jestem piękna niesłychanie…

a ja jestem….samochwała…..Ale ktoś w końcu musi mnie od czasu do czasu pochwalić, prawda?

Od czasu do czasu trzeba zadbać o swoja fryzurę.
Wczoraj własnie był taki dzień, w którym  odwiedziłam panią Krysię – moją fryzjerkę i panią Elę – moją pedikiurzystkę.
No i teraz całkiem inaczej się czuję.
Jednak co dobra fryzura, to i dobry humor.
Już nie mówiąc, że spory spacerek wczoraj uskuteczniłam, bo po tych zabiegach na moich schorowanych stópkach całkiem mi się dobrze chodziło.
Pomimo deszczu siąpiącego z nieba. Proszę, jak nie wiele kobiecie do szczęścia brakuje.  
Może ten świat, mimo jesieni,  nie jest taki zły?

Mam dylemat. W sobotę jest następne klasowe spotkanie w restauracji tej, co kiedyś. Tym razem jest ono związane ze spotkaniem z naszym kolegą Markiem, zresztą znanym  euro – politykiem, który niestety na czerwcowe spotkanie przybyć nie mógł i teraz wyraził nadzieję na nasze klasowe rozmowy. No to skąd u mnie ten dylemat?

Rozpatrzyłam wszystkie za i przeciw, abym na to spotkanie pobieżała i niestety więcej było sprzeciwów.
Po pierwsze, aż tak bardzo za nimi się wcale nie stęskniłam, już ich wszystkich (no z wyjątkiem (Marka) widziałam kilka miesięcy temu, wystarczy na następne lata, a może i na nigdy już???  W końcu nigdy za nimi aż tak nie przepadałam i bez tego towarzystwa nadal świetnie mi się będzie żyło.
Na razie ich mam na tę chwilę, dość.
Po drugie i tak nie zamieniłabym pewnie z Markiem więcej, niż dwóch, trzech słów, jako, że jest to osoba znana, publiczna, na pewno będzie oblegana przez innych, ja pchać się do kółeczka nie zamierzam. Po trzecie znów musiałabym po tych nieszczęsnych schodach bez poręczy schodzić, albo czekać  na pomoc, nie chce z siebie robić jeszcze większej sieroty, niż nią jestem. A jestem i nic na to nie poradzę.
No i w końcu, jeżeli będę w tej restauracji, wypadałoby coś do jedzenia zamówić, a mnie niestety restauracyjne jedzonko wcale nie odpowiada.
Ostatnio, gdy tam byłam, wzięłam sobie jak pamiętacie zapewne, pstrąga, ale też nie było to danie – moje marzenie.
Takie jedzenie po prostu „śmierdzi” mi restauracją, jakimiś dziwnymi przyprawami, nieświeżym tłuszczem. A ostatnio niestety mój brzuszek robi się coraz bardziej wybredny, co raz więcej potraw po prostu nie trawi. No i co mu zrobię? Nic, muszę go „słuchać” i jeść dietetycznie, bez żadnych „restauracyjnych wynalazków”
Przyznam, że kiedyś wizyty w restauracji (oczywiście od czasu do czasu) były dla mnie przyjemnością, teraz naprawdę wolę sobie ugotować  bułkowo – grysikowe kluski na rosołku, nie ma to jak domowe jedzonko.
A i to czasami zawodzi, bo ostatnio mój brzusio odkrył, ze nie lubi…chrzanu. A ja tak lubię sztukę mięsa w sosie chrzanowym.
Nie wiem, jak do niektórych potraw moje brzusio przekonać, grymaśnik z niego się zrobił.
A jak robię te kluseczki? Prosta sprawa. W garnku rozkręcam łyżkę Ramy, dwa jaja, dodaję troszkę manny, trochę bułki tartej, wszystko razem mieszam i wrzucam łyżką na gotujący się rosół, mówię Wam, pycha, nic więcej nie potrzeba do jedzenia, przynajmniej dla  mnie.

Ale wracając do meritum, jednak raz jeszcze podsumowując wszystko, postanowiłam, że zdecydowanie szkolne sobotnie spotkanie sobie odpuszczam.
Może kiedyś….. może nigdy……

Słuchajcie, pogoda nam zdecydowanie się za to poprawia. Dzisiaj w Krakowie na termometrze prawie całe 12-13 stopni. Co prawda na razie bez słonka, ale mam nadzieję, że jeszcze zdąży nam się ono pokazać.Ale przynajmniej deszcz nie siąpi, no i chłód nie smaga, nie muszę dzisiaj w ciepłym golfie paradować. HURRAAA!!!

No to fajnego czwartku życzę.
Własnie słoneczko zza chmury wychynęło…….
Świat nie jest taki łzy….świat nie jest wcale zły…..

no i znowu mamy kolejną środę

 

A jeżeli to środa, to oczywiście jest obowiązkowa różyczka dla Ulki.
I nie tylko różyczka ale i serdeczne z Krakowa podsyłam pozdrowienia i całuski Uleczku.
Za oknem jesień mamy, raz wesołą i kolorową, przepełnioną słonkiem i złoto- czerwonymi liśćmi, innym razem smutną i deszczową, smaganą wiatrem.Taka to pora roku właśnie nastąpiła.
Ale najważniejsze Uleczku w tym jest to, żeby mieć dobry humor, dobre zdrowie i dobre towarzystwo.Tego własnie na dzisiaj i na cały następny tydzień, aż do następnej środy Ci Ulku życzę.

Spoglądam przez okno na mój park i podziwiam, jak praca tam wręcz wre. Starają się chłopaki, jak dobrze pójdzie, rzeczywiście do przyszłej wiosny zdążą z końcem remontu, a wtedy….Hulaj dusza, piekła nie ma. Będę mogła wreszcie wypróbować swoje kijki do chodzenia…tylko…..
No własnie, niezbyt mi to dobrze wychodzi, pewnie będę zmuszona zaprosić  Ulkę do Krakowa, by pobrać u niej korepetycje z nord walking.
To wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe, raz lewa noga i prawa ręka z kijkiem, potem zmiana, ale trzeba to tak sprytnie robić, by się o te kijki nie potykać.
No i co Ulu? jakie jest Twoje zdanie na taką propozycję???

