią nie interesować, ale ona jednak trwa, króluje i od niej losy świata zależą.I to losy nie tylko małego kraju, jakim jest Polska, czy nieco większego, jakim jest USA, ale dosłownie wszystkich kontynentów.
Bo zagrożenie użycia broni nuklearnej  jest ogromne. A taki potencjał niestety leży w rękach człowieka nieobliczalnego, porywczego, wielkiego satrapy i egoistycznego, powiedziałabym egocentrycznego  polityka, jakim jest Kim Dzong Un. Przyznam się, że się boję, mimo, że doszło jednak do tego spotkania, że wydaje się, że obie strony Kim Dzong i Trump się dogadali. ale czy na pewno?
Historia zna takie fakty, gdy wielcy politycy układali się tylko po to, żeby za niedługi czas potem nie tylko zrywać te umowy, ale, żeby je własnie wykorzystać przeciwko tej drugiej stronie. Czy aby nie będzie tak i teraz?
A kto lepiej może odważyć się zagrać tę partię szachów z tym pewnym siebie przywódcą Korei, niż następny nieco arogancki, pewny siebie satrapa Trump?
Jest sporo zastrzeżeń co do prezydenta USA Trumpa, ale trzeba mu to przyznać, ze nikt przed nim nie potrafił doprowadzić do takiego spotkania, do próby pojednania, cokolwiek miałoby to w przyszłości znaczyć. Bo albo będzie to wielką chlubą dla Trumpa, albo okaże się wielkim frajerem, który w dziecinny sposób dał się ograć przez cynicznego dowódcę Korei Północnej. Bo trzeba przyznać, ze prezydent Korei Północnej dysponuje olbrzymią i bardzo niebezpieczną bronią, którą udało się w Korei wytworzyć, mimo, a może właśnie dzięki niezaprzeczalnemu mirowi, który udało się Kimowi zdobyć w swoim kraju i dzięki upartości i swojej arogancji, którą innym krajom okazywał.
A teraz podobnie jak Zeus Gromowładny będzie mógł nad całym światem zapanować, podporządkować go swim rządom i niestety nikt nie będzie miał prawa się sprzeciwić. Czy więc krok prezydenta Trumpa nie był słuszny??? Mimo, że wielokrotnie był znieważany przez koreańskiego przywódcę, to on pierwszy wyciąga rękę i mówi  : pogadamy, trzeba w jakiś sposób dojść do consensusu
Kim jest też człowiekiem światowym, pobierał nauki we wspaniałych światowych uniwersytetach i też najprawdopodobniej zdaje sobie sprawę, czym może zagrozić użycie tak strasznej broni, tylko………No własnie, tylko on został wychowany w kulcie jednostki, w tym wielkim egoistycznym podejściu do życia, bo tacy byli jego przywódczy przodkowie. Czy potrafi na tyle się zmienić, aby odgrodzić się od tamtych lat i spróbować zmienić swoją politykę, swoją wizję świata, która jednym złym ruchem może być zagrożeniem także i dla niego?
Jakoś nie bardzo wierzę, żeby mógł się na tyle zmienić, żeby chciał demokratyczne  zmiany w swoim kraju przeprowadzić, ale……… może jednak warto było spróbować???
Musimy poczekać na dalsze kroki, pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, może jednak nie do końca być tak wspaniale, jakby życzył sobie tego Trump, a z nim świat, który wreszcie doznał by pewnej ulgi, odsapnięcia, odciągnięcia od grożącej katastrofy.
Ale i tak podziwiam Trumpa  za to, że odważył się w lwią paszczę sięgnąć i to nie po to, by wyrwać z niej wszystkie zęby, ale żeby postarać się  chociażby w miernym stopniu, a jednak ujarzmić to dzikie, nieposkromione zwierzę, jakim jest Kim Dżong Un.
Dlatego do tego spotkania podchodzę z wielkim marginesem zaufania w powodzenie.
Ludzie, którzy stawiają własny interes nad innych nie są godni zaufania.
Zresztą podobną, ale może nieco z mniejszym, bo tylko lokalnym  zagrożeniem, mamy sytuację w swoim kraju. Chociaż patrząc na losy Polski, tez nie wiadomo, jak daleko w złym kierunku jeszcze one się potoczą.
Trzeba jednak wykazać maksimum cierpliwości, bo chwila jest bardzo doniosła i nie wiadomo, jakie brzemienne skutki może światu przynieść.

