ta środa już w Krakowie

No i oczywiście środowa różyczka dla Uleczki.

No to witaj Uleczko na moim blogu, z Krakowa już pisanego


Wszędzie Ulka jest fajnie, ale we własnym  domku jednak  najlepiej, najbezpieczniej, tak po prostu swojsko.
Pewnie przeczytałaś we wczorajszym moim wpisie, że byłam raczej zadowolona z pobytu we Wiśle, ale..zawsze przecież jakieś „ale” jest.
No wiem, akurat te słowa źle zaadresowałam do Ciebie, bo akurat Ty jesteś globtroterem uwielbiasz podróże, zwiedzanie nowych  miejsc i dobrze się w terenie czujesz. 
Ale też pewnie po takich wojażach jakąś ulgę z powodu powrotu w domowe zacisze odczuwasz., przynajmniej na czas, gdy znów nabierzesz wigoru do następnej podróży.
Dawniej jakoś bardziej lubiłam podróżować, teraz, przyznam się bez bicia, jakoś tak mnie podróże nie pociągają. 
Może trochę z lenistwa, może i lekki strach przed drogą mnie trochę przeraża….różnie można to tłumaczyć.
Ale jak widzisz, od czasu do czasu jednak się mobilizuję i jadę.
Tu miałam akurat szczęście, że i Maciek i Darka mi pomogli, trochę obawiam się, co będzie, gdy dostanę to „regularne” czyli NFZ-owskie skierowanie do sanatorium.
I  co będzie, gdy okaże się, że to będzie wyjazd na drugi koniec Polski?????
Jak sama sobie dam radę w takiej  dalekiej podróży???
Ale nie mam co już myślami pełnymi obaw naprzód wybiegać, zobaczmy, co los przyniesie.
A może uda mi się, że to będzie na przykład tylko Busko, albo jakaś inna niezbyt odległa sanatoryjna miejscowość?
Pożyjemy, zobaczymy, ale jechać jednak będę musiała, bo jak widać, troszkę to sanatorium jednak mi pomaga.
Ale fajnie byłoby Uleczku, żeby Tobie udało Ci się w tym samym czasie i w tej samej lokalizacji też dostać sanatorium ……
Pomarzyć przecież można, nie?  
Fajnie by nam razem było, nieprawdaż????
Serdecznie Cię Ueczku  pozdrawiam i miłej i słonecznej środy Ci  życzę.

A ja osiadam już w krakowskich realiach, chociaż czasami moja głowa buja jeszcze gdzieś po Wiślanych pagórkach.
Dobre  to było, ale się (niestety)  skończyło.
Najważniejsze, że  teraz mam łazienkę  tylko sama dla siebie i nie muszę się martwić że ktoś m ją zajmie, gdy będę z niej potrzebowała pilnie lub mniej pilnie skorzystać.  Teraz dopiero doceniam, jakie to jest bardzo ważne!!!!

Jak to mówią? żaba się zarzekała i tak do błota wlazła.
No własnie, a ja już wczoraj w internecie szukałam miejsca , gdzie mogłabym w lecie na tydzień, czy na dwa tygodnie wyjechać.  Oczywiście myślę o wczasach leczniczych dla seniorów, bo skoro seniorką jestem, należy z tego skorzystać, póki jeszcze na to silę mam.
Ale broń Panie Boże nie nad morze. bo to za daleko, chociaż akurat morski klimat zawsze mi służył.
Może dlatego, że jak kiedyś już pisałam, według moich obliczeń byłam poczęta własnie w   Jastarni, no i potem co roku tam z Mamą i rodzeństwem wakacje spędzałam, tata dojeżdżał tylko na jeden miesiąc, na ogól w sierpniu, bo ktoś przecież na taka liczną rodzinkę zarobić musiał.
No więc w któryś sierpniowy dzień 1949 roku tata zjechał do Jastarni, a dziewięć miesięcy później , 22 kwietnia 1950 roku, Ewusia przyszła na świat -)
Więc jak mam nie kochać morza?, jak mam nie kochać Jastarni????
Ale teraz  samotnie w tak daleką podróż bym się raczej nie wybrała, może więc gdzieś bliżej, myślę  wspominanym już Busku, gdzie na pewno dopadną mnie wspomnienia i nie jedną łezkę wyleję. Bo mój ostatni pobyt w Busku, we Włókniarzu, był z moja Kochaną Siostrą Anią i pewnie będzie mi się wszystko przypominało.
W sumie ten pobyt dla Niej nie był za dobry, niestety tam się rozchorowała, miała sporą gorączkę, jakaś rana na nodze się jej zrobiła, ale nie chciała wracać, chciała wytrwać do końca, by mnie nie zostawić tam samą. Boże, jaka Ona była Kochana!!!!!!
A tak właściwie to własnie tam, w Busku, rozpoczęły  się wszystkie jej choroby, które potem w krótkim czasie  doprowadziły do Jej śmierci, jedno zapalenie płuc, które właśnie zaczęło się w Busku, niedługo później  następne, potem zrobił się Jej ropień na nodze i tak już niestety poszło……..
I chociaż od tamtego mojego i Jej  pobytu w Busku minęło 11 lat, wciąż pamiętam, a co dopiero będzie, gdy tam pojadę?
Na pewno będę wypatrywała w Parku, czy gdzieś, daleko, nie zamajaczy mi Jej sylwetka….. czy nie spotkam Ją gdzieś siedzącą na ławeczce, albo przy kawiarnianym stoliku, popijającą kawkę. ECH !!!!!!!!
Ale na pewno są i inne możliwości, chociażby na przykład Krynica, gdzie niekoniecznie po górkach trzeba chodzić (ale dla chętnych są fajne górskie szlaki), jest na przykład fajny deptak z fontanną i z muszlą koncertową, można tam z dzbankiem pełnym pysznej, zdrowotnej wody mineralnej, przechadzać się tam i z powrotem  i odgrywać światowca:-)
Zupełnie ta, jak to robi na przykład  ceper, który zjechał do Zakopanego i dumnym krokiem po Krupówkach się przechadza, jakby chciał powiedzieć: „patrzcie i podziwiajcie, kto to do Zakopanego zjechał”.
Nie, mi wcale nie o to chodzi, by robić wrażenie (to już nie te lata, nie ten wzrok), chcę gdzieś spokojnie odpocząć, z dala od krakowskiego zgiełku.
Ale czy mi się to w tym roku uda?????
No masz, dopiero co wróciła do Krakowa, a już wyjazdy się jej marzą……

Na razie na pewno odwiedzać będę swój Park Krakowski, bo to i blisko i jest tam całkiem przyjemnie , całkiem już wiosennie( no i bezpłatnie, chyba, że kawkę z wózka, czy lody sobie kupię)
Teraz jednak muszę myśleć o bardziej przyziemnych sprawach i zacząć  ciułać pieniądze na  ewentualny następny wypad z Krakowa, gdzieś, gdzie  moje śliczne oczy mnie poniosą.
Wczoraj pan (niby) prezydent podpisał zgodę na trzynastą emeryturę dla emerytów i rencistów, więc już 880 zł mam prawie w kieszeni, będę mogła sobie na wyjazd odłożyć albo kupić na przykład nowy materac do mojego łózka. Jeszcze muszę temat przemyśleć.

