jeden mały niby gest, a ile znaczy

Przedstawicielka Pisu, ba, nawet potencjalna rzeczniczka kampanii wyborczej Andrzeja Dudy, Joanna Lichocka, pokazała wszystkim Polakom, w jakiej części ciała ona, a wraz z nią cały Pis ma swoich i nie swoich wyborców.
Bo jeżeli nawet choroba nowotworowa nie dotyczy akurat jakiejś pojedynczej, wybranej osoby, to nie wierzę, że nie ma ona w bliższej, czy dalszej rodzinie kogoś, kto z ta. chorobą się zmagał, albo jeszcze zmaga.
Znam tę sprawę ze swojego życiorysu. Co prawda, gdy moja Mamusia zachorowała na tę straszną chorobę byłam dzieckiem, nie zdającym sobie sprawy z tragizmy sytuacji, ale już potem, wiele lat później, z taką chorobą zmagała się bardzo bliska mojemu sercu Ukochana Siostra Ania i dobrze wiem, jaką traumę w związku z Jej chorobą i procesem Jej odchodzenia przeżywała cała najbliższa rodzina, Jej dzieci, ja i jeszcze wiele członków rodziny zaangażowany w ten proces. Czas leczy co prawda rany, ale taka trauma niestety zostawia ślad już na zawsze w sercu, w myślach……
Kiedyś taką straszna chorobą była gruźlica, też dziesiątkowała rodziny, na szczęście wynaleziono odpowiednie leki i co prawda nadal jeszcze jest zagrożeniem, jednak jest już w bardzo dużym stopniu opanowana i nie przynosi tylu tragedii w rodzinach jak dawniej, można ją nawet skutecznie zaleczyć.
Niestety choroba nowotworowa wciąż jeszcze jest trudna do opanowania i chociaż co jakiś czas czytamy rewelacyjne teksty o wynalezieniu odpowiedniego leczenia tej strasznej choroby, niestety nadal pozostawia ona po sobie okrutne żniwo.
Wszyscy wiemy, w jakim bardzo trudnym stanie jest nasza Służba Zdrowia, która nie nadąża z leczeniem chorób naszego społeczeństwa, nie tylko zresztą chorób nowotworowych i każdy dodatkowy grosz, który wpływa do placówek szpitalnych jest skrupulatnie wykorzystywana.
Niestety nakłady na naszą Służbę Zdrowia wciąż są za małe i gdyby nie wydatna pomoc Jurka Owsiaka i Jego Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, sytuacja w naszych placówkach byłyby jeszcze gorsza.
Dlatego naprawdę bardzo serdecznie ja i pewnie nie tylko ja przyjęłam wniosek Senatu o przekazanie sumy prawie dwa miliardów złotych, które miały być przeznaczone na propagandę TVP mogą być przekazane na leczenie onkologiczne.
Niestety głównie pisowski Sejm uznał inaczej, niestety ta ustawa nie przeszła, wniosek upadł, pieniądze, dzięki znacznej przewadze pisowskich posłów zostały przekazane jednak na propagandę TVP, a jedna z posłanek Pisu w geście tryumfu z uśmiechem na twarzy, pokazała opozycji środkowy palec – gest oznaczający słowa Fuck You , co oznaczało między innymi ” no i co wy na to? nic nie możecie, Pis jest wielki i tylko jego ustawy, obojętnie czy są dla Polaków dobre, czy złe będą w Polsce obowiązywały.
Ten obydwa fakty, więc zarówno oddalenie wniosku Senatu, jak i przede wszystkim gest Joanny Lichockiej jest pokazaniem nam wszystkim, jakie naprawdę wartości przedstawia sobą ta partia.
Własne interesy ponad wszystko, bo wiadomo już, że taka spora suma pieniędzy będzie przekazana TVP z przekazem ” macie wszystko uczynić, by Andrzej Duda nie przegrał wyborów.
