to nie jest mój dobry dzień

    

Zdecydowanie nie jest dobry, chociaż czwartek był nawet miły i przyniósł dobre wieści.
Chociażby i taką wiadomość od Uli, która  do mnie miła spłynęła, że jednak pamiętała o środzie, ale….no tak na wakacjach różnie bywa, człowiek cieszy się się miłymi chwilami. Pozdrawiam Uleczko Cię nad tym morzem 🙂
Ale to było wczoraj.
Dzisiaj jestem zła i „uboleśniona”, więc jak można mieć dobry humorek i w dodatku blog pisać? Musiałabym wszystkie brzydkie wyrazy powtarzać po kilka razy i…straciłabym tę dobra reputację, hi, hi.
Więc nic dzisiaj ciekawego nie napiszę, trudno, na  moje przemyślenia musicie poczekać troszkę.
Niech weekend będzie wspaniały, chociaż zapowiadają niestety i burzowy i deszczowy i do….niczego.
Pewnie dlatego tak się czuję, jak się czuję.
Ale przecież nie zawsze musi być różowo, prawda?
Głowa do góry

Kaszuby – piękna kraina

 

 

Chyba taka piękna, że Ula nawet o blogu wczorajszym zapomniała? Nie miałam żadnego komentarza na blogu, co prawda mnie nie zdziwiło, ale nawet nie posłała mi MMM-są? Trochę dziwne.
Cierpliwie poczekam na jakąś wiadomość, mam nadzieję, że tam dobrze się bawi. I wcale to nie znaczy, że mam Uli za złe, że się nie odezwała, ani tym bardziej, że jej zazdroszczę. Nic podobnego, nawet się cieszę, że ma tyle okazji do wspaniałego odpoczynku na łonie natury.
A mi się po prostu już nie chce i już. Przecież pisałam wczoraj, że czuję się co najmniej o 10 lat starsza, niż tych lat już mam, a mam ich wcale nie za mało. Gdy idę ulicę i widzę te uśmiechnięte młode dziewczyny, mijające mnie prawie że biegiem tak sobie myślę : Boże, jak ten czas ucieka…. też kiedyś mijałam te wlokące się po chodnikach babcie i nie rozumiałam, czemu one tak człapią. Teraz już świetnie to rozumiem!!!! Znowu się skarżę? nie, tylko całkiem realnie opisuję warunki fizyczne osób starszych, które niestety z powodu wielu dolegliwości zaczynają być nagle ograniczone. Niektórym trudno się z tym pogodzić i wtedy przychodzi załamanie, jak to, już nie jestem taka wartka i szybka? już nie mogę na kolanach froterować podłóg (bolą kolana), ani dźwigać ciężkich zakupów(bolą ręce) ?  Al spora część osób w „słusznym wieku”, jak na przykład ja, zaczynają pojmować, że trzeba te niedogodności przyjąć dzielnie na swoje bary i trzeba z nimi się pogodzić.
I teraz już nie wstydzę się prosić kogoś o pomoc, na przykład, gdy ze stromych schodów koło mojego sklepu muszę znieść ciężką torbę. Do tej pory jakoś zawsze spotykałam się przychylnością, jednak nie wszyscy młodzi są zepsuci na tyle, żeby lekceważyć osoby starsze, chociaż w niektórych środowiskach takie osobniki niestety wciąż  występują.
Najważniejsze jest jednak, żeby obojętnie na wiek nieść na  swoich ustach uśmiech, a lico ogarnięte było pogodą ducha. Wtedy życie staje się łatwiejsze i nawet te niektóre niedogodności stają się mniej dokuczliwe. Ot, to tylko takie czwartkowo poranne moje dywagacje o starości, chociaż duchem wcale stara się nie czuje.
Oj chciałaby jeszcze dusza do Raju, tylko………kości nie pozwalają ha, ha, ha

Pogoda na szczęście dzisiaj jest całkiem przyzwoita, przynajmniej poranek jest słoneczny, mam nadzieję, że tych słonecznych promieni starczy i na resztę dnia. Tym bardziej, że przestałam się już tak bardzo przejmować tym, co się wokoło Polski dzieje.
No własnie, co tam panie w polityce? Ano PIS nadal twardo trzyma, obiecują, obiecując, obiecując i rozdając pieniądze, które niestety kiedyś nasze dzieci, wnuki i pewnie prawnuki zgrzytając ze złości na głupotę i naiwność  swoich dziadków, spłacać będą.
Ale tym Pis nadal przy władzy się utrzymuje, dodając jeszcze nienawiść wobec Niemiec, występując o reparacje wojenne  I tak nigdy tych pieniędzy nie dostaniemy, ale co im zależy grać na antyniemieckich sentymentach, skoro im to sukces przynosi? Przynajmniej do pewnego czasu, bo nie wiem, czy uda się im te 80 procent Polaków zniechęcić do Unii i  skutecznie przeprowadzić Polxit, tak jak zamierzają. Niby obłudnie opowiadają się za Unią, ale czynią wszystko, żeby jak najszybciej nas stamtąd usunęli. No i wtedy usłyszymy, jak ta Unia jest niedobra i niesprawiedliwa, najbardziej oddany im kraj oddalili precz Ciemny lud znów uwierzy, ale może już nie te 40 procent koniecznie?.
Niestety wciąż spora część Polaków daje się chwycić na pisią propagandę, a przy okazji słaba opozycja nie pozwala, by coś w Polsce zmienić.
Ale do czasu, do czasu….