Życzyłam Uleczce miłej i ciepłej, słonecznej środy i takiego samego dnia życzę Wszystkim Tym, którzy mój dzisiejszy blog przeczytają

WESOŁEJ ŚRODY !!!



obiecane !!!

Tak jak obiecałam, kolejny wpis już jest z mojego rodzinnego Krakowa. 
Późno, bo późno, ale najpierw musiałam nieco po powrocie się ogarnąć, zanim do kompa usiadłam.
Ostatnie spojrzenie z tarasu sanatorium  Jubilat  we Wiśle. eleganckie auto z Darią za kierownicą  po mnie przyjechało, to trzeba było siadać, nic nie gadać, tylko do domeczku powrócić, dosyć tego  świątecznego rozpasania.
Droga zleciała mi całkiem przyzwoicie, trzeba przyznać, że Darka jest bardzo dobrym kierowcą, jedzie odważnie, ale ostrożnie, nie nadużywała zanadto prędkość nawet na autostradzie, chociaż 100 -120 na godzinę pędziliśmy. 
Tylko w tym wygodnym Suzuki nawet bardzo tej prędkości nawet nie czułam, więc mój system obronny przed prędkością nawet się nie włączył.
Maciek wie, o co chodzi, a innym tłumaczyć  nie będę, bo to sprawa taka nieco wstydliwa, po prostu niezbyt wtedy przyzwoicie się zachowuję, ale to jest silniejsze ode mnie.
Ne mogę powiedzieć, z Maćkiem też mi się w tamtą stronę  świetnie podróżowało, też nie odczuwałam lęku. Nie, żebym się akurat podlizywała, bo pewnie kiedyś jeszcze z ich grzeczności na pewno korzystać będę, ale taka jest prawda. 
 Ale jednak bezpieczniej lepiej nie krytykować zaprzyjaźnionych kierowców, prawda?

A w Krakowie, ledwo wysiadłam z samochodu i kilka kroków zrobiłam, już mi się tak po krakowsku w głowie zakręciło i od razu poczułam się że jestem u siebie.
Co jednak znaczy się przyzwyczajenie do krakowskiego smogu, nieprawdaż?
To tak, jak w tym kawale, kobieta podczas spaceru po nadmorskim molo nagle zasłabła i trudno było ją docucić, ale gdy sprawdzili, że pochodzi ona z Krakowa, od razu do rury wydechowej ją podłączyli i po chwili szybciutko otrzeźwiała.
Żarty na bok, ale chyba coś  w tym, chociaż drobinkę, musi być prawdy.

Podsumowanie mojego pobytu:

Nie było tak źle, żeby gorzej być nie mogło.
Jedyny mankament to kłopoty ze spacerami, ale  znalazłam sobie „produkt zastępczy”, czyli małe ścieżki wokoło sanatorium, ławeczki na polanie i wspaniały taras, gdzie można się było wystawić do słonka, gdy wietrzyk był nieco bardziej dokuczliwy, bo taras wiatr  skutecznie ograniczał.
Tapczanik był bardzo wygodny, z mięciutkim materacem, taki sobie własnie muszę kupić do własnego tapczaniku, będzie mi wygodnie tak, jak w Jubilacie. Musiał być chyba wygodny, skoro am znakomicie całe noce przesypiałam  i budziłam się rano bez bólu rąk  nóg i kręgosłupa.
Zresztą pomogły mi w tym też zabiegi, chociaż ich sporo nie było, a jednak trochę mi bóle użyły. Pewnie gdybym tam posiedziała jeszcze dłużej, byłabym taka zdrowa, że na piechotę przyleciałabym do tego Krakowa 🙂

Trochę dokuczała ta wspólna łazienka,  zdarzało się, że pani na przykład wchodziła bez pukania, mimo, że paliło się w niej  światło i szumiała woda, znak, że ktoś jest wewnątrz, ale pod koniec ciut się polepszyło, nawet miałam „kawałek łazienki” dla siebie, pewnie pani podsłuchała, jak na nią się przez telefon skarzę
Ale grzeczna byłam, ładnie się z panią  dzisiaj rano pożegnałam, życząc jej miłego pobytu, bo pani jeszcze tydzień w sanatorium pozostanie. 
Dzisiaj przyjedzie nowy turnus, niech więc teraz przez ten tydzień ktoś inny z nią się męczy  🙂
O jedzeniu nie będę wspominała, bo już pisałam, że było pysznie i  było go (za)dużo, dzisiaj już obiadek musiałam przygotować sobie sama. Nie był może taki obfity jak w Jubilacie, ale i tak mi smakował.

W sumie mogę powiedzieć, że nie jestem całkowicie niezadowolona, musiałam tylko do nowych warunków się przystosować, ale następny sanatoryjny pobyt będę  na wszelki wypadek  planowała gdzieś „w dolinkach”, cobym w kozicę górską bawić się nie musiała 🙂

Wczorajszy urodzinowy dzionek spędziłam bardzo miło, a jakże, było nawet „picie”, co prawda była  tylko Cisowianka, ale dobre i to.
Nie czułam się samotnie, bo długo rozmawiałam z bardzo miłym starszym małżeństwem  i wiele ciekawych, interesujących mnie tematów poruszaliśmy, mam teraz spory temat do przemyślenia i do zrealizowania w najbliższej przyszłości.
Oczywiście odbierałam telefony, smsy i życzenia urodzinowe od Rodziny i nie tylko, ale najbardziej wzruszył mnie malutki filmik nagrany przez Dianę i Ksawra, na którym składają mi życzenia, a moja Kochana Zelda posłała mi najwspanialszy pod słońcem uśmiech, od ucha do ucha.
Już niedługo będą pierwsze urodziny Zeldy, więc będę mogła odwzajemnić się jej pięknym uśmiechem, słodkim całusem i……. tajemnica….ale prezent już jest zamówiony…..
Przez ten ostatni tydzień, gdy nie było mnie w Krakowie, mój Park bardzo się zazielenił, jest cudownie, ale jeszcze na razie fontanna nie działa no i kaczuszek jeszcze wciąż  nie ma.
Zapowiada się  teraz śliczny, gorący czas, pewnie więc na „majówkę” kaczuszki  znów zamieszkają w krakowskim Parku.
Już nie mogę się doczekać….