Już nie wystarczają słowa pogardy, nienawiści, ani hejtowanie, już nie wystarczają czcze obietnice, zresztą budżet państwa jest tak słaby, że niewiele Pis już obiecać Polakom może, teraz Pis idzie już na całość, cokolwiek ta całość miałaby oznaczać.
Bardzo celnie, na pewno z pewna dozą jakże subtelnej złośliwości sam fakt zablokowania tej ustawy ocenił Donald Tuski : „To bardzo subtelna różnica: opozycja chce przeznaczyć dwa miliardy na onkologię, a PiS na nowotwór”, ale przypuszczam, że nawet przez moment nie przypuszczał, że Pis do takiej podłości, jakim był ten tryumf pani Lichockiej się posunie.
Nie było żadnej reakcji ze strony pisowców, no może z wyjątkiem pana Brudzińskiego, któremu w pewnym sensie nie spodobała się reakcja tej pani, ale pewnie tylko dlatego, że zdał sobie sprawę, że może ona bardzo źle wpłynąć na zbliżające się wybory, bo o subtelność, znając jego przeszłość, niestety go nie podejrzewam.
Również i mina Kaczyńskiego świadczyła o tym, że zdaje sobie sprawę z tego, że tym gestem zmarnowali swoje wielkie szanse na pewną wygraną, a to niestety dla obecnego rządu może przynieść tragiczne skutki.
A tak po ludzku mówiąc, sama Joanna Lichocka pokazała, jakim jest człowiekiem, marnym, chamskim, pozbawionym jakichkolwiek uczuć i skrupułów. Typowy aparatczyk, który po trupach do kariery dąży.
Tylko zapomina ta pani o jednym: Pis nie jest wieczne i na pewno tym własnie gestem pozamykała sobie wszystkie drzwi do przyszłej ewentualnej kariery. Nikt nigdzie dla niej miejsca w dziennikarstwie, ani w innej pracy nie znajdzie. Nawet zmuszona do przeprosin starała się winę zrzucić na Platformę, oskarżając ich o hejtowanie i o zakłamywanie prawdy w tym przypadku jej chamskiego gestu.
JOANNO LICHOCKA: TRZEBA BYĆ CZŁOWIEKIEM, A NIE KANALIĄ!!!!!!!
Kiedyś może, gdy zabraknie jej pieniędzy na chleb, tę prawdę ta pani pojmie, tylko wtedy będzie już na wszystko za późno!!
Inny fakt, świadczący o celach obecnego rządu jest zablokowanie odwołania  ministra koordynatora służb specjalnych, szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego.
Jest to następny aparatczyk, potrzebny im do przeprowadzenia swoich dalekosiężnych autorytarnych planów i mimo, że już kiedyś był on skompromitowany i groził mu wyrok Trybunału Stanu, został przez swojego pisowskiego kumpla, Andrzeja Dudę ułaskawiony i znów posadzony został na taki sam jak poprzednio fotel, by bez skrupułów spełniać niezgodne z prawem polecenia swojego Wodza.
Ale taki już niestety jest PIS, mimo, że dużo gada o praworządności i o swojej trosce o dobro społeczeństwa, wszystkie zamysły przeprowadza z myślą o swoich własnych partykularnych interesach, społeczeństwo mając głęboko w czterech literach.
To znaczy, dopóki im jeszcze wyborcy byli potrzebni, kupowali bezczelnie ich głosy, teraz coraz bardziej widać, jakimi przesłankami się kierują.
I coraz większej części społeczeństwa opadają opaski z oczu, myślę, że sam gest pani Lichockiej do końca tych nieprzekonanych uświadomi. OBY!!!!!