Wkurza mnie dzisiejszy wpis, już czwarty raz wyskakuje Error, wszystko co zapisuję, natychmiast ginie i muszę zaczynać to samo pisać od początku.
No, ile razy można się o to samo wściekać????
A w dodatku od rana znów wiertło działa w mieszkaniu nade mną, ile jeszcze ten cholerny remont tam potrwa?
Przecież już chyba wszystko zdążyli wyremontować, czyżby zaczynali od początku?
Muszę szybko z domu się ewakuować, bo mój mózg tych zawirowań  jużnie wytrzymuje.

Jedyne co działa pocieszająco na moją wyobraźnię, to nadchodzące zmiany w rządzie.
Gdyby Kaczyński rzeczywiście zdecydował asygnować siebie na premiera, to byłby wielki pierwszy krok do jego upadku.

Przecież doskonale wie, że nie cieszy się żadnym poparciem (w przeciwieństwie do Beaty Sz.) i tylko dlatego Pis doszedł do władzy, że Kaczyński się ukrył i działa zza kotary. Gdy się wyłoni na powierzchnię, padnie, co daj Panie Boże AMEN.
Co najlepsze, on doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale jego EGO tak bardzo już go przerosło, że i rozum dokładnie przesłoniło.
Bo co można powiedzieć o człowieku, który za swojego życia stawia sobie pomniki???, całe mnóstwo pomników?????
KOMPLETNA PARANOJA !!
I oby wreszcie Polacy oprzytomnieli, najwyższa pora.

Życzę miłej środy, uciekam, bo już mam całkowicie mózg dzisiaj zaświdrowany.

a wczoraj już nikt mnie nie odwiedził…

 

No to dzisiaj mój blog odwiedził jesienny, pluszowy miś.
Prawda, że bardzo sympatyczny???

 

No, nie tak do końca nikt mnie odwiedził , bo późnym popołudniem był  u mnie kurier z butami- śniegowcami, które sobie przez internet na Allegro zamówiłam.
I co???……… niestety, mimo, że to czterdziesty numer kopyta, nie udało mi się tych butów na  nogi włożyć,.
A wszystko to przez moje wysokie podbicie, po prostu stopa weszła tylko do połowy cholewki i potem już się zastopowała, nie chciała wślizgnąć do środka.
Teraz mam tylko kłopot, bo muszę iść na pocztę i te buty odesłać.
No i inny kłopot, muszę wybrać się sama do sklepu i kupić jednak  te botki, bo bez mierzenia ani, ani.
Czasami udaje mi się coś fajnego na Allegro kupić, niestety tym razem to był wyraźny niewypał.
Zła byłam, bo myślałam, że problem zimowych butów mam już z głowy, a tu niestety, trzeba znów pogłówkować.
Niby wydaje się, że to nie problem, ale nie dla mnie. Ja i moje buty to szczególny rodzaj moich kłopotów, zawsze przy ich kupnie coś mi nie pasuje. Na pierwsze wejrzenie wydaje się, że jest wszystko OK, ale potem dopiero wychodzą wszelakie powikłania. Cóż poradzę, że mam tak biedną i schorowaną stópkę?
Czasami udaje mi się coś z obuwia „upolować”, tak było z poprzednimi moimi botkami typu Emu. Pamiętam, że kupiłam je w Lidlu, gdy byłam tam kiedyś z Magdą. To ona na nie zwróciła moją uwagę, wiedząc, że mam kłopoty obuwnicze. Ubrałam i…od razu wiedziałam, że te buty są moje.
No, ale ile sezonów można nosić botki? Ja je nosiłam chyba przez trzy zimy, wreszcie podeszwa się odkleiła i buty wylądowały w śmietniku.
Chyba będę musiała Magdę namówić na wspólne zakupy, bo jej obecność wyraźnie przynosi mi szczęście w dobrych zakupach.
Ot takie to są życiowe kłopoty. Dobrze, że tylko takie małe, ale i tak głowę zawracają.

Niesamowite, że o siódmej rano jest jeszcze prawie szarówka. Nawet  przygotowując sobie poranną kawę musiałam w kuchni światło zapalać.
No tak, za tydzień o tej porze będzie już lepiej, jaśniej, bo godzinę później, ale za to wieczór bardzo szybko będzie zapadał.
I tak źle i tak niedobrze, cóż, taka pora roku nastała.
A chlupało deszczem wczoraj równo, nawet na papieroska trudno z przychodni się wychodziło. Dobrze, że jest zadaszenie i tam zawsze przed deszczem można się schować, ale co to za przyjemność w paleniu papierosa, gdy powiewa wiatr i chlupie w dodatku?
Cała przyjemność zawarta jest w ciepłej, dobrej kawusi i  w wypalanym do jej towarzystwa, ale na takie luksusy w pracy nie można sobie pozwolić.
W kawiarni zresztą też nie, bo wprowadzili zakaz palenia, no chyba, że siedzi się w kawiarnianym ogródku, ale to znowu nie jest ta odpowiednia na to pora roku.
Jaki wniosek z tego?? Rzucić ten nałóg w cholerę, zresztą zarówno jeden, jak i drugi, bo i kawa i papierosy nie są dla zdrowia niezbędne, wręcz nawet szkodliwe.
Ostatnio czytałam, że wszystkie kawy rozpuszczalne są tylko namiastkami kawy i w dodatku zawierają sporo chemii, więc są szkodliwe dla zdrowia.
A ja tak lubię Nescafee Gold, chociaż ostatnio i ona zaczyna mi nieco mniej smakować.
Chyba jednak jest to przyzwyczajenie tylko, że dzień od kawy rozpoczynam, chociaz przy takiej ponurej porze roku, jaką teraz mamy głowa rano jest zamulona. Pewnie i niskie ciśnienie do tego się przyczynia, że człowiek błądzi jak we mgle.
No to może powinnam przenieść się na kawę parzoną w ekspresie?
Można przecież kupić taki niewielki ekspres, taki na dwie filiżanki, więcej mi przecież nie potrzeba.
I to z pojemnikiem na zmieloną kawę, a nie na kapsułki, które, nie dość, że są też bardzo drogie to i one zawierają głównie chemiczne związki.
Ale z rozrzewnieniem wspominam te czasy, gdy kawa była prawdziwym rarytasem, w dodatku  trudnym do zdobycia, wtedy dopiero się kawę „szanowało”
Oczywiście też nie bywała odpowiednio przygotowana, po prostu wsypywało się łyżeczkę, czy dwie takiego kawowego  zmielonego proszku do szklanki, zaparzało, a potem piło się aromatyczny napój, można było ewentualnie jeszcze i fusy troszkę posmakować, ja na przykład je lubiłam.
Ale za to jak tak trudno zdobyta kawa smakowała!!!!!
To z tamtych czasów właśnie pochodzi ten kawał : przychodzi facet do sklepu i pyta :
– jest kawa?
– nie ma – odpowiada mu ekspedientka znudzonym głosem,
– to dlaczego na ścianie wisi  napis mielimy kawę?