Życzę pięknych, słonecznych najbliższych dni i sporo wiosny na dworze i w naszych sercach.

22 kwietnia i ….aż dwa święta

Pierwsze to „ogólnodostępne”, czyli drugi dzień ŚWIĄT WIELKANOCNYCH”
A skoro drugi dzień Świąt, to Lany Poniedziałek, czyli polski Śmigus Dyngus.
Raczej nie grozi mi to, że zostanę oblana, bo tu samo „nobliwe” towarzystwo, chyba będę musiała sama sobie dyngusa urządzić na basenie, włączając ten bicz wodny, który chlapie niemiłosiernie, aż cały człowiek jest mokry, nawet oczy są zachlapane, nie mówiąc, że i cała głowa jest mokrzusieńka. 
Chociaż nie jestem pewna, czy powinnam dzisiaj iść na basen, jestem nieco przeziębiona i drapie mnie w gardle po tych basenowych uciechach.
Ale może jednak sobie zrobię taki urodzinowy, mokry prezent, taką uroczystą ablucję na dobre rozpoczęcie mojego nowego rocznika?
Bo gdzie w Krakowie znajdę taki basen z łagodnym, schodkowym  zejściem? Chyba tylko w Parku wodnym.  Bo drabinki stanowczo odpadają!!!!!!!!
A swoją drogą, dlaczego na ogólnie dostępnych basenach nie ma takich właśnie zejść dla osób niepełnosprawnych? Tyle się mówi o ułatwieniach dla inwalidów, a baseny niestety nie są dobrze w tym kierunku zabezpieczone. A osoba niepełnosprawna też jest człowiekiem, chętnie też by się od czasu do czasu popluskała, a tu ZONK, przeszkoda nie do pokonania.
Oj przydałaby się tu w Krakowie taka energiczna osoba, jak Marta z Jastarni, ona od razu by załatwiła schodki  dla niepełnosprawnych na basenach

Ale dla mnie jest to jeszcze dodatkowa świąteczna okazja, bowiem……
Tak, jak zwykle dzisiaj obchodziłby rodziny Włodzimierz Lenin, za to obchodzi swoje urodziny Donald Tusk i…… oczywiście ja.
Może to nie są to jakieś wyjątkowe urodziny, bo nie okrągłe, te będą za rok, ale za to są to urodziny „przejściowe” pomiędzy sześćdziesiątką, a siedemdziesiątką.
Boże, naprawdę?????? to wręcz niemożliwe!!!!!!  A jednak!!!!!
Słyszę Wasze wiwaty i życzenia dla mnie – 100 lat, chociaż czy ja wiem, czy warto tej setki doczekać?
A czego ja sobie życzę na te urodziny?
Żebym była szczęśliwa, pozbyła się tych moich czasami niedorzecznych lęków, bo one czasami mi komplikują moje życie,żebym troszeczkę nabrała więcej kondycji i siły (ostatnio coś z tym jest słabiutko) i przede wszystkim, abym znów pozbyła się tych nieszczęsnych kilogramów, które niestety, mimo operacji znów mi niepokojąco narosły.
Już nawet podjęłam w tym kierunku pewne plany, ale o tym na razie cicho sza.



Dzisiaj ostatni już dzień mojego pobytu we Wiśle, więc muszę go dobrze wykorzystać, jak tylko oczywiście pogoda dopisze.
Wczoraj odnalazłam fajne miejsce na polance, nie muszę wcale daleko chodzić, są tam ławeczki, można posiedzieć, troszkę się poopalać, nawet na Facebooka zaglądnąć i całkiem fajne zdjęcia porobić. Co prawda nie mam już wiele miejsca na moim telefonie, musiałam kilka starych zdjęć usunąć, ale po przyjeździe do Krakowa Daria obiecała, ze przeleje mi zdjęcia na komputer, czym zwolnię miejsca w telefonie i znów będę mogła trochę poszaleć z tym moim aparacie w telefonie.
Pokemony tu raczej bardzo rzadko przychodzą, zresztą ta mania pokemonowania już troszkę mi minęła, gram tylko okazjonalnie, od czasu do czasu, gdy sobie przypomnę, że te nieznośne istotki sobie bujają w obłokach.

Wszystko kiedyś się kończy, może i dobrze, bo zabiegów za wiele znów nie miałam, przynajmniej na tyle, że całkowicie mnie nie wyleczyły, klimat, jak pisałam niezbyt mi służył (stanowczo wolę morze),  w dodatku na pewno jeszcze przybrałam masy, bo karmili mnie naprawdę fantastycznie, smacznie i niestety obficie.
Sam kotlet na wczorajszym obiedzie  bez przesady zajął mi ponad pół talerza, nie było miejsca na sałatkę z buraczków i tartej marchewki z pomarańczą (tak tak, takie pyszności dawali), do tego był rosół z makaronem i z mięsnymi pulpecikami, a na deser spory kawał orzechowego mazurka.
Naprawdę lubię dobrze zjeść, ale te podawane porcje są nie do przejedzenia dla normalnego człowieka, a co dopiero dla zoperowanego żołądka?
Tak jeszcze dla przykładu dodam, że wczoraj na kolację podali żurek z jajkiem, pieczoną kiełbasę, a na talerzu   był pomidor  plastry szynki, pieczeni, kawałek sera Brie i jeszcze do tego rollmops ze śledzia po grecku (z jarzynkami), no kto by dał temu rady?????
Aż boję się dzisiejszego dnia, bo mój żołądek już całkiem zastrajkował, a w menu obiadowym jest typowy śląski obiad: zraz, kluski śląskie i modra kapusta. Chyba już tyko oczami będę jadła……….
Jak to dobrze, że nie rozpoczynałam diety przed moim pobytem we Wiśle, wszystko w niwecz by poszło 🙂