Walentynki spędziłam całkiem spokojnie, właściwie całkiem samotnie, chociaż…. był jeden Walenty z walentynkowym prezentem, ale całkiem niespodziewany i właściwe to przyszedł podziwiać moja łazienkę, na szczęście ona mu się podobała.

A dzisiaj wstał już niewalentynkowy, normalny dzień, w dodatku sobota. Zapowiadają pochmurny dzień, ale rano już słonko do mnie zaglądnęło,
To dobrze, nie lubię chmur, bo od razu w mim pokoju robi się ciemno i muszę górne światło zapalać.
Ale trzeba przyznać, że już widać, że dzień robi się dłuższy, no tak, za niedługo wiosna do nas zawita.

Miłej wesołej soboty życzę.
Już chyba są to ostatnie godziny dla tych, co jeszcze są na zimowych wagarach , od poniedziałku wraca całkiem normalny czas, aż do Wielkiej Nocy, już dla wszystkich.
NAJLEPSZEGO !!!!

Szczególny dzień

Dzisiaj jest taki szczególny dzień Dzień Zakochanych, którym patronuje Święty Walenty.
I pomimo, że byłoby co opisywać z politycznych wczorajszych zdarzeń, niezbyt zresztą pochlebnych, odpuszczę sobie, bo nie można byle polityką (a taka niestety ona jest) psuć sobie takiego radosnego humoru, który nas dzisiaj ogarnia.
Bo każdy z nas, czy to młody, czy nieco wcześniej urodzony dzisiaj czuje wszystkie przyjacielskie i sercowe uniesienia i chce kochać i chce wiedzieć, że jest kochany i szanowany.
Zawsze w każdą środę pozostawiam tutaj dla Uleczki różyczki, a dzisiaj dla Was moi Kochani Czytelnicy, dla Każdego z Was osobno, załączam ten piękny Walentynkowy bukiet róż, aby powiedzieć Wam, jak bardzo Was Kocham i jak bardzo dla mnie jesteście ważni.
Dlatego nikogo dzisiaj w moim blogu nie wyróżniam, moje serce bije dla Każdego z Was, chociaż…….. no dobrze, jednak nikogo palcem dzisiaj nie wskażę, a ta Osoba, o której własnie pomyślałam, na pewno dobrze wie, że Ją na myśli miałam.
Walentynki są znane w Europie już od średniowiecza, najprawdopodobniej nawiązują one do starożytnego święta rzymskiego, zwanego Luperkaliami, które obchodzone były ku czci rzymskiej bogini kobiet i macierzyństwa Junony właśnie w dniach 14- 15 lutego.
Do Polski ten zwyczaj przyszedł dopiero w latach 90 – tych poprzedniego wieku (swoja drogą, jak to dziwnie brzmi, poprzedniego wieku, czyli żyjemy w dosyć niezwykłym przełomowym czasie, nie każdemu było to dane) i ……… niejednakowo został on przyjęty, niektórzy sprzeciwiali się amerykanizacji naszego kraju, bo Walentynki głównie kojarzą się nam właśnie z USA, ale najpierw Ci młodzi ochoczo podjęli walentynkowe wyzwanie, a później i ci nieco starsi zauważyli, że bardzo miło jest, gdy ktoś okazuje Ci miłość, szacunek, przyjaźń, gdy okazuje się, że dla kogoś jesteś bardzo ważną osobą.
Pozdrawiam wiec dzisiaj serdecznie każdego z moich Blogowiczów i raz jeszcze powtórzę, że bardzo cieszy mnie każde Wasze odkrycie karty mojego blogu, zawsze pilnie śledzę liczbę wejść na mój blog i zawsze bardzo cieszą mnie Wasze komentarze , no może te oskarżające mnie o polityczną stronniczość trochę może mniej, ale też dają mi powody do zastanowienia się nad swoimi osądami.
Przecież nikt nie jest nieomylny, może nieraz zbyt ostro kogoś oceniłam, ale na pewno nie cierpię kłamstwa, obłudy i chamstwa, nigdy tego tolerować nie będę.
Wesołych Walentynek moi Kochani, bawcie się dzisiaj dobrze i wesoło i pokazujcie najbliższym, że ich kochacie dzisiaj, ale nie tylko dzisiaj, że każdy dzień spędzony z ukochaną osobą, czy z Przyjacielem jest dniem szczęśliwym i jakże nieodzownym w naszym życiu.