Dzisiaj rano obudził mnie deszcz, po nim przeszła krótkotrwała burza. Zapowiadało się, że cały dzień będzie taki ponury, na szczęście troszkę już się przejaśnia. Ale deszcz dla roślin tez jest potrzebny. Zresztą nie tylko dla roślin, również i dla naszego samopoczucia, bo ostatnie duszne dni dawały nieźle nam wszystkim się we znaki.
Bądźmy więc dobrej myśli i ufnie czekajmy na rozwiązanie wszystkich trapiących nas problemów.

NIE MOŻE BYĆ PRZECIEŻ AŻ TAK ŹLE, PRAWDA??????

koniczynka na szczęście 

i już poniedziałek

 

A ja jeszcze jestem w Modlnicy, niedługo już się nią nacieszę, bo zaraz do Krakowa, do pracy jechać muszę.

Wczorajszy dzień przeminął mi bardzo przyjemnie
Koło 11-stej przyjechała po mnie Magda i pojechałyśmy do Modlnicy
Najpierw oczywiście pojechałyśmy na cmentarz, do Ani. Zapaliłyśmy świeczki,, położyłyśmy kwiaty i oddałyśmy się rozmyśleniami.

Powspominałyśmy trochę wspólne dni, które już minęły, bezpowrotnie
Nie było mnie dłuższy czas na tym cmentarzu, ale się zmienił, rozrósł.
Tyle nowych miejsc tam pzybyło…niestety, tam ludzie też się przenoszą, tym razem na zawsze.
Ładny jest te cmentarz, nie duży, bardzo zadrzewiony, ptaszki tak pięknie śpiewają…
Jednak te cmentarze na wsi mają swój dodatkowy urok, ale…..
Nie, zdecydowanie nie jest mi tam jeszcze śpieszno.
Wolę sobie posłuchać śpiewu ptaszków, siedząc na tarasie.
Pogoda wczoraj była piękna, chociaż popołudniu zrobiło się już dosyć gorąco i czasami musiałam z tarasu do pokoju uciekać, gdy słonko zbyt mocno przypiekało.
Za to późnym wieczorem nadszedł wiatr, wichura i burza, ale ta szalała na szczęście gdzieś w oddali.
Cały dzień przebywania na świeżym powietrzu tak mnie otumanił, że już tuż po godzinie 22 spałam słodko jak niemowlak.
Za to obudziłam się już przed piątą rano, no bo ile można spać.
Musiałam być cichutko, bo domownicy jeszcze spali, nie jak zawsze rano, bez braku obawy, że kogoś obudzę, mogę sobie zrobić kawkę.
Ale za to miałam przyjemność wypicia porannej kawki w miłym towarzystwie Magdusi no i oczywiście piłyśmy ją na tarasie, bo chociaż rano był nieco chłodny wiatr, ale nie mogłam sobie takiej przyjemności odmówić.
Zresztą z godziny na godzinę pogoda się poprawiała i teraz już jest i słonko i…wiatr, ale obawiam się, że dzisiaj nie będzie już tak pięknie jak wczoraj.

Jednak życzę przemiłego poniedziałku i całego tygodnia upiększając te życzenia pięknym modlnickim widoczkiem.

 

Moja Kochana Ania

 

 

 

Byłaś takim pięknym dzieckiem………..