No dobra, mamy piękny czwartek i dobre humory, więc nie będę już o polityce truła, tylko życzę przyjemnego dnia.

mała odmiana

 

Dzisiaj mała odmiana Uleczko. Do malutkiej, ślicznej róży dołączyłam filiżankę wspaniałej porannej herbatki z życzeniami pięknego dnia. A wiem, że jest u Ciebie piękny, bo taką własnie wiadomość z Kaszub, gdzie przebywasz, od Ciebie otrzymałam. I bardzo Ci za tę wiadomość dziękuję i jeszcze więcej promyczków słonecznych podsyłam, bo i u nas w Krakowie słonko świeci, co prawda czasem chowa się za chmurką, widać w chowanego z nami się bawi.
No więc wszystkiego dobrego na czas kaszubskich zabaw Ci życzę i do  „zobaczenia” za tydzień już w Poznaniu, oczywiście tylko niestety na blogu.
Ale kto wie….

Dzisiaj od rana miałam zabiegany dzień, dlatego dosyć późno za mojego bloga się zabrałam, nic nie szkodzi, zdążę na czas.
Środa to dzień moich kwiatków, muszę je wszystkie dobrze napoić (niektóre widać za dużo, bo od razu „siusiają”, przeglądnąć listki i usunąć te nieco przywiędłe.
Gorzej jest z fiołkami, już nie jest dobra pora na nie i już całkowicie kwiatuszki potraciły, będą widać tak sobie wegetować przez jesień i zimę, a na wiosnę znów moje oczy szafirem  i bielą ucieszą.

Poza tym przyszedł jeszcze do mnie z Orangu kurier i przyniósł mi nowa umowę na internet mobilny, a prócz tego ruter do telefonu, tylko….. zupełnie nie mam pojęcia jak to „ustrojstwo” włączyć, jakieś baterie, karty Sim i nie wiadomo co jeszcze, ale od czego mam dobre bratnie dusze? Już poprosiłam Ksawera i dzisiaj podjedzie do mnie i to całe urządzenie mi uruchomi. Będę miała w takim razie lepszy zasięg internetu w tych miejscach, gdzie go nie mogę złapać, chociażby na skwerku koło Parku. Zupełnie nie rozumiem, skąd się te „dziury” w eterze tam biorą, ale czasami nie  mogę  tam złapać internetu. Przecież dotychczas i w Parku i w jego okolicach nie miałam takich trudności.
Widać ktoś skradł stamtąd nadajnik he, he, he.
A co poza tym?
Ano nic ciekawego, ani tym bardziej dobrego, przynajmniej dla mnie. Nie będę się powtarzać, ale ten ból rąk i nóg staje się już dla mnie bardzo dokuczliwy, nie dość, że się budzę co chwilkę w nocy, to i w dzień mam ograniczone bardzo ruchy. Czuje się, jakby ktoś nałożył na mnie jakieś kraty i silnie je ścisnął. Muszę coś z tym zrobić, bo w porównaniu ze stanem mojego zdrowia sprzed roku, „posunęłam” się nie o rok, ale co najmniej o lat 10. Oczywiście na niekorzyść.
Pewnie gdy Maciek powróci już z wakacji poproszę go o wizytę u reumatologa, może ten chociaż troszkę mi ulży?
Zażywam codziennie ten Nimesil, ale trochę się tego obawiam, bo Nimesil podobno bardzo psuje wątrobę. Dlatego każdego rana długo się zastanawiam, zanim otworze tę saszetkę i wsypię do szklanki, ale co jest lepsze?  chora wątroba, czy ten nieznośny codzienny ból? Trudny wybór……

Wczoraj Basia przyniosła mi  ten lek z kolagenem,  Revifleksin, dzisiaj go zainaugurowałam , pyszny jest, smakuje jak koktajl brzoskwiniowy, tylko czy na pewno jest taki skuteczny na te stawy, jak zapewniają? Ale jakoś te chrząstki muszę odżywić, może wtedy kości nieco odpuszczą, gdy „zobaczą”, że o nie dbam?
Tylko muszę jeszcze bardziej uważać teraz przy chodzeniu, każdy upadek dla mnie to nowy ból, a już ich mam tak spora kolekcję, że więcej już ich nie potrzebuję…..

Dzisiaj mija 51 rocznica śmierci mojej Ukochanej Babci Tamtej Mamy, o której już nieraz w moim blogu wspominałam.
I dla Niej z tej okazji dzisiaj zamieszczę  to wspomnienie:

 
Nie tylko Ulce ale Wam wszystkim życzę miłej i ciepłej, niestety już jesiennej środy.

Deszcz

 

 

Zawsze na mnie działa deprymująco. Już nie mówiąc o bólach, które mnie podczas deszczu nękają, nie będę się powtarzać, już wczoraj o tych moich bolączkach pisałam, zresztą i tak znów mam niedospaną z powodu dolegliwości rak i nóg noc.
Nic to, dwie kawy może na nogi mnie postawią, środki przeciwbólowe nieco ból ukoją, ale złego nastroju nikt i nic nie jest w stanie mi poprawić, niestety.
Ale nie o moich nastrojach chcę pisać.
Kiedyś koleżanka, która również podobnie jak ja cierpi na  zwyrodnieniowe bóle kolana poleciła mi lekarstwo, które zapisał jej chirurg. Są to saszetki przeciwbólowe  Reviflexin:


Co prawda jestem bardzo sceptycznie nastawiona do tych wszystkich medycznych „rewelacji”, bo gdy raz natura już coś zepsuje, raczej jest to nie do odtworzenia, ale….   tonący brzytwy się trzyma, czemu nie wypróbować jeszcze i tego leku? Nic w nim niby specjalnego nie ma, trochę, kolagenu, trochę witaminy C…. No to w czym problem?
W cenie. W aptece, w której zamówiłam ten preparat kosztuje on 60 zł ( za 30 saszetek, czyli za miesięczne leczenie, bo pije się tylko jedną saszetkę dziennie).
Ale Basia (ta koleżanka własnie) kupiła ten lek w swojej aptece o 30 zł taniej. Obiecała, że się popyta w tej aptece u siebie i rzeczywiście kupiła m ten lek o połowę taniej.Trochę w tej „mojej” aptece byli niezadowoleni, że najpierw zamawiam towar, a potem go odmawiam, ale przecież nikt nie może mnie zmusić, abym dwukrotnie przepłaciła za ten lek, prawda? Przecież  za tę samą cenę mam teraz zapewnione dwumiesięczne, a nie miesięczne leczenie. Ale zastanawiam się, skąd są tak niesamowicie duże różnice w cenach leków? Czyli są apteki ekskluzywne, dla bogaczy i bieda – apteki, dla plebsu ( ludzi gorszego sortu???). Rozumiałabym różnicę 10 złotowa nawet, ale dwukrotne przebicie???? nie mieści mi się to w głowie.
Deszcz nadal pada, humor mam coraz gorszy mimo wypitych dwóch kaw, o Nimesilu nie wspomniawszy, czyli jest….. no dobra, O.K., niech będzie.
Zawsze mogłoby być jeszcze gorzej prawda?
Ale wena do pisania mojego blogu zbliżyła się do zera, więc tylko spokoju na wtorek wypada mi życzyć.

BÓL

 

 

 

Ból – permanentna część mojego istnienia.
Ostatnio staje się już naprawdę bardzo trudny do wytrzymania.
Od rana do wieczora, przez całą noc i znów zaczyna się  następnym porankiem. Nie ma na niego mocnych!!! Po ostatnim upadku dołączył się ten okropny ból obu rąk, od barków, przez łokcie i nadgarstki, aż po czubki palców.
Mam „uwiązane” ręce, ograniczone ruchy w barku (nie mogę,  nawet po głowie się podrapać, nie mówiąc o plecach), nie mogę za dużo dłońmi wymachiwać, a one są takie przecież na co dzień potrzebne. Nie tylko o pisania na komputerze, ale …..nawet czajnik elektryczny, czy puszkę z cukrem muszę podnosić obydwoma rękami, bo jedna ciężaru nie utrzyma. O pościeleniu łóżka nawet nie wspomnę, to dla mnie prawdziwe wyzwanie, wytrzepanie kołdry,  ułożenie jej w kostkę  i nakrycie łóżka kapą.   Ktoś powiedział : cierpienie uszlachetnia, nie koniecznie, dobrze że nie ma koło mnie nikogo, kto usłyszał by przEekleństwa, które wyrywają się coraz częściej  z moich ust, gdy nie mogę po coś sięgnąć, gdy każdy ruch mnie boli.
Ktoś powiedział : gdy kobieta po 60 rano się budzi i nic nie boli, to znaczy, że żyje.
A ja dziękuję za takie życie, ja chcę, by przynajmniej przez jakiś czas ten ból nie był tak niemiłosiernie nie do wytrzymania!!!
Jak wygląda mój poranek????: Zaczyna się od porannego rozruchu, czyli z wielkim trudem przyjęcie pozycji siedzącej, bo nijak nie można się przez te ręce oprzeć o łóżko, by normalnie wstać. Potem „rozruch” kolan, zwłaszcza tego bolącego, lewego i z trudem dowlekam się jakoś do łazienki.
Potem zażywam coś przeciwbólowego i stawiam wodę na kawę. Wydaje mi się, że już jest troszkę lepiej, ale to tylko krótka złuda, bo znów ból powraca. Dopiero po Nimesilu gdzieś  po około godzinie lekko zanika. Ale każdy mniej ostrożny ruch rękami i znów ten „nieprzyjaciel”  jest. Wyskakuje jak królik z kapelusza i …wcale mnie nie cieszy. Czasami nawet sobie lekko powyję z bólu, popłaczę, na szczęście nikt nie widzi, nikt nie słyszy.
Smutne i ciężkie jest takie życie w ciągłym bólu, staram się do niego przyzwyczaić, ale naprawdę jest bardzo trudno. Może  nie dobrze, że o tym tutaj piszę, ale gdzieś przecież podzielić się ze swoim bólem muszę, gdzieś muszę się wyżalić,
I proszę, nie radźcie mi „idź do lekarza”, to już nie działa, byłam u niejednego i nic prócz następnych proszków nie dostaję. Zresztą ból tych rąk jest na wskutek tego mojego ostatniego upadku i mam taką cichą nadzieję, że kiedyś przejdzie, podobnie, jak minął mi już ten ból stłuczonych żeber. Na to tylko potrzebuję troszkę czasu no i cierpliwości. A jak widać, tej ostatniej mi jakoś brak…..Ale jakoś radzić sobie muszę, zdecydowanie znów popieram korporacje taksówkarskie i tak będzie do czasu, gdy ból odpuści, gdy znów będę pewniejsza na ulicy…….
Jeszcze raz przeczytałam ten  mój wpis i zastanowiłam się, czy go „puszczę  Tak, czemu nie, przecież obiecałam sobie kiedyś, gdy zakładałam ten blog, że będę w nim pisała o wszystkim, co mnie dotyczy, nawet, gdyby nie było to nic przyjemnego. Bo takie jest życie, składa się z dni miłych i mniej miłych, i jakoś trzeba pomiędzy nimi się  w miarę zgrabnie poruszać.