No tak, kawę mieliło się na miejscu w sklepie, nie każdy miał w domu młynek do kawy, bo i on był trudny do zdobycia
Ach tamte czasy, wiele rzeczy po prostu się zdobywało, a nie normalnie kupowało.
Najgorsze, że jest groźba, że takie czasy mogą przy dzisiejszych (nie)rządach wrócić
TFU, na psa urok, lepiej splunąć za siebie  trzy razu przez lewe ramię, tak na wszelki wypadek.
Może jednak niedługo obróci się ta nasza polska rzeczywistość na lepsze?
Jest potencjalnie  taka szansa, tylko, żeby opozycja chciała jednak się zjednoczyć.
Bo na taką zjednoczoną opozycję już teraz chce więcej ludzi głosować, niż na Pis.
Ano poczekamy, zobaczymy.
Ja tam wierzę, że ludzie typu Budka, Trzaskowski, czy Katarzyna Lubnauer, albo Barbara Nowacka i coraz bardziej politycznie popularna Kamila Gasiuk – Pichowicz dojdą w końcu do głosu i to skutecznego i dobrego dla Polski głosu
Na nich można liczyć, zresztą ich jeszcze polityka nie „zepsuła”
Więc wszytko przed nimi no i przed nami.
Może wróci u nas  w końcu ta normalność polityczna ????

No jak zwykle niepoprawna, muszę coś do polityki nawiązać, Chyba chora bym była, gdybym politycznego wtyka w moim blogu nie wsadziła.
Nawet, gdy  bardzo mi się to udaje, zawsze mnie licho skusi.

Pogoda? Ponura, typowo jesienna, byle jaka, grunt, że jak na razie nie pada deszcz.
A może gdzieś tam w Polsce jednak siąpi?
Mimo wszystko życzę przyjemnego dnia, zawsze przecież jakieś miłe chwile w nawet najbardziej ponurym dniu odnaleźć można, prawda???

Tym razem w odwiedzinach był Pan Kotek

 

 

I też całkiem była to niespodziewanka.
A nie mówiłam, że niespodzianki są najlepsze i najfajniejsze?

Strasznie sympatyczny kot o imieniu Bonzai przyszedł do mnie wraz z Dianą i z Ksawrem i od razu poczuł się świetnie w moim mieszkaniu.
Pozwiedzał wszystkie kąty, ale zdecydowanie polubił …kwiatki.
Koniecznie chciał też zwiedzić, moje podwórko, nawet już trzema łapami był poza barierkami, w ostatniej chwili Ksawer uniemożliwił mu jednak ucieczkę.
Nie, to nie była zwyczajna ucieczka, to była tylko chęć poznania nowych kątów, bo Bonzai to kot obieżyświat.
Ale przyznać trzeba, że Bonzai jest nietuzinkowym kotem, bardzo, bardzo towarzyski,  przy tym niezwykle rozmowny. Na wszystkie skierowane do niego pytania odpowiadał „MIAU”
Pozaliczał wszystkie moje „szczyty”, czyli górne części mebli, no tylko  poza szafą, niestety tam nie mógł nijak się dostać, chociaż bardzo cały czas kombinował, w jaki sposób na szafę wskoczyć. Niestety żaden mebel, po którym by się tam mógł wspiąć obok nie stał, niestety kot musiał się poddać.
Następnym razem gdy do mnie przyjdzie chyba postawię mu drabinę, żeby i ten zakątek pokoju był dla niego osiągalny.
Siedzieliśmy bardzo długo, jedliśmy wspaniałą sałatkę jarzynową zrobioną przez Diankę, piliśmy herbatkę, a na deser było wspaniałe ciasto jogurtowe.
No i oczywiście wszystkie rodzinne ploteczki zostały mi przekazane, teraz jestem już na bieżąco (no, prawie na bieżąco) z rodzinnymi kłopotami i radościami.
Bo te zawsze świetnie umieją się przeplatać.

A, zapomniałam  napisać, że wreszcie dostałam odpowiedź z NFZ a propos mojego skierowania do sanatorium.
Oczywiście zostałam przez szanowną komisje lekarską  zakwalifikowana do reumatologicznego leczenia sanatoryjnego , a przewidywany termin realizacji tego skierowania to 28 miesięcy. Boże, prawie 2 i pół roku, czy oni oszaleli ???
Do tego czasu całkowicie może mnie już połamać, nie tylko mnie zresztą.
Chyba jednak biorą to pod uwagę, bo w piśmie zawarta jest informacja o konieczności poinformowania o wszelakich zmianach, na przykład miejsca zamieszkania, czy zmiany ubezpieczenia, ciekawe, czy brali pod uwagę możliwość konieczności poinformowania o śmierci delikwenta???
Pewnie i to też na myśli mieli, takie jest przecież życie.

A mówili nie chwal dnia przed wieczorem.
We wczorajszym wpisie zachwycałam się piękną jesienną pogodą i słonkiem, a tu masz, Aniołki mnie nie posłuchały i koło południa pranie zaczęły urządzać.
Rozpadało się tak, że nie dość, że cały dzień i całą noc  ten deszcz chlupał, to dzisiaj od rana też nam nie odpuszcza.
Niestety, to  ta gorsza część roku teraz zagościła, w dodatku za kilka dni rozpocznie się ten mój znielubiony listopad.
Ale to minie, kiedyś minie. Wreszcie przyjdzie i pora na wiosenne uniesienia, na słonko i na radość w obcowaniu w nowo otwartym koło mnie po remoncie parku.
Doczekam się przecież tego kiedyś, tylko muszę być cierpliwa.
Jeszcze kilka miłych rodzinnych spotkań, niedługo już święta przed nami….
To tylko przecież jeszcze miesiąc i kilka dni, szybko ten czas minie, jak zawsze za szybko.
Póki co, życzę wszystkim miłych wszystkich dni tego bieżącego tygodnia, na czele z dzisiejszym poniedziałkiem.
Nie dajmy się pokonać złym nastrojom złej, jesiennej aury.
Wszystkiego dobrego

Najfajniejsze są niespodziewane odwiedziny

 