 

 

Smutno mi dzisiaj.
Minęło już dziewięć  lat bez Ciebie Aniu, długie dziewięć lat
Przeleciały te lata tak szybko, a mi się ciągle wydaje, że to nie jest prawda, że Ciebie już nie ma koło mnie.
Brakuje mi tych rozmów z Tobą, nawet tych niewielkich kłótni…
Ale z tego przecież nasze życie się składa, nie może. być zawsze wszystko zgodne z naszymi myślami, bo przecież ta druga osoba, nawet gdy jest rodzoną siostrą, jest jednak trochę inna. Ma swoje kłopoty, swoje przemyślenia, związane z codziennością, a ta nie zawsze dla Ciebie łaskawa była.
Ale wiem, że zawsze mnie kochałaś, tak jak i ja bardzo kochałam Ciebie. Byłyśmy szczególnie ze sobą związane, bo przecież prawie 55 lat mieszkałyśmy razem.
A i potem, mimo, że się przeniosłaś  do Modlnicy, nadal byłyśmy w codziennym kontakcie, telefonicznym, ale także i w spotkaniach na Żabińcu, czy podczas mojej wizyty w Twoim nowym domu. Uwielbiałam przyjeżdżać do Ciebie, bo tam czułam się jak we własnym domu. Ale mimo to, nie zdecydowałam się, mimo Twoich sugestii, przenieść się na zawsze do Modlnicy, było wiele powodów, które mnie od takiej decyzji powstrzymywały i wiem, że je rozumiałaś. Twoje odejście odczułam bardzo boleśnie, wtedy znów zawalił się mój świat, podobnie, jak wcześniej odczułam śmierć naszego Taty.
Straciłam Mamę jako dziecko, więc wtedy nie do końca rozumiałam, co oznacza słowo śmierć, pierwszy raz tak boleśnie właśnie to odczułam, gdy nie wyobrażałam sobie życia bez mojego Taty.  Mojego Brata Krzysztofa też bardzo kochałam, mam wiele przyjemnych wspomnień związanych z Jego Osobą, ale nie byłam aż tak bardzo związana z Nim, jak z Tobą. Byłaś dla mnie kimś bardzo ważnym, nie tylko Siostrą i Przyjaciółką, często miałam uczucie, że żywisz do mnie matczyne uczucia I tak pewnie było, chociaż dzieliło nas tylko siedem lat. Ale tak własnie bywa, że gdy umiera Mama, starsza siostra przybiera dla dziecka jej status.
Dalej przyjeżdżam do Modlnicy, gości mnie u siebie Twoja wspaniała córka Magda. Ma Ona tyle ciepła w sobie, które Ty miałaś, dlatego stała mi się bardzo bliska, stała się  niejako  kontynuacją Ciebie.  Może dlatego ten ból, związany z Twoim odejściem jest dla mnie łatwiejszy do pokonania?
Ale zawsze, gdy siedzę na tarasie Magdy domu, patrzę z  bólem na Twój dom, z bólem, bo Ciebie tam nie ma, ale również przypływają do mnie wspomnienia i nieraz przez łzy uśmiecham się do Ciebie. Czasami wydaje mi się, że słyszę Twój głos, który woła, Ewa, chodź na kawę.
Źle, bardzo źle się stało Aniu, że musiałaś odejść. Tak bardzo kochałaś swój dom, byłaś tam taka szczęśliwa o czym nieraz przez telefon mi wspominałaś. Pamiętam, jak mi opowiadałaś, że własnie siedzisz na swoim tarasie, patrzysz na swój ogród, na drzewka, które z Kamilką  zasadziłyście i mówiłaś, że nie wyobrażasz sobie teraz swojego powrotu na Smoleńsk, bo tu dopiero wiesz, że jesteś spełniona, szczęśliwa.
Szkoda tylko, że na tak krótki czas tego szczęścia dla Ciebie starczyło, stanowczo za krótko ono trwało.
Pamiętam ten dzień na kilka dni przed Twoja śmiercią, gdy leżałaś na OIOM-ie w Szpitalu Narutowicza. Patrzyłaś mi prosto w oczy i oczami przekazywałaś mi wiadomość o tym, że umierasz, że wiesz, że musisz wszystkich Kochanych Najbliższych zostawić , bo nadszedł już Twój czas, ale prosisz mnie, abym Ich Wszystkich nie pozostawiła, żebym z Nimi była i Kochała tak, jak Ty kiedyś ich kochałaś. Nie mogłaś wtedy już mówić, ale zrozumiałam to wszystko, co mi oczami przekazywałaś.
Wiedziałaś, że masz już dorosłe, samodzielne dzieci, może nie potrzebujących pomocy jak kiedyś, gdy byłaś chora, a ja opiekowałam się małym Marcinem i małą Magdą, ale wiedziałaś tez, że Oni potrzebują miłości, a przede wszystkim wspólnoty, rodzinnej przynależności, bo takie wartości przecież obie dostałyśmy od naszych Rodziców, dla Nich Rodzina była bardzo ważna, tak samo i dla Ciebie i dla mnie.
I może nie do końca, mimo, że się bardzo staram, udaje mi się tę rodzinną wspólnotę utrzymywać, niestety życie pisze swoje własne scenariusze, ale Wszystkie Twoje Dzieci wiedzą, ze mają mnie, Ciocię, która Ich bardzo kocha i bardzo przeżywa wszystkie Ich wzloty i upadki.
I Tobie Aniu poświęcam ten dzisiejszy wpis. I mimo, że jest mi bardzo smutno, patrzę na twoje zdjęcie wiszące na mojej ścianie, gdzie jesteś taka uśmiechnięta, ja też uśmiecham się dzisiaj do Ciebie  Aniu. 
Przecież Ty doskonale wiesz, że bardzo Cię kocham i bardzo za Tobą tęsknię……..
I wiem, że czuwasz nade mną, tyle razy dawałaś mi to odczuć….
To nieprawda, że po śmierci już nic nie ma, wierzę, że może minie jeszcze trochę czasu aż spotkam się z Tobą, moimi Rodzicami, z Kasią, z Krzysztofem i z resztą mojej Rodziny i będziemy wtedy po wieki już razem, szczęśliwi.