Dzisiejszy dzień sobie jakoś przeświętuję, a jutro rano, koło 9, przyjedzie po mnie Darka, tak wiec jutrzejszy wpis do blogu będzie trochę później zamieszczony, ale już pisany z Krakowa.
A właśnie sobie uprzytomniłam, że przecież niewiele czasu pozostało już do pisania tego blogu na tej stronie blox.pl.
Za równy tydzień, czyli 29 kwietnia zamieszczę tu ostatni mój wpis, a potem będę dostępna tylko na stronie : jasna0ster.home.blog

Wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że moja 15- sto letnia przygodna na stronie blox.pl przechodzi do lamusa 😦   😦     😦

Dzisiejszy poranek jest nieco zachmurzony, przynajmniej tu gdzie jestem, we Wiśle, ale może bliżej południa rozjaśni się i słonko mi zaświeci?
Wszak dzisiaj są moje urodziny, powinno być promiennie !

Życzę Wszystkim udanego Lanego Poniedziałku, czyli bardzo mokrego Śmigusa – Dyngusa i wiele, wiele radości z tym wiosennym, świątecznym dniem związanych.

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO !!!!

WESOŁEGO ALLELUJA

Właśnie, każdy dzisiaj w Rodzinnym kręgu zasiądzie i jajeczkiem się podzieli życząc sobie i innym Zdrowych i Wesołych Świąt i wiele szczęścia i radości
A ja dzisiaj , w oddaleniu od moich Najbliższych, rozmyślam sobie nad poprzednimi i jeszcze poprzednimi i jeszcze……. itd i trochę mi smutno.
Brak mi tego rodzinnego Wszystkiego Najlepszego Kochana Ciociu, ( chociaż słyszę te słowa przez telefon, ale to nie to samo!),i tego rodzinnego przytulenia, ale tak musiało się stać i nie ma co się roztkliwiać.
Może następne  święta będą  mniej samotne, bardziej rodzinne?
No po co ja jestem taka rodzinna i sentymentalna, no po co?
Ale Wszystkim moim Najbliższym, czytającym ten Blog, Maćkowi, Magdzie, Basi, Matyldzie, Darii, Ksawrowi, i kogo  tam jeszcze, a także Wszystkim Znajomym i Przyjaciołom życzę, by ten radosny dzień odnowy po zimowej porze przyniósł każdemu radość, zdrowie, miłość i szczęście.
A chociaż święta to nie tylko pełne talerze samych smakołyków, ( a o to bardzo dyrekcja Jubilata zadbała), to przede wszystkim ta niewyobrażalna  więź, która nas dzisiaj łączy , postanowiłam nie być jednak smutna, bo czuję co prawda nieco odległą, ale jednak miłość moich Najbliższych i dzisiaj ich Wszystkich do mego serca przytulam

WESOŁYCH ŚWIĄT MOI KOCHANI !!!!!!

Wielka Sobota pełna radości

Pokaż: Z tagiem: Z kategorii: Z miesiąca:

  • Wielka Sobota pełna radości Wielka Sobota to właściwie już czas świąteczny.
    Dzieci przybierają swoje koszyczki, wkładają tam baranki, kolorowe jajeczka, kurczaczki i świnki, a starsi przygotowują prawdziwą święconkę: kiełbasę, chrzan, babkę wielkanocną, chleb, masło i oczywiście kolorowe jajka…….wszystko przyozdobione jest zielonym bukszpanem, białymi, puchatymi baziami i żółtymi żonkilami – prawdziwa wiosna.
    Pamiętam z dzieciństwa ten słodki czas oczekiwania na Wielkanoc i to podniecenie przy przygotowywaniu koszyczka , a potem wspólny spacer z Mamą, Tatą i Rodzeństwem do Kościoła, przed którym rozkładane były stoły przybrane białymi obrusami. Tam stawiało się swój koszyczek i czekało aż ksiądz poświeci jego  zawartość.
    Pamiętam dzień, gdy musiałam pożegnać się z moją różową, cukrową świnką, która mój Tata podarował małej córeczce Kolegi z pracy, ale była wtedy rozpacz wielka, bo jak koszyk bez tej świnki miał pięknie wyglądać, ale……Wielkanoc to też czas dzielenia się z innymi, teraz to rozumiem, wtedy jeszcze nie do końca godziłam się z takim „rozstaniem”
    Powrotny spacer do domu był tez wielką radością, mam zdjęcie, na którym mała Ewusia, okuta w ciepły płaszczyk,w chustce na głowie, szła Plantami za rękę z Mamą, a w drugiej trzymam mały koszyczek. Ach, to były wspaniałe czasy, chociaż musiało być raczej, jak widać po ubraniu, w które byłam zaopatrzona dosyć chłodno, może to były ostatnie dni marca, albo pierwsze dni kwietnia, gdy wiosna jeszcze nie dotarła do Krakowa? A potem rozpoczynało się świętowanie, chociaż wtedy był czas, gdy w Wielką Sobotę obowiązywał jeszcze post, przynajmniej od potraw mięsnych.
    A prawdziwa uczta rozpoczynała się śniadaniem Wielkanocnym i trwała z małymi przerwami aż do wieczora. Za stołem zasiadała cała Rodzina,: domownicy, Babcie, (Dziadkowie już nie żyli wtedy, przynajmniej ja nie pamiętam ich udziału w Świętach), wszystkie Ciocie i Wujciowie, Kuzyni, ale było wesoło. Oczywiście, zgodnie z rodzinną tradycją Dorośli świętowali osobno, w tak zwanym pokoju jadalnym, dzieci miały swój stół w pokoju obok.