 

No niezupełnie tak do końca niespodziewane, bo przeczucie mówiło mi, że odwiedzi mnie w sobotę Maciek i…nie pomyliłam się nawet.
Dlatego też zrobiłam na wszelki wypadek odpowiednie zakupy, to znaczy kupiłam zwyczajne mleko do kawy (ja pijam kawę z mlekiem zagęszczonym) i oczywiście u Buczka jaśkowe paluszki, które Maciek bardzo lubi.
Ale niespodziewana była za to wizyta szalonej Sisi, która z wielkim impetem wpadła do mojego mieszkania i w tanecznych podskokach dokładnie obwinęła mnie swoją smyczą. Szaleńczym powitaniom nie był końca, oczywiście musiało skończyć się na mizianiu, czyli sunia leżała brzuszkiem i łapkami do góry na podłodze, a ja musiałam ją po tym brzuszku głaskać.
Oczywiście dla takiego gościa musiałam z lodówki wyciągnąć kawałek kiełbasy, przyznaję, dużo tego nie było, ale skąd miałam wiedzieć, że mnie taki gość akurat odwiedzi?
Ale później Sisi zadawoliła się jaśkowymi paluszkami, chociaz Maciek twierdził, że tego pies nie będzie jadł, bo dla niej są one za suche i za twarde.
Ale w miłym towarzystwie nawet takie smakołyki psu smakują, skoro kiełbasa zbyt szybko się skończyła.
W końcu nie samym chlebem człowiek żyje, nie samą kiełbasą żyje pies, nawet tak przemiły, jak Sisi.
No bo sami popatrzcie na tę kudłatą mordkę, czy nie jest słodka? Jak można ją nie pokochać?
W Sisi tkwi 200 procent dobroci, miłości i sympatii dla całego otoczenia.
A jeżeli kogoś  z dwunożnych już dobrze zna, wszystkie te uczucia w niej się wielokroć potęgują.

Więc siedzieliśmy z Maćkiem przy kawce, o tym i o owym rozmawiając, ale po pewnym czasie Sisi wyraźnie zaczęło się już nudzić i stwierdziła, że najwyższa pora już wracać do siebie. Już nawet paluszki przestały ją interesować, kiełbasy niestety już nie podano, więc zaczęły się najpierw ciche, potem coraz bardziej zdecydowane piski : idziemy do domku i już, koniec wizyty!!!
Co było robić, musiał Maciek swojego psa posłuchać i sobie poszli……
Wszak pies też swoje prawa ma 🙂

A dzisiaj wstała piękna i słoneczna niedziela. Wbrew temu, co zapowiadali. Proszę, jak to można czasami miło się rozczarować.
Na wszelki wypadek jednak dzisiaj nigdzie od domu się nie oddalam, może znów jacyś goście mnie dzisiaj odwiedzą?
Chociaż i tak nie bardzo miałabym gdzie iść, bo mój park ciągle w remoncie.

A jednak coś tam się dzieje. Przed moimi oknami stoją już jakieś budki zabawowe dla dzieci. Co prawda park w ciągłej rozsypce, ale drewniane budowle już są postawione. Nawet wczoraj, chociaż to sobota, do godziny 15 stej w parku chłopaki dzielnie urzędowali, maszyny jeździły tam i z powrotem i czerwonym światełkiem błyskały. Jest nadzieja, że do późnej wiosny uporają się z robota, chociaż ….skoro zapowiadają srogą tę zimę, różnie być może. Całkiem możliwe, że mróz i śnieżyce przerwą ten tok budowy i wszystko w czasie się odłoży.
Ale nie bądźmy pesymistami. Ja w każdym bądź razie jestem dobrej myśli  i na pierwsze spacery po pięknie wyremontowanym parku już czekam, z niecierpliwością czekam.
Tylko już się boję, co będzie. gdy jakieś wandale dobiorą się do tych wyremontowanych i wypielęgnowanych trawników, krzewów no i tych budowli z drzewa.
Mam nadzieję, że będzie jakiś monitoring parku bo skoro wsadzili w niego tyle pieniędzy nie może od razu popaść w ruinę.
Ach ci wandale : na kamienicy, na której mieszkam, jakieś głupie chuligany kredą czy farbkami wymalowali napisy typu Wisła…k….wy itd.
Gdybym takiego wyrostka dorwała i tuszem mu po całym ciele wypisała  JESTEŚ IDIOTĄ !!!!!  I to dużymi literami bym mu to wygrawerowała!!!!.
Wkurza mnie to, jak wielkim trzeba być debilem, żeby po czyichś ścianach malować. Jaką czerpią z tego radość, jaką mają satysfakcję?
Ile razy popatrzę na ten mój nieszczęśliwie   zdewastowany napisami budynek aż ze  złości cała się trzęsę.
Czy naprawdę mamy aż tak debilną młodzież?
No, może część młodzieży, bo kiedyś już pisałam, że jednak i wśród młodych wielu porządnych ludzi znajdziemy, którzy chętnie pomogą, uśmiechną się, może i zagadają….
Niestety ta druga  część naszej „wspaniałej” młodzieży to zwyczajni chuligani, młodzi przestępcy, rzucający bluzgiem z przepitej piwskiem lub tanim  pseudo winem mordy i tylko patrzącej, jak komuś dokuczyć, jak coś zepsuć, zniszczyć. Nic nie tworzy, a niszczy, wandal jeden taki .
Oj, już czuję jak złość we mnie się zbiera!
Nóż sam się sam w kieszeni otwiera….

Ale takie czasy, taka młodzież.
Za moich czasów……….