BUSY

Dzisiaj od 6.20 rano jestem bardzo zajęta, bo dzisiaj trwa dalszy ciąg programu pod tytułem „Wielkie sprzątanie”, więc nawet czasu na napisanie porannego blogu nie miałam i …nadal go nie mam.
Można powiedzieć, że u mnie już trwają nie tylko poremontowe, ale i przedwiosenne porządki, w każdym kątku wszystko poprzeglądane i poukładane. Oczywiście, że przy udziale Reni, ale i wierzcie mi, ja też miałam co robić.
Ale za to coraz piękniej robi się w moim mieszkanku, teraz pora czekać tylko na gości.
A zresztą i tak zaraz do pracy będę musiała wychodzić, więc po prostu dzisiaj się nie rozpisuję, bo i też wszystko, co miałam na myśli w poprzednich wpisach umieściłam, a nic specjalnie nowego ani u mnie, ani w polityce się nie dzieje. Przynajmniej w tej ostatnich czasach polityka nieco zakleszczyła się w tematach i sobie trwa i trwa, co już pomału przestaje mnie nawet denerwować. Kiedyś ten zwariowany kołowrotek przecież będzie musiał przestać się kręcić.
Pozostaje mi tylko miłego czwartkowego (już) popołudnia życzyć, ze słonkiem, takim, jakie w Krakowie właśnie świeci, chociaż jest ciągle chłodno. No cóż, przecież to dopiero miesiąc luty, jeszcze nie pora na ciepełko.
Wczoraj obliczyłam, że zostało mi jeszcze tylko 70 dni do moich 70 urodzin, czyli teraz mam jeszcze przed sobą tych dni szczęśliwej sześćdziesiątki tylko 69.
No to ALLELUJA I DO PRZODU

Dzień dobry Uleczko :-)

Dzisiaj znów mamy kolejną środę, a więc i następna piękna róża do kolekcji na Ciebie czeka 🙂
No i oczywiście czeka też cała porcja całusków, uśmiechów i pozdrowień, jak to w zwyczaju tego szczególnego dnia tygodnia bywa.
Myślę, że jesteś już u siebie i powróciłaś do swoich codziennych zwyczajów, tzn do spotkań w Fitness Club, a może i nawet już lekkie przebieżki z kijkami urządzasz, chociaż ostatnio wiatr pewnie niezbyt na takie długie spacerki pozwala.
Trzymaj się cieplutko Uleczku, do wiosny już tylko  38 dni, czyli 1 miesiąc i 9 dni, czyli można powiedzieć, że już niedługo zastuka ona do naszych okien, zaświeci słonkiem i powieje ciepłym wiatrem, a ptaszki wesołym kwileniem będą witały każdy dzień budzącej się na nowo przyrody.
Czekamy zatem cierpliwie do 21 marca

Dzisiaj u mnie dzień wielkiego sprzątania po remoncie. Oczywiście przyszła już rano do mnie Renia i ochoczo zabrała się za pracę, a trzeba przyznać, że ma jej sporo, bo mimo, że Wojtek z grubsza sprzątał za sobą każdego przepracowanego dnia, nie mniej pozostałości kurzu osiadłego wszędzie, na podłogach, pod meblami, na oknach, nawet na kwiatkach pozostał.
Jak dobrze, że mam koło siebie taka wspaniałą Renię, bo sama na pewno nie opanowałabym tego poremontowego rozgardiaszu.
Zresztą tak po cichu przyznam się, że wcale nie lubię tak biegać z tymi miotłami i szmatkami, a gdy jeszcze gdzieś trzeba się wspiąć na jakiś mebel, czy sięgnąć wysoko, to już niestety nie dla mnie robota. Dlatego z taką radością co jakiś czas po pomoc Reni sięgam, koniec tematu i kropkę tu stawiam.
Wśród pisiorów wielkie poruszenie, bo opozycja odważyła się wygwizdać prze – jaśnie panującego prezydenta na wiecach w Pucku i w Wejherowie.
A oburzenie pisiorów jest tak wielkie, jak wielka jest ich niepamięć o ich zachowywaniu się na wiecach przedwyborczych przy poprzedniej kampanii, gdy gwizdali i wyzywali prezydenta Komorowskiego, gdy lżyli byłą panią premier Ewę Kopacz, czy gdy na cmentarzu wygwizdali prof Bartoszewskiego.
Wtedy tłumaczyli to słusznym niezadowoleniem elit nie niepopierających ówczesny rząd, teraz uważają, że gdy ten sam proces w drugą stronę jest odwrócony jest to chamski hejt. Ha ha ha, ci, którzy sami hejtowali i do hejtów wręcz nawoływali, nagle czuja oburzenie, gdy ich niesprawiedliwość (według nich) spotyka.
Tak zakłamanego obozu rządzącego dotąd jeszcze nie było.
A co mają powiedzieć Polacy, nazywani gorszym sortem, złodziejami, mordercami, animalnymi ludźmi z dolnej półki i jeszcze więcej takich przezwisk ze strony Pisu, a szczególnie z kryształowych (chociaż bezzębnych) ust samego Prezesa padały????
Teraz ich to boli? a nie czuli bólu, który sami innym zadawali, ba nawet nadal zadając, oskarżając w tej chwili sędziów i polityków opozycji o zdradę państwa.
KIJ ZAWSZE DWA KOŃCE MA, a oni sami te Kije Samobije powołali do walki.
Pewnie, że nie powinno być na takich państwowych uroczystościach żadnych zamieszek, ale Polacy niestety zostali sprowokowani, a nerwy też mają swoją wytrzymałość. I o tym Pis powinien pamiętać, a pan Duda już raczej nie powinien pokazywać się na żadnych wiecach, bo naraża się tylko na takie nieprzyjemności, co wcale nie przeszkadza mu w dalszym szkalowaniu np sędziów, czy nie przeszkadza mu w dalszych kłamstwach i przede wszystkim podnoszenia głosu na Polaków. Tego nie wolno robić nawet prezydentowi.
Czy tabakiera jest dla nosa, czy nos dla tabakiery?
On powinien być przedstawicielem wszystkich Polaków, bez względu na poglądy religijne, etyczne, czy jakieś inne, a nie tylko marnej jej części, by resztę pozwalać sobie obrażać.
Na to nie ma przyzwolenia i Niech się Duda nie zdziwi, gdy już niedługo będzie musiał wyprowadzać się z Namiestnikowskiego Pałacu.
Najwyższa na to pora !!!!!!
A gdy Pis straci prezydenta, już całkowicie spadnie w dół, tym bardziej, że już teraz sondaże Pisu coraz wyraźniej lecą w dół
I CHWAŁA BOGU!!!! – mnie to, przyznam, bardzo cieszy!!!!!