czy motto jest prawdziwe?

 

 

Wczoraj spędziłam całkiem miłe popołudnie.
Po wizycie u pani Eli pedikiurzystki (a jednak musiałam trochę nóżki „odświeżyć”) posiedziałam chwilkę na Krakowskich Plantach, ale potem przeniosłam się już do mojego Parku.
To było bardzo miłe i leniwe popołudnie. Siedziałam sobie na ławeczce, obserwowałam ludzi, fontannę i zastanawiałam się, czemu nie ma jeszcze na wyspie kaczuszek. Wyraźnie mi ich brakowała. Potem poczułam jakiś dziwny ucisk w moim brzuszku, więc powędrowałam na ….  pizzę.
A po powrocie do domu, owionięta gorącym, letnim powietrzem musiałam lekko się zdrzemnąć  i ……….. tak minął mi właśnie piątek.

Znalazłam w gifach ten powyższy i tak się własnie zastanawiam, czy rzeczywiście może być on prawdziwy?
Fakt, mija kolejna sobota, ale….. czy jest mi z tym aż tak źle???
Nic nie muszę, wszystko, co robię zgodne jest z moją i tylko moją wolą, nawet kroki na spacerze nie muszę do nikogo  dostosowywać.
Idę tam, gdzie mnie oczy i fantazja poniosą…… No, może tylko czasami nie mam z kim pizzą się podzielić…..

A co dzisiaj będę porabiać? Jeszcze dokładnie nie wiem, gdzie nogi mnie poniosą. Na pewno na jakieś weekendowe małe zakupy, a potem…..
Cóż, przecież wciąż mam park na wyciągniecie ręki.Tydzień temu była tam wielka feta, dzisiaj będzie juz spokojniej.
Ciekawe tylko, czy w niedzielę powrócą do  trakowych spotkań, jutro o tym się przekonam.
No to tle na dzisiaj. Bo to, że Słońce Żoliborza powróciło już do domku, chyba wszyscy wiedzą.Teraz tam pewnie już szykują polowy oddział ortopedyczny na Żoliborzu otworzyć,  żeby zbyt mocno nie męczyć prezesa jazdami samochodem.
Ale cóż, Polskę przecież stać na prywatny szpital dla prezesa, nieprawdaż? Zwłaszcza teraz, gdy nieposłusznym  posłom opozycji można było o połowę pensję obciąć. 
Rozumiem, że można komuś (według swego widzimisię) nie dać premii, ale chyba odbieranie poborów nie jest to zgodne z konstytucją.
Ale kto pisowi zabroni?????