No to tego słonka na dzisiaj życzę, sporo go dla Was dzisiaj zamówiłam, a Aniołkom zabroniłam dzisiaj jakiegokolwiek wielkiego prania urządzać.
Dzisiaj ma być wspaniały dzień odpoczynku,  dla Wszystkich, młodych, starych, dla dzieci i nawet dla czworonogów.
Niech też korzystają dzisiaj z pięknej jesiennej pogody

zgadnij, kto dzisiaj do nas przyjdzie…

Był nawet taki film, z bardzo dobrą obsadą : Katherina Herpun i ze Spencerem Tracy.
Z tym, że oni mieli zapowiedzianego goscia na obiad, miała przyjść ich córka z przyszłym kandydatem na męża.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że ów młodzieniec okazał się ….czarny.
Małżeństwo o liberalnych poglądach nie chce zaakceptować czarnoskórego narzeczonego swojej córki, mimo że jest on bardzo dobrze usytuowanym oraz cenionym lekarzem.
Cóż, problem rasowy zawsze w Stanach był ciężki do pogodzenia się  dla wielu Amerykanów, no może tylko  o czasu, gdy USA doczekało się ciemnoskórego prezydenta. Pewnie i tak nie wszystkim to się spodobało, ale jednak Obama jako prezydent na pewno sprawdził się w polityce, miał dosyć spore poparcie, był lubiany, był po prostu bardzo ludzki, nie   dawał odczuwać  jakiegoś wielkiego dystansu pomiędzy nim, a narodem, który reprezentował.
Taki własnie powinien być prezydent, dla wszystkich, nie tylko dla wybranej garstki ludzi.
Jak widać, nie jest to jednak takie zupełnie jednoznaczne, przynajmniej u nas w Polsce.
Co prawda nasz prezydent i tak cieszy się stosunkowo sporym poparciem, co może raczej dziwić, bo jego stronniczość partyjna, a co za tym idzie, jego posunięcia  wyraźnie antydemokratyczne są wyraźnie widoczne, ale można brać na to poprawkę, że Polacy są jednak bardzo dziwnym narodem, mało politycznie doświadczonym, wręcz często na tyle nierozbudzonym własnie politycznie, że każda ciemnotę, a jeszcze w dodatku popartą czczymi obietnicami, można im wsadzić do głowy.
Ale spora w tym wina niestety Kościoła, który zawsze w Polsce się liczył i z którego zdaniem naród się zgadzał, tylko, że to były inne czasy, gdy było to słuszne, niestety teraz Kościół zboczył z drogi prawdy na drogę pieniędzy i niestety dla własnych interesów popiera partię która im się opłaca.
Żałosne to jest, bo jeżeli księża rzeczywiście wyznają wiarę głoszoną przez Jezusa Chrystusa powinni wiedzieć, że to co czynią jest niezgodne z Bożymi zamiarami. Kościół powinien być posługą, a nie studnią z brzęczącą mamoną. Niestety spora część Kleru na tej drodze wyraźnie się pogubiła.

No dobra, odbiegłam od tematu i znów na śliskie polityki ścieżki wlazłam, a tam samo błoto niestety……
No to kto dzisiaj do mnie przyjdzie?
Co prawda nie na obiad, bo już „wyrosłam” z czasów gotowania obiadków dla gości, sama gotuję dla siebie to, na co akurat mam ochotę, na przykład wczoraj był to makaron z białym sercem, dzisiaj mam zaplanowaną rybkę.
Ale zapowiedzieli się Diana z Ksawrem, morze wpadną na godzinkę na jakąś kawkę, muszę więc pędzić do Buczka, żeby ewentualnie jakąś szarlotkę mieć w zapasie i paluszki jaśkowe do chrupania.
Te paluszki to fajna sprawa, przynajmniej mój brzuszek je akceptuje, a dla mnie o jest bardzo ważne.
No a szarlotka? Pewnie, że lepsza by była taka upieczona własnymi rączkami, ale…czemu nie mam sobie życia ułatwić, skoro jest taka okazja?
Ta Buczkowa szarlotka również jest bardzo smaczna.
Tu wspomnę dawne czasy, gdy nasze babcie same wypiekały jesienne szarlotki w całym domu pachniało jabłkami i cynamonem. Pachniało też i drożdżowym ciastem ze śliwkami, bo jesień to czasu na takie właśnie wypieki. Teraz wystarczy pójść do cukierni i kupić gotowy  kawałek, nie trzeba się trudzić i martwić, żeby ciasto wyszło, nie „klapnęło” i się w dodatku nie przypaliło.
No i czas jesieni to czas, gdy króluje dynia. 
Tu wspomnę wspaniałą zupę dyniową mojej Moniki, mniam, palce lizać, tylko, że teraz jest dla mnie nie dostępna, za daleko mi do niej, niestety.
Ale i tak najważniejsze w takim rodzinnym spotkaniu jest poczucie miłości, szacunku i pamięci, którą młodzi obdarzają swoją starą ciotkę.
Starą? no może jeszcze nie zupełnie starą, ale już słusznie wiekową.
A może jeszcze i ktoś inny mnie dzisiaj niespodziewanie odwiedzi?
Trzeba wiec szybko się zabierać za poranny obrządek i wymarsz do sklepu.Pogoda nawet jest całkiem odpowiednia, nie pada, czasami słonko wystaje zza chmurki, wieje lekki, ale na szczęście  nie  taki zimny wiaterek,  raczej taki przyjemny.
Tak więc przede mną długa sobota, trzeba do niej duchowo się przygotować.
A nawet jeżeli nikt mnie jednak dzisiaj nie odwiedzi zawsze mam coś do roboty na mojej fermie.
Czasami ona mnie już nawet denerwuje, bo akurat jakoś tak nieszczęśliwie sadzę te roślinki, że zbiory i ich przetwórstwo wypadają na późno wieczorne i nawet nocne godziny. Więc zamiast spać urzęduję na swojej fermie i się potem na siebie wściekam, że jestem taka głupia, zamiast spać, zarywam kolejną noc.
Wystarczyłoby tylko zebrać plony, zasadzić nowe roślinki, a przetwórstwo zostawić na poranne godziny, nieprawdaż?
Ale ja zawsze byłam niepoprawna, a jeżeli chodzi już o wszelakie gry, to zawsze potrafią mnie tak wciągnąć, że o świecie realnym całkowicie zapominam.

No to życzę wszystkim przyjemnej jesiennej soboty, jeszcze wciąż trwającej w letnim czasie, bo za tydzień zmieniamy już czas na zimowy.

czyżby koniec piękniej złotej jesieni?