A co słychać z pogodą Ano jest sobie, taka nieco kapryśna, nawet rano śniegiem nieco posypało, teraz słonko świeci……… A to dopiero mamy luty, a przecież dopiero w marcu ma być jak w garncu….. czyli kapryśnie.
No to przyjemnej środy życzę, może zimowej, może wiosennej, kto wie. Grunt żeby tym wiatrem piździć przestało…….

Miś Kudłatek

wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia…….
Wczoraj Łukasz przesłał mi zdjęcia listów, które my, dzieci, czyli mój brat Krzysztof, moja siostra Ania i ja pisaliśmy do naszych Rodziców przebywających podczas Świąt Bożego Narodzenia w Paryżu.
Prócz ciepłych słów, przesłaliśmy Im opłatek, którym dzieliliśmy się niestety tym razem na odległość, żałując, że mimo, że święta spędzimy wraz z ukochaną Ciocią Danką, będzie nam, wszystkim bez Rodziców bardzo smutno. Dobrze, że przynajmniej można wtedy było przeprowadzić telefoniczną rozmowę, na która na pewno każdy z nas z bijącym sercem w tę pamiętną Wigilię czekał, żeby chociaż przez moment, chociaż „na słuchawce” mieć Rodziców blisko siebie.
To były bardzo smutne święta, moja Mamusia ciągle poddawana była terapii w paryskim Foundation Curie i nie mogła przerwać kuracji, więc mimo wcześniejszych zapowiedzi moich Rodziców o powrocie na Święta do Krakowa, musieli spędzać je daleko od swoich ukochanych dzieci.
Ale byliśmy wszyscy pełni nadziei, że następne Boże Narodzenie spędzimy już wszyscy razem, w krakowie, niestety, przyszła ta smutna rzeczywistość, choroba nowotworowa mojej Mamusi rozwijała się w takim tempie, że niestety następnych Świąt już nie doczekała, zmarła już w następnym po tych napisanych listach listopadzie.
Co mogła pisać dziewięcioletnia Ewusia do swoich Ukochanych Rodziców: a to, że tęskni, że chciałaby być z nimi, a także opisywała ten smutny dzień Mikołajowy, w który, prócz ołówków i gumki św Mikołaj przyniósł jej w prezencie Misia, którego nazwała Kudłatkiem, bo miał taką miłą, kudłatą sierść.
Na pewno przytulałam go wtedy mocno do swojego serca i myślałam o mojej Kochanej Mamusi, która jest daleko, a do której tak bardzo wtedy pewnie chciałam się przytulić……..
Przyznam się, że popłakałam się wczoraj czytając ten list, zresztą jak i podobne pełne tęsknoty, ale i nadziei listy pisane przez Anię i przez Krzysztofa. Chyba nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, jaka straszna trauma nad nami wisi.
Krzysztof między innymi opisywał swoją wizytę w Klasztorze na Jasnej Górze, gdzie wraz ze swoją wtedy jeszcze narzeczoną, a potem już żoną Zosią modlił się za zdrowie Mamusi i Jej szczęśliwy powrót do Krakowa, myślę, że mimo, że był już wtedy studentem medycyny, nie dopuszczał do siebie nawet myśli, ze choroba Mamy może tak tragicznie i tak szybko się skończyć.
Ania też bardzo za Rodzicami tęskniła, opisywała przygotowania do świąt , które nasza babcia czyli Tamtamama czyniła, robiąc wspaniałe zakupy, jeszcze wtedy z myślą, że Rodzice zdążą jednak przyjechać.