Wstał słoneczny dzionek I całe szczęście, przynajmniej słonko dzisiaj do mnie będzie się uśmiechać.
A ponieważ dzisiaj jest poniedziałek, przesyłam Wszystkim same serdeczności nie tylko na dzisiejszy dzionek, ale i na cały tydzień

TRZYMAJCIE SIĘ   

Huragany

 

 

 

 

Kiedyś przeczytałam gdzieś w przepowiedniach, że  na wskutek  wielkich następujących po sobie kataklizmach Ameryka zniknie pod wodą.
Nie było długo czekać na te dramatyczne wprost prognozy. Huragan Irma nadal panuje nad Ameryką, zniszczył dwie karaibskie wyspy, Kubę, a teraz dociera do  brzegów USA, dokładnie uderzyć ma we Florydę. Są sprzeczne wiadomości, co do miejsca uderzenia, pierwotnie miał uderzy w sześciomilionowa aglomerację  Miami, więc wszyscy  mieszkańcy przenieśli się w okolicę Tampy, niestety okazało się, że  główne czoło huraganu ma własnie uderzyć w Tampę. Ludzie są zdezorientowani, nie wiedzą, w jaki sposób zabezpieczać swoje mienie, bo praktycznie nie istnieje żadne pewne takie zabezpieczenie, nie wiedza w którą stronę mają uciekać. Najbezpieczniej chyba dla nich byłoby uciekać do Europy, gdzie jak na razie tak wielkiej siły huragany nie zagrażają, ale……
Wcale nie jest łatwo pozostawić swój dobytek, wszystkiego, czego się przez całe życie dorobiło na pastwę losu. Bo prócz niszczycielskiej siły huraganu niestety i tam grasują  szajki szabrowników, wykorzystujących sytuację i chcących się na czyimś nieszczęściu wzbogacić.
Samo życie, bardzo podłe zresztą życie, grać na czyichś uczuciach, czyichś majątkach, nie wiem, czego tacy ludzie spodziewają się po życiu. Tak zdobyty majątek szczęścia przynieść nie może. Ale tak wydaje się tylko ludziom porządnym, tym, którzy nigdy nie odważyli bysie podnieść ręki na czyjeś dobro. Straszna jest ta świadomość możliwości zagłady życia, nie tylko zresztą przez żywioły, ale także i przez patologiczną wręcz politykę niektórych przywódców. Myślę tutaj o  zagrożeniu, które płynie z Korei Północnej. Tamtejszy  przywódca koreańskiego reżimu  Kim Dzong Un nie jest szalony, on po prostu traktuje broń atomowa jako swoją swoistą  polisę na życie, dopóki ją posiada , jest bezkarny. Chce, by jego głowice nuklearne dotarły do Nowego Jorku, bo w ten sposób będzie mógł szantażować Stany Zjednoczone. Już teraz Stany zdają sobie sprawę z tego, że wyprzedzający atak na Koreę Północną może skończyć się dramatem, bowiem Kim jest człowiekiem zdeterminowanym i na pewno nie zawaha się swojej broni nuklearnej odpalić, a to może oznaczać tylko następną, straszną w skutkach wojnę atomową. Również i Chiny są w sytuacji dosyć niewygodnej, bowiem zdają sobie sprawę z tego, że ich blokada polegająca na odcięciu od ropy naftowej oznacza co prawda klęskę dla Korei Północnej, ale Chińczycy obawiają się, że kraj ten ogarnęła by niewyobrażalna anarchia, co również mogłoby grozić wybuchem wojny.
Tak więc sytuacja polityczna na świecie jest całkiem niebezpieczna, co najgorsze, nie wyobrażalna w poczynaniach i późniejszych ich skutkach .
Tak to jet, gdy do władzy dojdzie fanatyk, który potrafi w dodatku wzbudzić w innych respekt i ślepe posłuszeństwo.
Bo chyba nie ma na świecie drugiego takiego państwa, w którym absolutna większość ślepo ulega jednostce i jej się poddaje.

Ale co ja Was tu straszyć będę, w dodatku w niedzielę, dzień relaksowy.Na razie wszystko to jest bardzo daleko od nas, na innej całkiem półkuli i miejmy nadzieję, że jednak rozsądek weźmie górę. Oczywiście jeżeli chodzi o politykę, bo z naturą niestety już nikt nie wygra.
Własnie przeczytałam, że odkryto następną czarną dziurę w naszej galaktyce, mogącej mieć wpływ na dziwne astronomiczne zjawiska, np na tzw kanibalizm galaktyk, polegających na wchłanianiu mniejszych galaktyk przez większe i tym samym ich powiększaniu, ale czy to bedzie miało tez i jakiś wpływ na to, co się dzieje na naszej ziemi????

Nie przejmujmy się tym tak strasznie znowu, będzie co ma być i tak nam wiecznego życia nikt nie zapewnił.
Dzisiaj odpoczywamy!!!

