
Taka pogoda zdecydowanie nie jest dla mnie przyswajalna.
Jakoś dotarłam wczoraj do pracy, ale na całe szczęście po drodze z przystanku autobusowego do przychodni jest kilka ławeczek w cieniu, na których mogłam sobie przysiąść i sił na dalsze marsze nabierać.
Najgorsze były te odcinki drogi w pełnym słonku, bo temperatura wczoraj wynosiła ponad 34 stopni w cieniu, to ile tych stopni było w samym słonku????
Niestety jest kilka takich odcinków na mojej trasie, na szczęście nie dlugich, gdzie nie spotkasz ani grama cienia, stąd te odpoczynku na ławeczkach.
Najprzyjemniej jednak odpoczywa się w niedaleko już od przychodni położonym Ogródku Działkowym dla mieszkańców pobliskich bloków.
O tak, oni nie mają takiego luksusu jak ja, w postaci Parku, przynajmniej tutaj jest jakaś namiastka zieleni.
Kiedyś na tym miejscu były działki, mniej, lub więcej zadbane, najczęściej jednak wyglądały jak nieestetyczne krzaki. Ktoś postarał się ten teren zagospodarować, to znaczy działkowcy zostali stamtąd wyproszeni, a na tym miejscu powstał Ogród dla dzieci i dla mieszkańców. Sporo w nim drzewek, kwiatków (jeden zamieściłam powyżej), różnych roślinek, nawet posadzone są pomidorki, wciąż niestety jeszcze zielone, ale sobie spokojnie rosną. Były podobno też i truskawki, które dzieci mogły prosto z krzaczka sobie zrywać.
Oczywiście są ławki i ławeczki, a dla dzieci sporo zabawek, w tym samochodziki, łopatki, wiaderka, mają się gdzie i czym bawić.
Wczoraj w Ogródku nie było wiele dzieci, ale za to były dwie małe, może pięcioletnie dziewczynki, podziwiałam ich wigor, chęć zabawy, jakoś upał w niczym im nie przeszkadzał. Jeździły na samochodziku, biegały, oczywiście pokrzykiwały wesoło, ale w sumie to ich ogród, mają w nim prawo poszaleć.
Dwie mamy rozmawiały ze sobą, ale całe czas miały baczenie na swoje pociechy i czasami również włączały się do wspólnych zabaw. Szczególnie podobała mi się taka nieco pyskata, ale bardzo słodka mała okularnica, cały czas o coś pytała, mama jej odpowiadała, nie lekceważyła, nie mówiła, „nie przeszkadzaj, widzisz, że rozmawiam”, to bardzo miłe, że dla niej akurat dziecko było najważniejsze, a rozmowa z drugą mamą była tylko przerywnikiem w między czasie, gdy dziewczynki zajmowały się sobą i zabawą. Często bowiem bywa tak, że matki ogarnięte rozmową z kimś, zapominają po co tu przyszły, że cały czas trzeba pilnować, by małe coś nie zbroiły. Ale na tym polega własnie odpowiedzialność.
Przyszła wreszcie pora kresu zabaw i dziewczynki bardzo niechętnie się rozstawały, mamy obiecały im spotkanie nazajutrz. Pewnie była to już pora obiadu i odpoczynku dla tych jednak małych, ale niespożytych w energię dziewczynek.
Zresztą i ja musiałam Ogródek opuścić, aby dojść do swojej przychodni, oczywiście musiałam wcześniej wykonać kilka fotek.
W budynku przychodni było nawet dość przyjemnie, bo działała klima, niestety nadal w moim gabinecie, mimo obietnic, jej nie ma, więc aparat znowu sobie troszkę pofiglował, a ja starałam się go opanować.
W pewnym momencie narobił nawet niezłego hałasu, bo z wielkim impetem wypluł z szuflady aparatu kasetę, która z hukiem spadła na podłogę, wystraszyła tym i pacjentkę i mnie, musiałam ją przeprosić za ten niespodziewany incydent, nie wiem, czemu automat zatrzymujący kasetę w stanie wysunięcia nie zadziałał i kaseta z impetem wypadła, chyba ten huk w całej przychodni był słyszalny.
Ale na szczęście zdarzyło się to tylko raz, potem już automat działał bez zarzutu.
Widac aparatowi też kanikuła się nie podoba 🙂
Po wyjściu z przychodni nie było już tak miło, bo słońce bardzo silnie operowało, opierając się o budynek, było tak duszno, że nawet pod parasolem w pobliskiej restauracji nie dało się wytrzymać.
Czekała mnie jeszcze podróż do domu, ale postanowiłam, że nie będe się narażała na ewentualny udar mózgu, zamówiłam sobie Ubera. I całe szczęście, bo przyjechał po mnie bardzo elegancki pan, w pachnącym dziką wiśnią eleganckim samochodzie, w dodatku z klimatyzacją, więc powrót do domu był już bardzo przyjemny.
Pierwotnie pomyślałam, że wpadnę jeszcze na chwilkę do Parku, ale byłam już tak znużona upałem, że zrezygnowałam z tego pomysłu, wzięłam sobie chłodny prysznic i troszkę przy włączonym wiatraczku po odpoczywałam sobie.
I całe szczęście, że do tego Parku nie poszłam, bo po chwili zaczęło się błyskać, grzmieć i chwilę potem zrobiła się ulewa. Więc i tak nie doszłoby do mojego spotkania z Pokemonami, musiałam zadowolić się tymi, które udało mi się po drodze, a potem już w domu połapać.
Zresztą ta burza potem późnym wieczorem raz jeszcze do Krakowa powróciła, ale na szczęście nie była na tyle groźna, żeby mi w oglądaniu TV, czy w buszowaniu po internecie przeszkadzała.
A ranek wstał najpierw nieco ponury, pewnie to pozostałość po wczorajszej burzy, ale niestety znów dzisiaj zapowiadają upał i…niestety burze.
Pewnie znów dzisiaj nie będzie miłych spotkań na najwyższym szczeblu z Pokemonami 🙂
Dopiero od jutra pogoda ma nieco zelżeć, powróci normalne, całkiem polskie już lato, z temperaturami , do których jesteśmy przyzwyczajeni.
A ja pilnie śledzę pogodę na następną niedzielę, bo mam na nią przeznaczone bardzo miłe plany, byleby tylko ulewy i burz nie było.
Ale co tam myśleć o niedzieli, wszak wiemy, że indorowi na dobre takie myślenie nie wyszło, na razie mamy wtorek, a jutro…….tak, tak, znowu moja i Uli ukochana środa.
No to życzę Wszystkim wytrwania w tym kanikułowym czasie, wiele dobrego humoru, bo pewnie nie raz jeszcze będziemy z łezką w oku wspominać: „a pamiętasz, jak kiedyś było cieplutko”???
Chociaż przy takim wyraźnym ociepleniu klimatu mroźne i śnieżne zimy już nam chyba nie zagrażają… ale kto wie??
No to powodzenia na dziś. 🙂