Jednak decyzja prowadzących terapię mojej Mamusi była nieodwołalna, musieli jeszcze dłużej pozostać, zresztą wtedy były takie czasy, że gdyby Rodzice zdecydowali się chociaż na chwilę wrócić do Polski, już nigdy nie mogliby kontynuować dalszego leczenia w Paryżu, ówczesny rząd na pewno nie wyraziłby zgody na ponowny Ich wyjazd, szczególnie, że już ta pierwsza podróż do Paryża była załatwiana po wielu trudach i interwencjach nawet francuskich lekarzy, którzy uznali terapię Mamusi w Paryżu za nieodzownie potrzebną.
Cóż, to był rok 1959, wtedy granice na Zachód były pozamykane i jakikolwiek wyjazd z Polski, jak widać, nawet w celach leczniczych, był prawie niemożliwy, trzeba było naprawdę wiele trudu zadać sobie, by to można było przeprowadzić.
Na szczęście Tatuś już wtedy był bardzo znaną w kręgu lekarskim osobą i jakoś po wielu tarapatach udało mu się wyjazd do paryskiego Szpitala załatwić, a tam już lekarze czekali na podjęcie terapii. Niestety proces chorobowy Mamusi poszedł już tak daleko, że mimo zastosowania najnowocześniejszej wtedy dostępnej terapii nie przyniosła ona skutku.
Jedynie Tata usłyszał opinię lekarzy, z którymi kiedyś przecież w tymże szpitalu jako asystent pracował : panie kolego, za późno, czemu pan tak późno do nas swoja żonę przywiózł?
Czemu? bo nasz polski rząd długo nie wyrażał zgody na podjęcie leczenia Mamy poza granicami Polski, taka jest prawda. Może gdyby to leczenie w Paryżu nastąpiło wcześniej moja Mamusia miałaby szansę na wyleczenie ?
Nie musiałaby osierocić trójki ukochanych dzieci: 20 letniego Krzysztofa, 17 letnią Anię, czy 10 letnią Ewunię – wszyscy tak bardzo Jej potrzebowaliśmy……
Boże, moja Mamusia miała wtedy tylko 50 lat!!!!!!!!!!!
Dla mojego Taty na pewno była to ogromna trauma, po tylu lekarskich doświadczeniach podczas Jego pracy właśnie w tym Foundation Curie doskonale zdawał sobie sprawę, że pomału zbliża się tragedia, która wkrótce zabierze Jego Ukochaną Żonę, a On niestety pozostaje wobec tej traumy bezsilny!!!!!!
Wyobrażam sobie, co musiał czuć, wiedząc, że niestety nie jest w stanie pomóc swojej Kochanej Żonie, a i Jego dzieci przecież w tym świątecznym czasie, który powinien być taki radosny, są tak bardzo od Nich daleko………
Jak dobrze, że te wszystkie archiwalne, ale jakże piękne listy się uchowały, że zajął się nimi (podobnie jak i innymi naszymi rodzinnymi archiwaliami) Łukasz i teraz stara się je uporządkować i nam je udostępnia.
Wczorajszy dzień był dla mnie takim swoistym powrotem do smutnych, ale jakże pięknych dni mojego dzieciństwa, a symbolem ich pozostanie ukochany Miś Kudłatek.
Dzisiaj znów moi Rodzice, moje Siostry Ania i Kasia, która umarła jako niemowlę i mój Brat Krzysztof są szczęśliwi razem i pewnie czekają, aż dołączy jeszcze do nich ta najmłodsza z rodu – Ewa.
To będzie na pewno bardzo radosne spotkanie, ale na nie jeszcze trochę trzeba poczekać 🙂