 

 

 

Wszystko na to wskazuje. Co prawda temperatura nadal utrzymuje się w całkiem przyzwoitej wysokości, ale dzisiaj ktoś chyba zaaresztował nam słonko. Oddawać słonko do jasnej ciasnej, bo bez niego jakoś mi tak smutno……
Ale fakt, wczorajszy ciepły dzień spowodował, że dosyć szybko, jak oczywiście na mnie, poszłam sobie lulu, jjuż o 21.30 smacznie sobie spałam. A jaki tego skutek? Oczywiście nocne urzędowanie na fermie.
Jeszcze to, jeszcze tamto, jeszcze chlebek, czy bukiecik i znów się 4 rano zrobiła. Dosyć tego, pomyślałam sobie, nie  można już tak całkowicie zgłupieć, trzeba spać wtedy, gdy jest na to pora, a nie potem popołudniu na fotelu ze zmęczenia zasypiać. Bo to nie jest wcale nawet drzemka, to jakiś koszmar, gdy głowa się kiwa w prawo i w lewo. Człowiek przebudza się tylko jeszcze bardziej zmęczony.
Ale jakiś serial, bodajże Klan mnie uśpił na jakieś 10 minut, potem nic z tego, co się działo nie pamiętałam.
No i tak to  się życie moje  toczy, zupełnie poprzestawiałam sobie dnie z nocami, zresztą zauważyłam, że ostatnio śpię trzy godziny, robię sobie potem kilka godzin przerwy i znów w trzygodzinną drzemkę zapadam Normalne to?? chyba raczej nie.
Musze przynajmniej się postarać jakoś to uporządkować.

Dzisiaj mamy 20 października, a więc dla mnie podwójnie wspomnieniowe święto .
Dzisiaj moja Mamusia, Irena, obchodziłaby swoje Imieniny, a moja siostra Ania  – 74 urodziny.
Mój Boże, nie doczekała, a przecież taka liczba 74 wcale nie jest jakaś niebotycznie wielka, wiele osób w tym wieku całkowicie nieźle funkcjonuje.
Więc co się stało, że ta Biała Dama z kosą przyszła i mi ją zabrała????
Stanowczo za szybko pani śmierć odwiedza nasze rodzinne progi. Mama zmarła w wieku 50 lat, siostra  i brat w wieku 65 lat, tata w wieku 68 lat……
To  stanowczo nie są  dobre lata na umieranie, przecież jeszcze tyle dobrego każdy z nich mógł zrobić w życiu. 
Przecież nie musieli Oni wszyscy tak wcześnie mnie osieracać.
I w takie dni, jak dzisiejszy, wracam wspomnieniami do tych moich beztroskich dziecinnych lat i uśmiecham się na wszelkie  rodzinne wspomnienia.
 Chociażby na te podróże autem nad morzem, chociaż dla mnie taka podróż zawsze była niesamowitą mordęga, ponieważ jako dziecko bardzo silnie zapadałam na chorobę lokomocyjną, sprawiając tym moim rodzicom wielkie  kłopoty, zmuszałam ich do częstych postojów, więc i droga przedłużała się bardzo w czasie.
Ale i tak było zawsze bardzo wesoło, bardzo ciekawie. Po drodze zwiedzaliśmy wiele ciekawych miejsc, to własnie z Rodzicami i z Rodzeństwem  zwiedzałam Zamek Krzyżacki w Malborku, to z Nimi jadłam raki w restauracji  na Mazurach……
Piękne są takie wypomnienia i dobrze, że pozostały w mojej pamięci, bo to jest to, co jeszcze wciąż z moimi Kochanymi Najbliższymi mnie łączy.
Dlatego dzisiaj szczególnie swoją pamięcią i swoim sercem ogarniam moją Mamusię, moją Siostrę Anię, w Dniu Ich święta, ale także i Tatę i  Brata Krzysztofa, bo wciąż o nich pamiętam i wciąż o nich myślę i czekam na spotkanie z Nimi w tym lepszym, niebiańskim  świecie.
Czekam, bo wierzę, że „tam” coś jednak jest, że tam  Oni na mnie wciąż czekają….
Tylko co będzie, gdy okaże się, że muszę wylądować w piekle? Gdzie Ich wtedy będę szukała???
Eeee. może aż tak źle nie będzie, przecież jestem dobra Dziewczynką 🙂
Wczoraj pacjentka dołączyła do badania rtg  swój wynik sprzed lat, który podpisany był przez…mojego Brata.
Przyznam, piknęło moje serduszko, tak jakoś smutno i tęskno mi się zrobiło na duszy, przecież On jeszcze nadal mógłby jeszcze pracować, jak kiedyś, na Żabińcu, nie musiałby wcale leżeć w grobie na Rakowicach……
Ech to życie……

A teraz mówię: ABRA KADABRA, słoneczko wyłaź zza chmury i pogrzej nasze kosteczki jeszcze troszkę przed tą nadchodząca zimą.
Miłego piątku

wrrr…….kompletna skleroza

Chciałam wczoraj sobie kupić przez internet buty na zimę, takie botki typu emu. Znalazłam stosowne na Allegro, zamówiłam, chciałam zapłacić i…
skleroza mnie ogarnęła i co gorsze, do dzisiaj mocno trzyma. Za nic nie mogę sobie przypomnieć numeru klienta, który potrzebny jest, by wejść nam mpje konto PKO.
Zgroza, przecież tyle razy tam już logowałam się, że głowa mała, no własnie, mała.Tak nawet powiedział pan doktor neurolog na wczorajszej wizycie, niestety część mózgu odpowiedzialna za….nie wiem za co, już ulega skurczeniu.
To normalne w moim wieku, Alzheimera jeszcze nie mam, przynajmniej wiem, jak się nazywam, jeszcze to wiem!!
Póki co nie jest źle, ale już niestety rzutkiego umysłu młodzieńczych lat już nie posiadam. Pewnie zbyt dużo problemów w mojej głowie osiadło, jak ten kurz na meblach, no i mój mózg  też nieco się zakurzył.
Oczywiście dostałam stosowne (następne) lekarstwo, które ma mi pomóc, ale przecież to tylko następna chemia dostarczana do mojego i tak już obolałego od tych lekarstw brzusia.
Wczoraj, zupełnie świadomie, zrobiłam sobie dzień odpoczynku od lekarstw. Może to niezbyt mądre, ale mój organizm się zbuntował i powiedział mi, ani jednej tabletki dzisiaj nie zażyjesz, bo inaczej…..
Posłuchałam, chociaż przyznam, że mam wyrzuty sumienia , dzisiaj już tego nie zrobię, przyrzekam, że dzisiaj bardzo sumiennie j pozażywam wszystkie przynależne mi piguły i postaram się nawet nie skrzywić. Przecież to podobno dla mojego zdrowia.
Ha, tylko czy na pewno po zażyciu ich wszystkich będę taka zdrowa jak ongiś?Niestety, czasu już żadna tabletka nie przywróci.A co do tego numeru konta….to po prostu muszę zatelefonować do mojej opiekunki bankowej, przemiłej pani Ani i ona poda mi numer konta, tym razem zapisze, tylko … pewnie też mam już go gdzieś w kompie zapisane, tylko nie wiem ….gdzie.
Ha ha ha, skleroza na całego.
No, ale człowiek ciągle tyle tych numerów musi spamiętać, numer konta PKO, numer pinu PKO, pesel i parę innych, jeszcze więcej, lub mniej potrzebnych, mogą przecież te wszystkie liczby się przemieszać, zwłaszcza, gdy się jest panią w „stosownym wieku”
Przyznam, że wczoraj byłam wściekła na siebie za ten brak pamięci, ale cóż, trzeba się z tym pogodzić, najważniejsze, że jeszcze umiem do domu powrócić, drogi nie zapomniałam.
Okropnie skomplikowany zrobił się ten świat przez to numerowanie, ale nie można z tego powodu od razu w czarną rozpacz popadać, trzeba się godzić z faktami.
Najważniejsze, że znów czeka nas kolejny ciepły i słoneczny dzień.
No to milutkiego czwartku wszystkim życzę