Znów moje złośliwostki, no to kończę ten wpis, szkoda tracić dobrego humoru w tak pięknych okolicznościach przyrody.

Miłej soboty 

Pinokio

 

Ongiś bankster, ostatnio Pinokio, wiecie chyba kogo mam na myśli?
Jeżeli się już kłamie, to trzeba jednak pamiętać, że kłamstwo krótkie nóżki ma.
Dzisiaj jeszcze jest dobrze, ale jutro…….
Czy zatem warto swoją dobrą markę, która ów pan się kiedyś cieszył rozmieniać na drobne???
Wczoraj sporo w Sejmie się działo, ale według powiedzenie (przepraszam, za brzydkie słowo) Ku…rwa  ku…rwie łba nie urwie, więc jedna posłanka, wobec której było postawione votum nieufności zażarcie broniła drugiej posłanki, wobec której też wpłynął wniosek nieufności, a skończyło się to tak, jak można było przewidzieć i co można określić  następnym powiedzeniem kruk krukowi oka nie wykole, całe PIS, mające oczywiście w Sejmie większość przegłosowało te oba wnioski, które oczywiście upadły. Czy mogło być inaczej?
Na razie nie, ale……
I to tyle (na razie) o polityce, szkoda więcej pisać.
Szczególnie, że posłowie są już tak okropnie przemęczeni swoją pracą, że teraz,  już na dniach,  na nich czeka ponad 50 dniowy urlop.
Dziwne, normalny człowiek ma 30 dni urlopu, posłowie mają tych dni prawie dwa razy więcej, ale…….. im się przecież NALEŻY !!!

Teraz czekam tylko na spełnienie następnej politycznej obietnicy, czyli 500 plus dla biednego emeryta. Tylko coś mi mówi, że już po wyborach niekoniecznie wszyscy emeryci będą zaszczyceni obiecanymi podwyżkami, już on coś znów wymyślą, bo przecież na pewno nie mają na to aż tylu pieniędzy, żeby zaspokoić potrzeby  wszystkich rencistów i emerytów. Ale obiecać przecież zawsze można…… W tym już mają nielichą wprawę.
Wyborcza kiełbasa zawsze przyjemnie pachnie, dopiero po wyborach cuchnąć zaczyna.

A przed nami kolejny cieplutki dzień. Mogą być gdzieniegdzie  burze nawet, ale śmiało już można by powiedzieć, że wiosna zrobiła ogromny skok do przodu i….mamy już lato.
Wczoraj posiedziałam chwilkę sobie w Parku. Już odkryłam to miejsce, które szumnie czytelnia nazwano. Owszem, miły zakątek, w którym są ławeczki w postaci klubowych foteli, obok stoi kilka półek, na których umieszczane są gazety i książki przyniesione przez ludzi. Dobry pomysł, każdy ma zapewne niepotrzebnie zapchane półki starymi, już nie potrzebnymi książkami, może warto się z innymi podzielić???. 
Muszę więc remanent i w swoich książkach zrobić….Przyznaję, że kupuję sporo tzw brukowców, ale akurat te gazety składam dla Babci naszej Reni, wiem, że się z nich cieszy. Dlatego i książkami i gazetami powinno się też umieć podzielić.
Jedyny szkopuł w tym czytelniczym zakątku jest to, że jest tam całkiem chłodno, bo otoczony jest krzakami i słonko tam nie dochodzi. Nie posiedziałam tam więc za długo, zmarzłam nieco  no i papierosa jakoś głupio byłoby tam zapalić…….. w czytelni?? nie wypada.
Zrobiłam więc zdjęcia jakimś kwiatkom i drzewom i usiadłam sobie troszkę dalej na ławeczce w słonku, które całkiem przyjemnie przygrzewało.