    A wiele lat później, gdy zabrakło już Rodziców, moja Siostra Ania przejmowała obowiązki Gospodyni Świąt, rozkładała specjalne obrusy ozdobne na te okazję i specjalne wielkanocne talerze z namalowanymi pisankami.
    I też rodzinnie, wszyscy razem świętowaliśmy, teraz niestety każde z jej dzieci spędza święta w swoim rodzinnym kole.
    I chociaż spędzam na ogół święta trochę u Magdy, trochę u Macka, a jednak mi żal, że nie jest tak jak kiedyś……..Wracają sentymentalne wspomnienia i łza w moim oku się kręci………
    No a te Święta Wielkanocne będą już całkiem inne, niż te poprzednie, spędzę je samotnie, daleko od rodziny…..I chociaż trzeba przyznać, że Dyrekcja Sanatorium bardzo się stara o wystrój tych Świąt, wszędzie są piękne wiosenne, wielkanocne ozdoby, menu Świąteczne jest bardzo bogato zaplanowane (już nawet podano jego zawartość) jednak chyba będzie mi smutno……
    Ale coś za coś, mam dobre zabiegi, basen z podgrzewaną wodą), fantastyczne powietrze, a w sumie samotność nie jest znów wcale taka zła, mam TV i komputer do towarzystwa. Te dwa dni świąt jakoś przetrwam. Bo jakoś nie znalazłam tu żadnej bratniej duszy do ciekawego wspólnie spędzonego świątecznego czasu. Szkoda tylko, że moja kondycja fizyczna jest dosyć słaba, chyba górski klimat niezbyt mi służy.
    Wczoraj wybrałam się na nieco dłuższy spacer, właściwie to dobrze, ze szłam całkiem sama, bo moje nogi co rusz odmawiały mi posłuszeństwa, w głowie mi się kręciło i musiałam co chwilę stawać i głęboko oddychać, albo wręcz szukać ławeczki, na której bym mogłabym przynajmniej  na moment przysiąść.
    Wstyd by mi było przed kimś, kto by ewentualnie ze mną szedł……..
    A wieczorem kilka razy łapał mnie skurcz obu łydek i obu stóp, musiałam wstawać kilkakrotnie

z łóżka i rozchodzić i po gimnastykować te stopy, by ból minął.
Matko, co się ze mną dzieje?? Przecież w Krakowie jednak o wiele lepiej chodzę, czyżby RZECZYWIŚCIE klimat mi nie służył??????

Ale na szczęście są i dobre strony mojego pobytu: po pierwsze basen, a po drugie te zabiegi, które naprawdę mi pomagają.Przynajmniej nie budzi mnie już w nocy ten bolący bark, igiełki w dłoniach są mniej dokuczliwe, już nie mówiąc o bardzo ograniczonym bólu kolan, czy kręgosłupa.
Może następnym razem tylko jakąś inna okolicę do kurowania wybiorę???

Dzisiaj tez zapowiada się piękna, słoneczna pogoda. Zaraz polecę na basen, a potem posiedzę na tarasiku, nie będę dzisiaj nigdzie wędrowała, bo jeszcze moje nogi po wczorajszych skurczach są nieco obolałe. A zresztą, kto mi  (do cholery) każe maszerować po górkę???

Życzę przyjemnego dnia, dużo rodzinnej radości, uśmiechów dzieci, wnuków  i najbliższych

Wielki Piątek

Jakże piękne, a zarazem jakże wymowne jest to zdjęcie, nie mogłam go nie zamieścić.
Dzisiaj bardzo ważny dzień dla Katolika,  dzień Męki Pańskiej.
I chociaż nie będę dzisiaj brała udziału w nabożeństwie wielkopiątkowym, jednak myślami na pewno będę tam na Golgocie, gdzie Jezus oddał za nas swoje życie.
Bardzo o ciężka  i wyboista była to droga, po której Jezus kroczył, niosąc na plecach ciężki krzyż, wiedza, że jest to ostatnia droga Jego życia, na górze czeka go śmierć.
I my przez całe życie niesiemy krzyż, który nie raz nas bardzo uwiera, bardzo ciąży i kroczymy po ścieżkach życia, aby dojść podobnie jak Jezus do miejsca, gdzie nasze życie się kończy, ale…..
Jeżeli ktoś jest wierzący, wie, że kończy się tylko to nasze życie na ziemi, a przecież przez swoją śmierć Bóg ofiarował nam coś więcej, życie wieczne.
I dzisiaj przyszedł ten dzień, abyśmy się zastanowili czy wierzymy i na ile wierzymy, że to,co się wtedy wydarzało miało sens, miało wartość, a teraz ją sami niszczymy.
I nad tym, jaka jest nasza rola w tym życiu, co już zrobiliśmy, a ile jeszcze możemy dla innych zrobić.

A w moim sanatoryjnym życiu wstał kolejny słoneczny dzień.
Wczoraj jednak kąpałam się przykładnie w basenie, fajna sprawa, bo prócz pływania można zażyć jeszcze wodnych masaży pod specjalnymi umieszczonymi w basenie dyszami i można też włączyć specjalny bicz wodny, który nieźle po plecach tłucze bardzo silnym strumieniem. Od razu człowiek czuje się bardziej ożywiony, chociaż nieco „zmasakrowany”, ale to jest nawet całkiem przyjemna „mordęga”
Dzisiaj też pewno basen zaliczę, bo już jestem po zabiegach rozpisanych przez lekarza.
Jutro mam jeszcze ostatni planowany zabieg – krio na bark, ale pewnie uda mi się jeszcze przynajmniej niektóre zabiegi przedłużyć (oczywiście odpłatnie) na następne dwa dni, nawet te świąteczne, bo jest taka możliwość. Już masaż na łóżku wodnym mam zapewniony, resztę będę załatwiała jutro.

A tak prawdę powiedziawszy, te tańsze  wczasy dla seniorów to troszkę ściema, w tygodniowym turnusie masz tylko 10 zabiegów, czyli po trzy z każdego rodzaju + jeden dodatkowy, w turnusie 14 dniowym jest ich o osiem więcej, więc praktycznie takie zabiegi nic nie dają. Aby cokolwiek miały pomóc, trzeba by wziąć 10 laserów, 10 krio, 10 masaży, czyli resztę trzeba ewentualnie dokupić.
Co prawda ceny zabiegów nie są wielkie ( no, może oprócz klasycznych  masaży, bo te są nawet bardzo drogie od 120 – 200 zł za zabieg), ale taki turnus w sumie musi kosztować nie 1300-1400 zł jak piszą, ale około 1600-1800 a z masażami jeszcze drożej.
Czy taki pobyt jest rzeczywiście dostępny dla emerytów?
Więc albo nic nie jedz cały rok biedny emerycie, nie dawaj pieniędzy na leki, wnuki i na tacę, tylko oszczędzaj, albo……czekaj aż ewentualnie dostaniesz sanatorium z NFZ, ale i tam na rewelacje nie czekaj.
Wszak wiadomo: pogoda jest dla bogaczy, dla nie bogaczy są prognozy złe.