PLAMA

 

 

 

 

Dałam wczoraj plamę, nie da się ukryć.
Zazwyczaj piszę mój blog, a potem zamieszczam   link na Facebooku. Tak było i wczoraj, tylko…..jakiś złośliwy chochlik  umieścił go nie na moim profilu, a na profilu Fanów Czubaszków. Ot błąd, który zauważyłam dopiero wieczorem, gdy ktoś na tej stronie mój link polubił.
Oczywiście dobrze, że koleżanka Ilza była czujna i mnie o to spytała, szkoda, że dopiero wieczorem, bo temat, który tam poruszałam był bardzo ważny, troszkę psychologiczny, nie mniej dotyczył ważnej strony rodzinnego życia.
Dlatego tym, którzy nie mieli okazji wczorajszego mojego bloga przeczytać, polecam ten wpis, jest poniżej tego dzisiejszego.

Ba, o czym tu jeszcze napisać? Przyszły (niebawem) premier odwiedził wczoraj w Prezydenckim Pałacu  pana  pełniącego obowiązki prezydenta, chociaż ostatnio ten własnie sobie uświadomił, że dotąd był chyba  raczej tylko marionetką, takim Adrianem, który grzecznie w przedpokoju czeka, aż go przed oblicze najjaśniejszego omalże cara wpuszczą.Tupnął więc nogą (ten pełniący obowiązki, a nie przyszły premier) i tego drugiego postanowił u siebie przepytać co do dalszych losów naszej armii, naszych sądów  i nie tylko. Co z tego wynikło? Jeszcze zobaczymy, ale na pewno Beata już nie zamawia nowych broszek, czyżby teraz kot zaczął na ogonie broszki zawieszać??? Bo jednak Kaczyński chcący nie chcący, siłą rzeczy ( jak mawiała moja koleżanka Ania), musi wziąć w ręce stery rządów, żeby mu się taki tam jakiś prezydent nie plątał pod nogami i żądań nie wystawiał.
Ale uważam, że to bardzo dobry znak: przynajmniej zapowiada to rychły koniec rządów pis – partii, takiego naporu bzdur to już chyba tylko około 5-10 procent Polaków wytrzyma., tych najbardziej wiernych i tych najciemniejszych.
Zresztą Jarosław był już premierem w 2005 r i wiemy jak to się wtedy skończyło…..

Ale co tam polityka, grunt, że znowu całkiem przyjemnie za oknem się robi, słonko od rana wesoło nam świeci.

 

Niektórzy polecieli go szukać w ciepłych krajach, a tu proszę i u nas w Polsce  się znów pojawiło. Może to zapowiedź tej ciepłej złotej jesieni?
Ale fakt, listki już na drzewach żółcieją, brązowieją, ale dobrze, że jeszcze wciąż są na tych drzewach, gorzej, gdy potem pozostają gołe kikuty tylko, tak smutno od razu się na duszy robi.
Myślałam, że ten weekend spędzę w Modlnicy, niestety Jasiek nadal pozostaje w szpitalu i Magda musi się nim tam zaopiekować, nie może przecież siedzieć tam całkiem sam. Ale już jest dobrze, najprawdopodobniej już w poniedziałek Jasiek do domu powróci. Całe szczęście, że w takiej wstępnej fazie choroby dało się ją opanować.
Tak więc spędzę ten weekend w domku, przy otwartym na oścież balkonie, byleby znów jakiś gołąb do mnie nie zawitał i na kanapie nie osiadł.
Całe szczęście, że ten huragan Irma jest daleko od nas, bo rzeczywiście tragiczne skutki przyniosła, po takich Polska już by nigdy się raczej nie odbudowywała, skoro zawirowania na Pomorzu, które wystąpiły w ostatnich czasach wystarczająco szkód narobiło i teraz niesyte mieszkańcy sami musza się z tym problemem borykać.

Mam jeszcze kłopoty z tymi moimi łapkami, ciągle mam je „poprzetrącane”, dzisiaj miałam kłopot z otwarciem nowego słoika z kawą, ale od czego są sąsiedzi? Bieda, gdy coś człowiekowi dolega i nie ma nikogo pod ręką, ale jakoś trzeba sobie radzić, jak to powiedział pewien góral zawiązując  buta dżdżownicą.

A tak ogólnie to nie jest źle.
Więc życzę przyjemnej soboty, wspaniałych słonecznych spacerów, a może i jakiś grill w niejednym ogródku popołudniowa porą będzie rozpalony, a ludziska biesiadować wesoło sobie będą? Trzeba wykorzystać dobra ku temu porę, bo potem może już być deszczowo.
No to wszystkiego dobrego na cały weekend.

chyba czegoś nie rozumiem……

 

 

 

 