bardzo krótka środa

 

 

 

Dlaczego krótka? Bo  to będzie niezwykle krótki wpis, gdyż ogromnie rano się dzisiaj spieszę.
Mam dosyć wcześnie wizytę u lekarza neurologa, więc muszę się szybko zbierać. A rano wcale dla mnie nie jest to takie proste, bo niestety zawsze potrzebuję co najmniej 2 godzin na ” poranny rozruch”.
Takie przyzwyczajenie.   Po nocy wszystkie kostki są zastane, mięśnie nie działają jak należy i zanim troszeczkę się rozluźnię, niestety to trwa i trwa.
Ale cóż, gdy raz człowiek w lekarzy łapy wpadnie, wizytom nie ma końca.
Szukając stosowne wyniki dotychczasowych moich badań natknęłam się na skierowanie właśnie do neurologa, które dostałam od pani doktor pierwszego kontaktu rok temu. Wynika z tego, że aż roku potrzebowałam, by za swoje kręciołki się zabrać. A może jeszcze rok temu aż tak bardzo w tej mojej łepetynie jak ostatnio się nie kręciło??.
Nie ważne, grunt, że wreszcie do tej decyzji dojrzałam. Niech się dzieje, co chcę…idę.
Jutro zdam krótką relację z tej mojej wizyty, za dużo nie ma co pisać, bo to nudne.
Bo kto chce w koło Macieju to samo słyszeć o czyichś dolegliwościach? Tu boli, tam strzyka, nie stanowczo są ciekawsze tematy, które można poruszać.
Dlatego nie lubię jeździć do sanatorium, bo gdy mieszkam z kimś w pokoju, zawsze słyszę całą historię choroby, zreszta w jadalni też.
Po co mi czyjaś historia choroby, skoro moja jest i tak wystarczająco długa???

No ale nie mogę dzisiaj całkowicie odbiec dzisiaj od najważniejszego programu dnia, czyli od róży, środowych  życzeń i pozdrowień dla mojej Ulki.
Na pewno popijając poranną kawkę jednym okiem, a może i dwoma, skoro na dobre się już przebudziła, szuka mojego środowego wpisu w blogu.
No i dzisiaj się nie zawiedzie, wpis będzie zamieszczony bardzo wcześnie rano, już się o to postarałam.
Hallo Uleczko!!!!  Serdecznie Cię więc pozdrawiam i zwyczajowe, środowe całuski  zalanego słonkiem Krakowa  Ci posyłam.
Życzenia wszystkiego najlepszego na dzisiejszy piękny dzień i na cały tydzień Ci posyłam.
Za tydzień znów się tutaj spotkamy 🙂 🙂 🙂

A swoją drogą, te dni są już zdecydowanie coraz krótsze. Rano jasno robi się dopiero przed siódmą, wieczorem około 19 już jest ciemna noc.
A będzie jeszcze gorzej , jeszcze dużo wcześniej noc  będzie zapadała i trwała i trwała i trwała, wydawałoby się w nieskończoność.
Co prawda dla mnie nie jest to aż takie dziwne, bo i tak moje noce z założenia są teraz całkiem  nienormalnie uformowane. Po prostu ostatnio dzień rozpoczynam już o 3 – 4 rano, potem jeszcze trochę drzemię, popołudniu też zasypiam na fotelu, a w sumie jestem tym wszystkim bardzo zmęczona.
Gdzie te czasy, gdy kładłam się normalnie wieczorem do łóżka i calutką noc spokojnie przesypiałam???
Ale własnie na „nobliwe lata” zaczynają występować kłopoty ze snem. Cóż, starość nawet tu mnie dopadła……

Czas – pojęcie względne, ucieka nam szybko, sekundy, minuty, godziny, miesiące, lata…
Podobno ostatnio do Sejmu wszedł wniosek o przywrócenie jednolitego czasu dla całej Polski, bez uwzględniania czasu letniego i zimowego.

I bardzo dobrze, bo te co pół roku wprowadzane zmiany wcale nic dobrego dla ludzi nie przynoszą, oszczędności są tylko pozorne, za to zaburzenia związane ze zmianami godzin snu i czuwania wiele ludzi bardzo niekorzystnie  działają.
Zresztą chyba każdy sam wie najlepiej, jak trudno przez pierwsze tygodnie przystosować się do nowych czasowych warunków.
I o dziwo, projekt ten został jednomyślnie przez wszystkie kluby poparty, aż dziw, że przynajmniej w tym temacie można dojść do consensusu.
Może dało by się taki consensus i w innych projektach utrzyma? Nie, chyba to jest niemożliwe jednak.
Polacy uwielbiają wręcz wszelakie zawirowania, zwłaszcza polityczne, wtedy dopiero czują się ” u siebie w kraju” – czyli  normalnie i szczęśliwie.
Więc jak dobrze pójdzie, to jeszcze tej jesieni, a konkretnie już niedługo, bo w ostatnią sobotę października, zmienimy czas na czas zimowy, czyli będziemy spać o całą godzinę dłużej. A potem…… rififi, istne szaleństwo!!!

W Polsce zmieniamy czas – z drobnymi przerwami – od okresu XX-lecia międzywojennego. Zmiana czasu została na stałe wprowadzona do polskiego kalendarza w 1977 roku. Czas letni stosowany jest w prawie siedemdziesięciu krajach na świecie, w tym prawie we wszystkich państwach w Europie.