A jednak miłego, pogodnego i słonecznego piątku życzę.

a jednak……..

Uległam presji moich Kochanych Blogowiczów i …postanowiłam jednak przemówić.
Eeee. bo ze mną zawsze tak jakoś dziwnie jest, wpadam łatwo w panikę i potem marudzę.
Bo przecież zawsze nie jest tak źle, żeby teoretycznie nie mogło być jeszcze gorzej, więc co tu narzekać?
Jeść dają i to bardzo smacznie, nawet powiedziałabym, że za bardzo smacznie (oj, na pewno kilogramów tu raczej nie zgubię), spać pozwolą, jeszcze opiekują się moim barkiem, kolankiem i kręgosłupem, serwując mi zabiegi: laser na kolano, miejscowa krioterapii na bark, a masowana jestem na łóżku wodnym.
Całkiem fajne uczucie, gdy leży się na falującym łóziu, a przelewająca się pod Tobą, ukryta  oczywiście w specjalnym materacu  woda, masuje całe ciało.
Można sobie jeszcze pospać troszkę, bo jedyny mankament, że te zabiegi mam o 7 rano, a potem 7.15 i 7.30. Trochę wcześnie, ale ja i tak przecież dospać nie mogę do rana, za to uskuteczniam godzinkę drzemki popołudniu, no i 10 minut na tym wodnym masażu.
Szkoda tylko, że tych zabiegów będzie tak mało, ale cóż, krótki ten mój turnusik jest przecież.
Biegać po tych górkach wcale nie muszę, nikt mnie przecież nie goni, chodzę na spacerki tam gdzie chcę i ile chcę, nic na siłę,
Basenu tez jeszcze nie zaliczyłam, chociaż jest on dostępny dla wszystkich kuracjuszy, nie wiem, mam jakieś dziwne opory, chociaż wszyscy, z którymi rozmawiałam chwalili sobie to pływanie. Może dzisiaj się przekonam, może też zaliczę tężnię, która jest u nas w sanatorium, tam się po prostu tylko siedzi i głęboko oddycha, co dobrze na moje zadymione płucka zrobi.
Za wiele czasu do namysłu nie mam, do odważnych świat należy.
Czyli w sumie, gdyby nie kłopoty z panią, z którą dzielę wspólną łazienkę, którą ta pani uwielbia okupować, byłoby wyśmienicie.
A swoją drogą, jak można z częstotliwością raz na pół godziny okupować tę łazienkę, co ona tam robi???? nie mam pojęcia.
Już nie mówiąc,  ze tak się rozłożyła ze swoimi bambetlami, że swój płyn do kąpieli muszę trzymać pod umywalką, na ziemi, gdzie też  stoją i jej płyny do prania, bo cała półeczka nad umywalka zapchana jest grzebyczkami, rolkami do włosów, tuszami, kremami itp.
Nie ma to jednak jak własna łazienka, bez współtowarzysza 🙂
A może z niej taka czyścioszka jest po prostu ?????????
A miałam już nie narzekać……… dobra, ja tylko sumiennie  relacjonuję 🙂

Dzisiaj w Kościele Katolickim rozpoczynamy Triduum Paschalne.
Dawniej wraz z moją sąsiadką zawsze brałam udział we wszystkich kościelnych  uroczystościach tych trzech dni.
Wielki Czwartek – dniem pamiątki Ostatniej Wieczerzy, ustanowienia Komunii świętej – święto wszystkich kapłanów.
Tylko czy teraz, gdy kościelna hierarchia bardziej zajmuje się sprawami politycznymi, niż duchownymi, ten dzień jest tak samo przez wiernych ceniony, jak dawniej? Wiele wiernych ma pretensje do księży o to, że nie zajmują się tym, czym powinni się zajmować, wręcz często dając temu wyraz, manifestacyjnym opuszczeniem kościoła, gdy kapłan przekracza pewną obowiązującą w kościele  granicę.
Ale w takich miejscowościach, jak Wisła na pewno Kościoły przez te wszystkie najbliższe dni będą oblegane.
W takich małych miejscowościach więcej jest tych tradycji katolickich niż we wielkich metropoliach, chociaż pewnie i w Krakowie odbędzie się dzisiaj wielka uroczystość na Wawelu.

To już ostatnie dni przygotowań do Wielkanocnych Świąt, niech będą one radosne i wiosenne, bo takie nam zapowiadają.

Przyjemnego czwartku, zapowiada się dzisiaj piękna pogoda w całej Polsce

blogowy strajk

Niniejszym ogłaszam przed wielkanocny i wielkanocny strajk w moim blogu
.Nic aż do przyjazdu do domu we wtorek pisać nie będę i już
Najchętniej już dzisiaj bym do domu wróciła…….nie podoba mi się tutaj
Ten wyjazd do Wisły to był chyba najgłupszy mój pomysł ostatnich lat!!!!!!

Ale przecież dzisiaj jest środa!!!!!
Uleczku nie zapomniałam, całuski dla Ciebie z Wisły.
Przecież to Ci obiecałam, więc co tam jakiś mój strajk 🙂

wzmiankowy wpis????

Dzisiaj krótko i na temat, nie ma rano czasu na rozpisywanie, bo trzeba się ubrać, umalować, dopiąć walizkę i…… w drogę
WRESZCIE SIĘ DOCZEKAŁAM !!!!!.
Już wszyscy, którzy czytają ten blog wiedzą, gdzie jadę.
Oczywiście do Wisły do sanatorium Jubilat. Będę się tam kurowała i  będę odpoczywała.
Ale spokojnie, baletów nie przewiduję, zwłaszcza, że akurat trwa Wielki Tydzień.
Za to planuję sporo na świeżym powietrzu przebywać, by cały ten krakowski smog z płuc pousuwać, a jeżeli mój kręgosłup i nóżki pozwolą, zrobić trochę spacerków.
Ale od razu mówię, na żadne wypady górskie się nie piszę!!!
Czyli  nic na siłę.
To ma być wypoczynek, a nie mordęga!!!!
Wczoraj oglądałam starą wersje  filmu  1959 roku ” Awantura o Basię” i tam Babcia Tańska wciąż z oburzeniem  powtarzała: „przecież ja mam 70 lat”
Ja co prawda 70 lat będę miała dopiero za rok, ale wcale nie czuję się w związku z tym  taka nieporadna.
Oj nie, babcia zdecydowanie   nie była nieporadna, ona po prostu zawsze sobie wynajdowała wytłumaczenie, jeżeli coś się działo nie po jej myśli, właśnie wiekiem swoim się tłumacząc.
Jakie to wygodne, może i ja tak zacznę mówić? Ale to dopiero za rok.