Jak to jest z tą miłością? Istnieje ona, czy to tylko wymysł powieściopisarek i reżyserów niektórych filmów, seriali?
Jest on i ona, poznają się, motyle zaczynają fruwać w brzuchu, chyba tylko u niej, bo jakoś nie słyszałam, żeby panowie o motylach wspominali, są piękne, romantyczne spacery, kolacje przy świecach, skowronki śpiewają, muzyka (cygańska) gra w oddali, no wspaniałe zatem chwile.
A potem podejmują  decyzję o wspólnym długim i szczęśliwym życiu. Jest ślubna obrączka, panna młoda spowita w białości, masę gości, kościół i sakramentalne słowa : I że nie opuszczę Cię aż do śmierci- tak mi dopomóż Bóg. Biedny Bóg, tyle razy jest potem oszukany przez niedotrzymanie dawanej obietnicy w Jego obliczu. A potem  jest miesiąc miodowy : miód i miłość leją się wartkim strumieniem, wydaje się nigdy nie kończącym się.
Własnie  a’propos : Dziecko pyta mamę : mamo, a co się staje z tym miodem z miesiąca miodowego?
A on cały potem wsiąka w tatusia i robi się z niego stary piernik – odpowiada mama………  ha, ha, ha.
No własnie, potem przychodzi ta proza życia, te dni pełne kłopotu i nieraz łez, praca, albo nagle okazuje się, że bardzo łatwo ją utracić, dzieci, a jednak i okazuje się, że to jest całe mnóstwo kłopotów, od chorób począwszy, po naukę skończywszy, a po drodze tyle jeszcze innych tarapatów z naszymi pociechami i nie tylko z pociechami.
Dni upływają, miłość też, niestety. Dobrze wtedy, gdy jeszcze prócz miłości pozostaje pomiędzy małżonkami przyjaźń, ona pozwala te wszystkie ciężkie dni przeczekać i wyjść na prostą, wciąż jeszcze wspólnie. A jednak często nie jest tak pięknie, tak różowo, jakby się wydawało, On lub ona spotka kogoś drugiego, z którym życie wydaje się, że będzie lepsze, łatwiejsze. Bo to znów jakaś nowość, znów motyle w brzuchu się zalegają, znów człowiek ubiera różowe okulary i taki  świat widzi. A stara żona, czy stary mąż? a dzieci? Oni pozostają gdzieś tam w oddali, niby są, ale tak, jakby ich nie było, już nie są tymi najważniejszymi ogniwami w naszym życiu, już ktoś inny zamieszkuje w naszym sercu, w naszej głowie. Żyje się przecież raz!!!!
A dlaczego teraz o tym piszę?  Nagminnie oglądam te wszystkie seriale, w którym miłość płynie jak rzeka  pełna czerwonych serduszek,  jest wielka, niezatapialna i potrafi wszystkie kłopoty pokonać. No prawie wszystkie, bo i w serialach ludzie też od siebie odchodzą, ale jednak zawsze to miłość zwycięża.
Ba, żeby to wszystko było takie proste………..A może jednak na tym się nie znam, właściwie, gdy tak dobrze popatrzę za siebie, to chyba nigdy jednak tak prawdziwie nie byłam zakochana, to wszystko, co za miłość brałam, to były tylko moje wyobrażenia o niej. Przecież przemijały, a teraz, gdy raz jeszcze spojrzę na te osoby, które przewinęły się przez moje serce, są one mało ważne, nie warte moich wspomnień…….
To już było, minęło, nie powróci…..   I  bardzo dobrze, że nie powróci, bo nie dałabym sobie na pewno z tym rady.
Dostałam ostatnio na Skype taką życiową mądrość, która tak własnie brzmiała:
Jeżeli któregoś dnia zaprosi cię smutek, powiedz mu, że jesteś już umówiony ze szczęściem i zamierzasz mu być wierna przez całe życie.
I tak własnie smutkowi odpowiadam: Jestem szczęśliwa, no prawie szczęśliwa, gdyby jeszcze ten Pan Ból mnie tak nie męczył…..
Szczęśliwa, bo nie mam dylematu tych porzuconych kobiet, których  mężowie po wielu latach wspólnego życia, niełatwego, ale wspólnego, nagle wymieniają je na nowy model.
Nie muszę się martwić, jak nakarmić swoje dzieci, jak im wytłumaczyć, że Tatuś je kocha, ale….woli inną panią, bo ona jest zabawniejsza, młodsza, ma pasje, które jemu się podobają, bo ma czas na ich  rozwijanie, skoro nie jest otoczona dziećmi i kłopotami dnia codziennego…..
Ech, jestem niesprawiedliwa, bo przecież i kobiety też nagle doznają objawienia upływających lat……. dla kobiet to jet bardziej chyba nawet niż dla mężczyzn bolesne, bo inaczej jednak starzeją się kobiety, inaczej mężczyźni, oni nawet w wieku starszym stają się nawet coraz bardziej atrakcyjni.
No to taka kobieta szuka jeszcze potwierdzenia  swoich kobiecych wartości w ramionach innego mężczyzny, ale to tylko złudzenia, to chwila, niestety czas ucieka, zmarszczki się pokazują coraz szybciej, nawet spod warstwy kremu, czy botoksu wystają…..

Właściwie o czym jest ten mój dzisiejszy wpis?
O szczęściu, o miłości, o poszukiwaniu w życiu tego, co już uciekło i nie chce powrócić.
A piszę to wszystko z pozycji kobiety słusznej wiekiem, wiele widzącej, wiele słyszącej i wolnej od wszelakiej złudzeń, więc jednym słowem realistycznie spoglądającej na to nasze życie.
I cieszę się, że wiele takich  przeżyć  mnie ominęło, jestem teraz całkowicie wolna, bez dylematów, ale i bez złudzeń, a czy te są rzeczywiście  potrzebne człowiekowi do szczęścia?

