no i…..

 

 

 

 No i…… mamy piątek. Jaki to miły dzień tygodnia, prawda? 

No i……  stanęłam wczoraj na wadze i….oniemiałam. Jednak ta waga Moniki nie kłamie, na tej wadze, na której zazwyczaj się ważę też już ważę tylko 77 kg, czyli od operacji schudłam 47 kilogramów, od początku procesu odchudzaniu aż 58 kg, bardzo dużo, prawie drugie tyle, co moja obecna waga.
Ale ciekawe, od ostatniego mojego pobytu na Klinice Endokrynologicznej schudłam aż 7 kg, a przecież nie było to wcale tak dawno, bo jakieś nie całe 2 miesiące temu.
Widocznie dieta złożona z jedzonka gotowanego na parze wyraźnie służy mojemu procesowi zwalczania wagi. Nie wiem, jak długo jeszcze uda mi się chudnąć, najważniejsze tylko, żebym nie przytyła z powrotem, ale to raczej nie możliwe, bo mój brzuch dobrze stoi na straży diety, nie odpuszcza, gdy jest trochę za duża porcja. W każdym bądź razie moje wyliczone  BMI oznacza już nie otyłość, a nadwagę. No, ale jeżeli jeszcze schudnę „tylko” te 11 kg będę miała wagę prawidłową.
Ale by to była heca, co??
Wcale nic specjalnego nie czynię, po prostu nauczyłam się inaczej niż dotychczas jeść i co ciekawe, wcale mnie nie ciągnie do żadnych tłustych potraw, nawet, kiedy przechodzę koło stoisk z kebabami, frytkami, czy hot dogami muszę zatykać nos, bo takie jedzenie mi po prostu śmierdzi, zwłaszcza ten zapach wrzącego oleju doprowadza mnie do mdłości. Co do słodyczy, to czasami mam jakieś takie ciągotki, ale jeżeli już zjem kawałek czegoś słodkiego, np tortu czy domowego ciasta, to w naprawdę  bardzo malutkiej ilości, więcej mój żołądek nie przyjmuje, woła dosyć, veto, już mi takiego jedzenia nie dawaj.
Zresztą co jakiś czas smaki mi się zmieniają i jak jeszcze niedawno lubiłam kisiele, teraz do nich wcale zbytnio mnie nie ciągnie. Po jabłku zresztą też niezbyt szczególnie się czuję, za to wczoraj w ramach eksperymentu schrupałam surową marchewkę i….. zobaczę dopiero dzisiaj jaki tego będzie skutek.
Ale raczej nie powinnam jeść ani surowej marchewki, ani surowego jabłka. Na razie mam etap, że moim przysmakiem jest grzanka cienko posmarowana Ramą.
Wczoraj Zojka ściągała mi stare hybrydy z paznokci i zakładała nowe, znów co najmniej  2 tygodnie będę miała ładne paznokietki. Z tymi hybrydami to jest troszkę roboty, zaczynając od  zdejmowania starego lakieru, co wcale nie jest łatwe, bo trzeba każdy paznokieć osobno zawinąć w gazik, zamoczony w zmywaczu koniecznie z acetonem, a następnie we folię aluminiową i trzymać takie „srebrne szpony” około 10 minut. Wyglądałam z tymi acetonowymi okładami jak wampir Nosferatu. Po upływie 10 minut  trzeba wziąć patyczek i delikatnie zdrapywać stary lakier, co wcale nie jest aż takie łatwe, ale dopiero wtedy można zabrać się do zakładania nowych hybryd: oczywiście trzeba najpierw przypiłować paznokcie, potem specjalnym pilnikiem wypolerować
płytkę paznokcia i dokładnie zmyć specjalnym płynie. Potem daje się na paznokieć podkład i trzyma się w specjalnie do tego przeznaczonym osuszaczu, pod lampką, najpierw jedna ręka, potem druga ręka, na końcu dwa kciuki. Gdy lampki już zgasną można kłaść pierwsza warstwę lakieru, podobnie jak poprzednio, najpierw jedna ręka, potem druga, każdą osobno się wsadza pod lampkę, na koniec kciuki. Po wysuszeniu w podobny sposób kładzie się drugą warstwę lakieru, znów suszy i na to na koniec daje się utrwalacz i znów łapki wędrują kolejno pod lampkę. Na koniec raz jeszcze przemywa się każdy paznokieć tyn samym płynie, co na początku, aby usunąć ewentualne zabrudzenia, nie naruszając oczywiście lakieru. Tak więc jak widać, roboty przy tym kosmetycznym zabiegu jest sporo, ale za to jaki efekt…….
Tym razem Zojka wybrała mi kolor ciemno fioletowy, śliwkowy i bardzo mi się spodobał.
Pewnie, że można jeszcze powymyślać na takich paznokciach różne wzory, można posypać złotkiem, czy też tak, jak niektóre panie robią, można malować co drugi paznokieć w innym kolorze, ale ja wcale nie chcę żadnych takich udziwnień, wystarczy mi taki kolor, jaki mam. Takie „wynalazki” są dobre raczej tylko dla młodych  dziewczyn, a nie dla statecznych  pań w słusznym wieku.
Chociaż cholewka, wcale nie czuję, że tyle tych lat już mam, ciągle się czuję duszą taka młoda…..
Żeby tak zawsze można być młodym, pięknym, zdrowym i do tego mądrym i mieć zawsze wspaniały humor…..

Wczorajszy dzień był tak pięknie wiosenny, była nareszcie ciepło, słoneczko grzało, ptaszki wesoło świergoliły, aż miło było z domu wychodzić.
Dzisiejszy dzionek zapowiadają podobny, niech więc będzie też śliczny i ciepły.
A że to w końcu jest piąteczek, dołączam też  śliczne wiosenne zdjęcie  kwiatuszków 

MIŁEGO PIĄTKU KOCHANI!!!!!!!