Wczoraj ze zgrozą przeczytałam, że gdyby dzisiaj były wybory do Parlamentu Pis wygrałby z wielką przewagą pozwalając na samodzielne rządy.
Ludzie, oszaleliście?
Kiedyś wszyscy, a szczególnie PIS był oburzony, gdy Tusk usiłował robić jakieś manipulacje przy pieniądzach z OFE.
Zgadzam się, to nie była całkiem czysta kalkulacja, chodziło w pewnym sensie o zabezpieczenie budżetu, ale wtedy była całkiem inna sytuacja, wtedy niestety panował ogólny krach w  Europie, ale teraz, gdy jest świetna koniunktura, czym PIS szczególnie się cieszy to PIS sięga po pieniądze z OFE, dając dziwne propozycje, że te pieniądze mogą być przeniesione na osobiste  konta , jeżeli zostanie pobrana opłata 15 procent z konta każdego, kto na takie zmiany się zgodzi. Jeżeli  zgodzi się,  w przyszłości (a kto to zagwarantuje???) nie będzie za to płacił podatków od emerytury.
Chwila, moment, po iluś  tam latach na pewno nie będzie już Pisu przy sterach i wcale nie jest pewne, że jednak nowy rząd  emerytur nie będzie opodatkowywał, tym bardziej, że już teraz  są takie propozycje, ponieważ emerytom pobiorą się teraz podatki od sum już kiedyś przez nich opodatkowanych, więc jest to jawna niesprawiedliwość.
Ale teraz okazało się, że nie ma już pieniędzy na obiecaną piątkę Kaczyńskiego  i rząd bezczelnie sięga po nasze pieniądze, by te  „kacze rewelacje” opłacić.
Ale nasz oszukują na każdym krok, ale nas okradają na każdym kroku, ludzie, dlaczego dajecie się tak robić w bambuko i popieracie tych jawnych złodziei??????
Naprawdę jesteście tacy krótkowzroczni????

Miało być krótko, ale nie mogłam się jednak tą wiadomością nie podzielić, bo gdy o tym wczoraj przeczytałam, cała ze złości zaczęłam się trząść.

Wczorajszy dzień też przyniósł bardzo w sumie tragiczna wiadomość o pożarze  katedry Notre Dame w Paryżu, to straszna strata dla Francji i całej Europy, bo to jest jedna z najstarszych i najbardziej wspaniałych budynków sakralnych, znany na całym świecie. Pożar rozpoczął się od dachu budynku, gdzie przeprowadzany był akurat remont, niestety ogień ogarnął potem  coraz większą powierzchnię i z każdym momentem akcja stawała się coraz bardziej dramatyczna.
Walka o ocalenie Katedry Notre Dame trwała całą noc, na szczęście budynek się nie zawalił, trochę cennych zabytków i relikwii w tym Koronę Cierniową zostały wyniesione i dzięki temu ocalałe, jednak rozmiary strat nie są jeszcze dokładnie oszacowane, na pewno są ogromne.
Już w tej chwili trwa zbiórka na odrestaurowanie tego zabytku, a jeden z milionerów przeznaczył 100 mionów euro na odnowę Katedry.
To, co się stało w Paryżu położyło się ogromnym smutkiem nie tylko dla Paryża, nie tylko dla Franci i Europy, cały świat niósł olbrzymią stratę – symbol naszej wielkiej wspólnoty, bo chociaż wiele nas dzieli, tak wielkie dzieło, jakim była Katedra zawsze było częścią każdego z nas. Wielki żal.
Teraz jest godzina 5 rano, nie wiem dokładnie, czy ta tragedia została w Paryżu ugaszona, mam nadzieję, ze jednak wiele cennych i niepowtarzalnych dzieł zabytków udało się ratować.

No to życzę wszystkim wspaniałego wtorku.Ja jeszcze muszę dokończyć pakowanie (coś się chyba jeszcze w tej przepaścistej walizie zmieści???), zamknąć walizę. , zrobić się na bóstwo i….. ADIEU !

DO ZOBACZENIA!!!!

Jasiek!!! do tablicy!!!!!!

Właściwie to nie do tablicy, tylko do ławki, w której będziesz pisał egzamin ośmioklasisty.

Trzymam kciuki Jaśku, wszystko będzie O.K.
Jak pamiętam, naukę w Szkole Podstawowej ukończyłam po 7 klasach (wtedy był taki tryb  7 -mio letniego nauczania),  bez żadnego egzaminu, tylko otrzymaniem świadectwa .
Egzamin wstępny zdawałam dopiero idąc do liceum. Był to na pewno szok, bo to całkiem inne mury, nieznani mi nauczyciele, obce koleżanki i koledzy…..Ale jakoś radę sobie trzeba było dawać.
Pamiętam egzamin wstępny z języka polskiego, dostaliśmy trzy tematy z tym, że ja wybrałam ten ostatni, czyli dowolny temat.
Zawsze miałam bujną wyobraźnię, więc mogłam sobie popuścić wodze mojej fantazji, pewnie mi to do do dzisiaj pozostało, stąd mam   taką łatwość w pisaniu mojego blogu.
Matematyczne zadania też były pewnie całkiem inne, niż teraz, takie bardziej „przyswajalne”, bez konieczności kombinowania, czyli, albo się go umiało rozwiązać, albo, jeżeli nie miałeś odpowiednich  matematycznych wiadomości, odpadałeś.
Jakoś i matematyka przeszła mi bezboleśnie, za to zupełnie nie pamiętam, czy był jeszcze trzeci egzamin z języka rosyjskiego, bo ten był oczywiście wtedy obowiązkowy, język obcego uczyłam się dopiero w liceum i to pewnie nawet w wyższych niż pierwsza klasa- ale dokładnie nie pamiętam.No tak, przecież to było już tak dawno….w 1963 roku, czyli……… o, matko……. ile????? ……… 56 lat temu, no to cała wieczność od tego czasu minęła.
Tylko jakieś  mgliste wspomnienia pozostały…..
Ale moi kochani ośmioklasiści, za 56 lat jak dobrze pójdzie, też waszą pamięć o tym dzisiejszym dniu mgła przesłoni…..
A dzisiaj i przez następne jeszcze dwa dni trzymajcie się cieplutko, nie denerwujcie się zbytnio, bo nerwy  rozum Wam mogą odebrać, czyli jednym słowem myślcie pozytywnie, skupcie się nad swoimi zadaniami, a wszystko na pewno będzie O.K.
BO INACZEJ PRZECIEŻ BYĆ NIE MOŻE !!!!!!