Życzę miłego piątku 

i znów wstał nowy dzień

 

 

Jesień jednak mnie przygnębia. Zdecydowanie za tą porą roku nie przepadam, za zimą zresztą też nie. Jak dla mnie, mógłby być ciągle ciepły maj i piękny czerwiec.
No może ewentualnie kwiecień, bo co prawda on plecie tę pogodę, ale….jest to miesiąc moich urodzin.Chociaż z drugiej strony czym tu się w moim wieku cieszyć? Że lat przybywa, że jest coraz bliżej……
Właśnie to jest ten moment do którego każdy nieuchronnie zdąża i okropnie się go boję. Niedawno moja Koleżanka z Facebooka zamieściła bardzo ciekawy tekst, który teraz przytoczę, przepraszam Ewa, że tak bez pozwolenia, ale..

 

Jeżeli nie wierzą w Boga/Istotę/ (…), to przecież mają/powinni mieć świadomość, że po śmierci nie ma nic. Po co (dlaczego) się wobec tego tak pocieszają?

 

Mam znajomych, którzy nie wierzą w Boga (nie ma znaczenia jak się ten Bóg nazywa) i życie pozagrobowe. Na fb to chyba większość z moich znajomych jest niewierzącymi, ale … gdy ktoś umiera (bliski lub lubiany i znany), to pocieszają siebie i innych tymi słowy:
– jest już po drugiej stronie
– jest już w lepszym świecie
– gra X z Y razem np. w scrable
– zobaczymy się kiedyś
– itp. 
To jak to z nimi jest? Są wierzący, czy nie?

Odpowiem takk, jak napisałam w komentarzu na Face : powinnam wierzyć, że istnieje życie po życiu, Miałam mnóstwo dowodów na
swoistą opiekę moich Najbliższych, niemożliwe jest to, że to był zwyczajny przypadek, takie tak często się nie powtarzają.
A jednak….  mam też mnóstwo wątpliwości, bo przecież nikt stamtąd nie wrócił i nie powiedział, jak tam rzeczywiście jest. Co prawda czytałam książkę „Życie po życiu”, oraz całkiem niedawno, o czym już wspominałam, książkę „Dowód” – obie dotyczyły wspomnień osób, które znajdowały się w śmierci klinicznej, czyli praktycznie były już jedną nogą na tamtym świecie i ich wspomnienia są pełne miłych doznań, które tam doznały. Tylko, że przeczytałam gdzieś także, że w czasie obumierania mózgu, a na tym polega przecież śmierć, następują szybkie przemiany, w czasie których wyzwalają się z niego przeróżne hormony, które mogą powodować halucynacje.
Więc jaka jest prawda? To tylko omamy, czy jednak „Tam” coś jednak jest?  Chyba sami musimy się doczekać na ten moment (oby nie za szybko!)
Przytoczę tu jeszcze wspomnieniem mojego przepięknego snu, którego doznałam w wieku lat 10, niedługo po śmierci mojej Mamusi.
Kiedyś już opisywałam ten sen, ale był taki piękny, że raz jeszcze o nim wspomnę Byłam na polu, na którym nic nie rosło, nagle pokazał się z ziemi jeden kwiatek, który rósł i rósł, a z niego wyszła moja Mamusia. Akcja przeniosła się do mojej kamienicy, siedzieliśmy wszyscy z Nią koło windy i wesoło rozmawialiśmy, ale wreszcie Mama powiedziała, że już musi odejść. Znów byłyśmy obydwie na tej samej  łące. Spytałam się Jej : Mamusiu, powiedz, jak Ci tam jest (czyli miałam świadomość, mimo mojego młodego wieku, że Ona nie żyje: Odpowiedziała krótko : nie mogę Ci tego powiedzieć, jak tam jest, ale powiem Ci tylko, że jest mi dobrze i jestem szczęśliwa.  Po tych słowach Mamusia oddaliła się ode mnie, zamieniała się w kwiatek, kwiatek znikł, a ja się przebudziłam.
Czyli dostałam zdecydowaną odpowiedź : istnieje nasze drugie, bardzo szczęśliwe życie. Ale czy to była prawda, czy tylko to były marzenia małego dziecka???

Teraz zmienię temat : Muszę się przyznać, że znów zaczynam się bać chodzić po ulicy. Wydawało mi się, że ten lęk już opanowałam, jednak po ostatnim upadku znów ta fobia do mnie powróciła.
Przecież chodzę naprawdę ostrożnie (tak mi się przynajmniej wydaje) i pomalutku, a jednak…..
Na pewno te nieszczęsne zawroty głowy są też przyczyną tego mojego złego nastawienia do spacerowania, no i te nierówne chodniki.
Chociaż muszę przyznać, że wybieram raczej takie drogi, które są proste, bez żadnych dziur i kantów od wystających płytek.
No ale na te nieszczęsne zwroty głowy nic już nie poradzę, czasami niestety mnie zepchnie w którąś stronę chodnika i wtedy tracę równowagę.
To może rzeczywiście przełamać wstyd i zacząć chodzić z laseczką?
Tylko kto widział 67 letnią kobietę z laską, jakby staruszką jakaś była?
Większość kobiet w tym wieku przeżywa drugą młodość, biega z kijkami, chodzi na dancingi, na piesze długie wycieczki, a ja sobie laskę wymyśliłam. Też coś !!!!!!
Ale z drugiej strony, wstyd wstydem, ale bezpieczeństwo jest chyba ważniejsze,
Chociaż najpierw musiałabym nauczyć  się chodzić z tą laską, bo nie wiem, czy przez nią nie miałabym jeszcze więcej kłopotów.
Na razie odkładam temat do „następnego razu”, który mam nadzieję szybko nie nastąpi.