Zmiana czasu obowiązuje – z zachowaniem stref czasowych – w całej Unii Europejskiej. Po co zmieniamy czas? Po to, by wraz ze zmianą pór roku lepiej wykorzystać światło słoneczne i po prostu oszczędzać elektryczność. Dwa razy do roku zmiana czasu z letniego na zimowy i zimowego na letni powoduje konieczność dostosowania rozkładów jazdy komunikacji. Np. w przypadku pociągów zmiana czasu z letniego na zimowy sprawia, że pociągi dodatkową godzinę przeczekują na stacji. W przypadku zmiany czasu z zimowego na letni raz w roku podróż staje się o godzinę krótsza.

.Bardzo ciekawa jestem, czy i kiedy uda nam się dokonać takiej zmiany, na brak zmiany czasu ha ha.
Ja osobiście jestem na TAK!!!!!, niech zawsze lato będzie!!!!!

 No to wszystkiego dobrego na ten środowy dzień i  Ulce i wszystkim życzę, a  ja już idę się leczyć…..
Ciekawe, ile nowych recept znów dostanę? 
Pewnie teraz dojdę już do 20 tabletek dziennie  –  OBŁĘD!!!!
No nic, trzeba będzie pomyśleć o otwarciu swojej własnej, prywatnej apteki 🙂 🙂 🙂  

piękne mamy lato tej jesieni

 

 

 

Niesamowite jest to, że mamy już drugą połowę października, a temperatura przekracza 20 stopni Celsjusza.
Niesamowite, ale jakże miłe  i oby tak jak najdłużej tak pozostało.
Jednak nie wydaje się to możliwe na dłuższa metę, już zapowiadają opady deszczowe i chłodne dni.
I znów powrócą kurtki, chociaż ostatnio z krótkimi rękawkami można było ganiać.
Dlatego fajnie, że mogłam w ostatnią niedzielę w Modlnicy troszkę po przebywać i na tarasie do słonka się wygrzewać. Moje kostki zdecydowanie lubią taką pogodę.
Za to moje brzusio zdecydowanie nie lubi….tortów, jeszcze dzisiaj rano trochę się buntował.
Żadnych kremów, żadnych mas tortowych, nawet, gdyby były super mniam – mniam.
Nie da się ukryć, jednak najlepszy jest taki wypiek, który sam, własnymi rączkami zrobisz, żaden cukierniczy wyrób do niego się nie umywa. Wiadomo, jeżeli któraś z gospodyń nawet robi swoje wypieki dla obcych, zawsze nie są one tak do końca dopracowane, dosmaczone, przecież w sumie na czymś trzeba zarabiać.
Miałam pokusę zamówić  u MADAME MIAN – MNIAM na święta, a dokładnie na moje imieniny, tort Fedora, z którym mam bardzo rodzinne wspomnienia.To był ulubiony tort mojej Mamusi i trzeba przyznać, że w jej wykonaniu był niezaprzeczalnie znakomity. Nie jestem pewna, czy ktokolwiek byłby w stanie sprostać takiemu zadaniu, nawet ja.
Cała tajemnica tego tortu tkwi w trzech masach: orzechowej, migdałowej i czekoladowej, które są wykładane kolejno na trzy warstwy opłatków, takich cieniuteńkich, przeźroczystych. Nie wiem, kto wypieka takie blaty opłatkowe, wiem, że na pewno siostry zakonne, na przykład Felicjanki, bo z nich robią  kościelne komunikanty. Nie jestem pewna, czy zechciałyby dla mnie je też wypiec?

Ach te  dawne bale, urządzane na dole, w naszej pracowni RTG.
Obszerna, pięknie ubrana kwiatami, girlandami i  świecami poczekalnia służyła za salę balową, tam odbywały się wszelakie tańce. W gabinecie Ojca rozłożone były potężne, dębowe stoły, pięknie ubrane nieskazitelnie białymi obrusami i kwiatami, a na nich stała porcelanowa, rodowa zastawa, kryształowe szklanki i kielichy  i oczywiście srebrne sztućce.
Goście zawsze byli przednim, więc nie trzeba było po uczcie liczyć pozostałych sztućców.
Na ogół wszystkie potrawy przyrządzane były w domu, a więc i szczupaki i karpie w galaretach, sałatki, zimne mięsiwo i dobrane do niego wszelakiego wspaniałego smaku sosy, oczywiście nie wspominam już o goracych wspaniałych, wymyślnych daniach i o deserach.
Własnie jednym z ulubionych tortów mojej Mamy był tort Fedora (stąd mam do niego taki sentyment), oraz obowiązkowo tort orzechowy i kokosowy.
Do tego dochodziły wyborne trunki, starannie dobierane do każdej potrawy, oraz inne ciepłe i zimne napoje. Nie, nie było wtedy ani Coca Coli, ani horteksowych soków, podawano kruszony, oraz  soki, wyciskane z prawdziwych owoców.
Pośród gości uwijali się kelnerzy, elegancko szumiąc nieskazitelnie białymi i sztywno wykrochmalonymi serwetami.
To były bale, trwały od późnego  wieczora, aż do białego rana.
Ja, jako dziecko, nie mogłam oczywiście w takim balu uczestniczyć, ale zawsze Mama pięknie mnie ubierała i sprowadzała na dół, abym grzecznie przywitała się z gośćmi (musiała się pochwalić swoją córeczką), a potem grzecznie wracałam spać do domku.
Ach, znowu mnie na wspominki wzięło, a wszystko to za  pomysłem o torcie Fedora, który mam wielką ochotę wypróbować, Może uda mi się  zrobić go na moje imieniny za dwa miesiące?
Tradycyjnie dotąd robiłam tort kokosowy, ale dlaczego nie  miałabym iść na ustępstwa? Tym bardziej, że zawsze mogę liczyć na pomoc mojej Kochanej Oliwki, ona także lubi eksperymentować w kuchni.
Oczywiście, mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kupić potrzebne wiktuały, zanim PIS wprowadzi w życie swój nowy pomysł – kartki na żywność.
To nie jest wcale żart, taki pomysł niektórym w tej wspaniałej partii własnie zakwitł w głowach.Tuptamy z całym impetem w tył, wprost do PRL-u.
Brakuje tylko rosyjskiej  kurateli  nad nami, ale i pewnie tego wkrótce się takiej doczekamy,  dzielnie  w tym własnie kierunku zmierzamy.
Tak więc jeszcze wszystko przed nami…… nieznane….

Mimo to dobrego dnia życzę