Ławki za moich czasów też inne w szkole  wtedy były, zwłaszcza w podstawówce, teraz są stoliki z krzesłami, przedtem były typowe ławki razem z  pulpitem połączone, a na powierzchni  pulpitu  tkwiły dwa otwory na…kałamarze. Tak, tak, w podstawówce, zwłaszcza w pierwszych dwóch, trzech klasach, pisało się stalówką osadzoną w obsadce, zamoczoną w kałamarzu z atramentem, ach jakie fajne kleksy wtedy się na zeszytach tworzyły, dopiero w starszych klasach można było używać wiecznego pióra, które robiło o wiele mniej tych okropnych kleksów,
To był koszmar, napisałaś pięknie wypracowanie, a tu na samym końcu wyrósł KLEKS – BRRRRR
ALE TO BYŁY DZIWNE CZASY!!!!!!

Dzisiaj poniedziałek, ale taki trochę inny, niż poprzednie bo dzisiaj rozpoczynamy Wielki Tydzień, czyli jest to czas do duchowego przygotowani się do Świąt Wielkanocnych.
Już widzę te szalejące na miotłach  i odkurzaczach panie, widzę te szmatki w rękach, myjące się okna i wycierane kurze z czego się da.
No i oczywiście obowiązkowe zakupy, czyli przymusowy pobyt w przeładowanych marketach, długie stanie w kolejkach, a potem sięganie do kieszeni, wysupływanie ostatnich groszy, żeby niczego na święta nie daj Panie Boże zabrakło.Wiadomo: polskie postaw się, a zastaw się.
No i jak zwykle pewnie zbyt dużo wszystkiego nakupimy, nie zdążymy tego nawet przejeść, duża część w koszach wyląduje, ale……. lodówki  po brzegi wypchane być muszą, a stoły wielkanocne uginać się musza od mięsiwa, kiełbas, jaj i oczywiście bab i mazurków, o serniku nie zapominając.
ALE TAKA JEST JUŻ NASZA POLSKA ŚWIĄTECZNA TRADYCJA.

A dla mnie ten poniedziałek będzie całkiem inny, niż w przeciętnym polskim domu, ja dzisiaj będę oddawała się pakowaniu mojej przepaścistej walizy.
No i dzisiaj będę musiała dokonać wieczornej ablucji,  i  stosunkowo wcześniej  położyć się spać, bo jutro rano już o szóstej z Maćkiem wyjeżdżamy, więc żeby się jakoś  „do kupy”zebrać, będę musiała wstać około 4.30.
Jak znam życie, pewnie będę miała reisefieber przed podróżą, wiec najbliższa noc na pewno nie będzie spokojnie przespana, nie szkodzi, odbiję sobie wszystko w Wiśle.
Może nowe miejsce do spanka, inny klimat spowodują, że wreszcie się wyśpię, bo ta ostatnia noc z wczoraj na dzisiaj też była dla mnie bardzo fatalna, okropnie mi dokuczał  bolący bark, który mnie co chwilę budził, tak więc zmęczona po takiej niby przespanej nocy, wstałam już  przed szóstą rano żeby zażyć Nimesil, bo ból robił się co raz bardziej nie do wytrzymania  .
Cała nadzieja w tym że chociaż kilka zabiegów – masaży  na kręgosłup szyjny dostanę, co prawda nie będzie tego wiele, przez to że i okres mojego pobytu w sanatorium jest krótki, a w tym jeszcze odpadają  co najmniej 3 świąteczne dni (nie sądzę, żeby w Wielką Sobotę były dostępne jakieś zabiegi), resztę takich  zabiegów  – masaży będę pewnie musiała załatwić sobie już po powrocie do Krakowa  a kto wie, czy jednak nie będę musiała jeszcze  jednak dokonać blokady na ten nerw ramienny,  bo jednak taka blokada na pewien czas ulgę przynosi, przynajmniej noce są spokojne.
A nie ma nic gorszego, niż to, gdy cię w nocy ból budzi.
Cóż, mogłam o tym nawet wcześniej przecież pomyśleć i udać się do tego znajomego, miłego chirurga, jakoś ciągle zwlekałam i teraz muszę cierpieć.
Ale koniec z tym, teraz jestem zdeterminowana i po powrocie solidnie za siebie się wezmę.
Na razie jadę na kurację z nadzieją że jednak ona troszkę  też mi pomoże.
A jeżeli nie, to przecież czeka mnie normalny NFZ-owski pobyt w Sanatorium, który powinnam dostać już pod koniec tego roku, wszak wtedy minie ten przepisowy  2 letni okres oczekiwania 
Oby tyko nie wypadło to w okresie Bożego Narodzenia, bo akurat te grudniowe święta są bardziej rodzinne, jest choina, są moje imieniny…..
Kiedyś już spędzałam okres świąt Bożego Narodzenia w Sanatorium w Krynicy..całą Wigilię w sumie przepłakałam z tęsknoty za domem.
Cóż, zawsze byłam sentymentalna, zawsze byłam rodzinna…..
Ale tak po prawdzie, w tym roku moje urodziny też wypadają w świątecznym czasie, dokładnie 22 kwietnia, czyli w drugi dzień Świąt i też będe na wygnaniu, samotna……
Ale aż tak bardzo tym się nie martwię, bo ważniejsze będą te moje  urodziny za rok, okrągłe, skończę wtedy akurat 70 lat. 
To będzie dopiero okazja do świętowania!!!!!!

Ale mam dobre wiadomości: WIOSNA PODOBNO POWRACA!!!!!!

Fakt dzisiaj od rana jest już słoneczko i nieco wyższa temperatura, a ma być jeszcze cieplej, chociaż….deszczyku w święta też spodziewać się będziemy mogli.

Miłego poniedziałku, miłego Wielkiego Tygodnia, miłego oczekiwania na Święta Wielkanocne.