 

 

 

 

A potem powolutku poczłapałam do domu. Dokładnie: poczłapałam, bo nogi wczoraj okropnie mi dokuczały, aż mi było wstyd, że ludzie patrzą na mnie jak na starą, kulawą babę.
Ale cóż zrobić, czasami tak mam, że mogę prawie normalnie chodzić, z czasami chodzę tak, jakbym miała kule do nóg poprzypinane. Nawet obawiałam się, że dzień skończy się jakaś ulewą, stad miałam te bóle reumatyczne, ale nie, czyżby mój wewnętrzny barometr się rozregulował???
A wieczorem porozmawiałam sobie telefonicznie ze szczęśliwym Tatusiem – Ksawrem, który już musiał zacząć zdawać trudny egzamin z ojcostwa, bowiem Diana z Małą właśnie wczoraj już wróciły do domu. No, trzeba przyznać, że przed Diana i przed Ksawrem spore wyzwanie stoi, ale przecież nie oni pierwsi, nie ostatni, dadzą sobie radę.

Fajnego czwartku Kochani 

piękna w swoim złocie

 

…….  jak słonko na niebie
ta róża Uleczko  jest dzisiaj dla Ciebie    

niech radość i uśmiech dzisiaj Ci przyniesie

gdy błądzić na spacerze  będziesz  z Olcią  gdzieś po lesie

albo i  po łanach  przyrody,  pełnej kwiatowych  uniesień,

 czy na zielonym runem pokrytej łące

gdzie wesoło kicają szarawe zające,

Gdzie motyle  fruwają,  pszczoły nektar spijają

a później pyszny miodek dla nas wyrabiają.

To jest własnie to szczęście,  które Tobie własnie dzisiaj wyślę

Żebyś wiedziała, że w środę o Tobie zawsze  przecież myślę.

Dzisiaj wstała dosyć promienna, aczkolwiek lekko chłodna środa.
I bardzo dobrze, że juz wczorajszy dzień za mną, bo jakaś depresja wieczorem mnie dopadła i łzy z moich oczów wyciskała.
Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia.

Lubie sobie ogądać na TVP Rozrywka stare programy z serii Śpiewające fortepiany. To był bardzo przyjemny program, szkoda, że juz sie skończył.
Ujmujący prowadzący Rudi Schubert zapraszał do programu dwóch znanych muzyków, Czesława Majewskiego i Janusza Tylmana, którzy z kolei zapraszali po dwie znane osoby z artystycznych, politycznych lub innych znanych kręgów i wspólnie odgadywali muzyczne zagadki. Sporo świetnego humoru, wspaniałej zabawy aż promieniowało z tego programu.  Teraz te powtórek z programów sprzed 15 stu lat są tym bardziej cenne, że wielu uczestników tych zabaw jest już niestety nieobecnych. I tak sobie własnie pomyślałam wczoraj : Boże, jak to wszystko szybko na tej ziemi przemija…
Przecież dopiero co byli, cieszyli się życiem, radowali zabawą, a teraz…..
To jest własnie to cholerne przemijanie, chwila, moment, dla niektórych dłuższa, dla niektórych krótsza. Pozostają po nas tylko wspomnienia umieszczone na taśmach, na zdjęciach……..
I może dlatego wczoraj dopadła mnie taka nostalgia, świadomość tego, co już coraz bliżej mnie…..
Ale póki co, życie jeszcze trwa, słonko jeszcze świeci, Rodzina mi się powiększa, co teraz mam martwić się tym, co będzie kiedyś………
Grunt, że słonko za oknem świeci, grunt że zza okna rozlega się pisk bawiących sie na placu dzieciaczków, grunt, że…….

Dobrej, spokojnej i słonecznej środy życzę