Nowy dzień okazał się bardzo ponury i w dodatku bardzo wietrzny, ot, taki typowo jesienny, taki, jakich nie lubię.
Ale zażyłam już sobie Nimesil – moje niezawodne lekarstwo na bóle wszelakie i…..
No własnie i…chyba jednak dzisiaj podjadę do pracy taksówką. Wiem, że to kosztuje, ale czasami nerwy są jeszcze bardziej kosztowne.
Znów musi minąć parę dni, gdy opanuję ten swój lęk……

Mimo szarości dnia życzę Wszystkim kolorowego i wesołego jednak czwartku, bez trosk i kłopotów.
No i  tradycyjnie :  do jutra

jak ja kocham te środy

 

Kocham, bo są pełne róż, serduszek i ciepłych słów dla i od Ulki.
Uleczku, jesiennie już Cię pozdrawiam, bo o lecie chyba musimy już zapomnieć.
Ale nic to, jesień też potrafi czasami być i ciepła i miła, a na pewno bardzo kolorowa, oczywiście  gdy nie pada deszcz i nie ma tych okropnych chmur, które malują nasz świat w odcieniach szarości. Ale każda środa, nawet ta w deszczu skąpana, lub śniegiem sypiąca, jest wesoła i kolorowa, bo pełna jest odcieni róż i pełna naszej Przyjaźni.
I tak już będzie aż do wiosny, gdy wszystko znów wokoło pięknie zakwitnie, a także i od nowa będzie kwitła nasza Przyjaźń.
Serdeczne całuski Ci z Krakowa posyłam Uleczko, wplatam nieśmiało w nie nikłe promyczki słonka, może chociaż u Ciebie w Poznaniu rozbłysną, i  ciągle przypominam, że zaproszenie do mojego pięknego miasta jest zawsze aktualne !!!

Martwię się o Jaśka, syna Magdy, bo wczoraj wylądował w szpitalu z podejrzeniem zapalenia opon mózgowych. Biedny Jaśko, kują go co chwilkę, mierzą temperaturę i „dręczą” nawet w nocy, a dzisiaj prawdopodobnie będzie miał punkcję. Całe szczęście, że może z nim być Magda. Rzeczywiście Szpital Jana Pawła II w Krakowie jest na bardzo wysokim, europejskim poziomie i to pod względem lecznictwa, jak i warunków tam bytowania. Jasiek leży na oddziele  neuroinfekcji, na oddziele dziecięcym, ale jest to całkiem ładna, przestronna sala z łazienką i co najważniejsze dla matki dostawili tam łóżko z pościelą, tak, że w bardzo godziwych warunkach może ze swoim synem tam Magda  całą noc przebywać, nie jak dawniej bywało, na podłodze, czy na niewygodnym krześle, ba, nawet może zamówić w szpitalu dla siebie catering, oczywiście płatny, ale nie musi wychodzić na zewnątrz by coś zjeść, a przecież przebywa tam całą noc, kawałek dnia (drugą połowę dnia pilnuje Jaśka tata Jacek) no i znów wieczorem do niego powraca.
Jasiek jest bardzo, bardzo dzielny, wszystkie badania znosi  z wielkim zrozumieniem, że tak musi być. Mam nadzieję, że szybko uda im się opanować to wstrętne choróbsko.
Co prawda jest początek roku i nauki jeszcze nie za wiele, ale teraz Jasiek przeszedł do siódmej klasy i rozpoczyna kilka nowych przedmiotów, źle, że akurat na początku będzie miał zaległości, ale na pewno szybko je nadrobi, bo to bardzo bystry i mądry chłopak.
Jak bardzo trzeba być czujnym, żeby tak szybko wychwycić chorobę, zanim się rozwinie, szczególnie u dziecka. Przecież ból głowy i wymioty mogły być spowodowane zwyczajną infekcją, tzw grypą żołądkową, ale jednak coś Magdzie się nie spodobało, że ten ból głowy się nasila i natychmiast wczorajposzła z Jaśkiem do lekarza, a tam nakazali szybko udać się do szpitala.
I całe szczęście, bo lekarze uchwycili sam początek choroby i nie pozwolili się jej rozwinąć. Jednak trzeba nieć rękę na pulsie i uważać, bo czasami pozornie błaha choroba może być początkiem niezłych chorobowych kłopotów.

Jak już pisałam, jesień na całkiem dobrze się nam usytuowała, jest nie tylko pochmurnie i czasem deszcz pada, ale jest przede wszystkim całkiem zimno.
A tak niedawno jeszcze narzekaliśmy na upały…

Obie łapki nadal mnie bolą i nie mogę normalnie nimi się posługiwać, mam  uczucie, że są takie poprzetrącane. Widocznie przy upadku tak nieszczęśliwie uderzyłam obydwoma łokciami o twardy chłodnik, że podrażniłam nerwy, które od łokcia prowadzą do dłoni, niby jest lekka poprawa, ale wciąż ręce są takie „nie moje”. Najgorzej, że nie mogę nic dźwigać, a tu muszę porządne zakupy zrobić.
Oj przydałby mi się taki wózek na zakupy teraz, przydał……Ha, ha, a może jakiś fajny umyślny, który by te zakupy do domu przytargał, tylko gdzie takiego szukać????

Przyjemnej środy życzę, niech to zimno nie zmrozi Waszych uczuć, Waszej radości, Waszych uśmiechów. Co prawda do wiosny jeszcze bardzo daleko, ale przecież nasz kraj  słynie ze złotej polskiej  jesieni, no to czekamy na to słonko i cieplejsze podmuchy wiatrów.