A jakie są teraźniejsze wieści? Też niezbyt pomyślne, szalejący orkan Sabina przyniosła w Polsce spore szkody i niestety tragedię, w Bukowinie na wskutek zerwanego przez wichurę życie straciło trzy osoby z jeden rodziny, Mama i dwie córki, ich tata nadal w ciężkim stanie przebywa w szpitalu. Ogromna tragedia, rodzina pojechała na zimowisko i niestety pojechali tam po własną śmierć. Wyobrażam sobie, co przeżywa Rodzina Zmarłych, ile łez po tej tragedii tam poleciało. Jestem z nimi moim sercem i moimi myślami i szanując Ich pamięć nie będę nawet wspominała innych dziejących się niezbyt szlachetnych zdarzeń, wszystko czas kiedyś odmieni.
Czas jest podobno najlepszym lekarstwem, niestety musimy mu dać odpowiedni dystans i po prostu przeczekać.
Nadal niestety wiatr silnie wieje, co utrudnia chyba każdemu z nas życie, ale i ta nieznośna Sabina kiedyś przeminie i znów wrócą normalne, radośniejsze mam nadzieję dni, a może nawet i przyjdzie radosna wiosna, czego Wszystkim z całego serca życzę.

pełna nadziei

Zawsze boję się poniedziałku, bo nie wiem, co on na nowy tydzień za wieści przyniesie.
Ale jestem pełna nadziei, że ten tydzień nie będzie aż taki straszny, chociaż raczej na żadne większe niespodzianki, ani w polityce, ani w prywatnym życiu raczej nie liczę.
Ot, taki tydzień, jak każdy inny.
Chociaż….. pewnie teraz będzie mnie odwiedzało kilka osób, aby podziwiać moje nowe inwestycje w moim mieszkaniu.
Pierwsza przyjdzie oczywiście Renia, która musi doprowadzić po tym remoncie moje mieszkanie do sterylności, bo mimo, co trzeba zaznaczyć Wojtek po sobie sprzątał wszelakie ślady swojej działalności, ale daleko mojemu mieszkaniu jeszcze do doskonałości. Sama też nie podejmuje się takiego wyzwania, jednak co fachowa siła, to fachowa siła, a taką jest właśnie moja Renia.
Muszę zaopatrzyć się w jakieś drobne ciasteczka, abym miała czym swoich gości do kawusi ugościć. A przecież gość w dom, to Bóg w dom, więc będę na swoich gości czekała i mile witała.
A co ciekawego jeszcze słychać?
No cóż, zgodnie z moimi przewidywaniami nasz polski film „Boże Ciało” nie dostał Oskarowej Statuetki, otrzymał ją wraz z jeszcze kilkoma innymi statuetkami koreański film Parasite, a ewenementem jest to, że został on uznany najlepszym filmem, za co również statuetkę otrzymał, a nigdy do tej pory takiego wyróżnienia nie dostał.
Nasz polski film również był przyjęty z bardzo dużym zainteresowaniem, zwłaszcza, ze dotyczy on spraw tak wciąż bardzo w Polsce aktualnych, pewnego rodzaju rozdarcia społeczeństwa i podjęciem próby jego zespolenia.
Nie oglądałam co prawda jeszcze tego filmu, ale na pewno warto będzie ten obraz oglądnąć , może przyniesie on nieco inne spojrzenie na obecną polityczną sytuację,może znajdzie się ktoś kto skutecznie podejmie trud połączenia zwaśnionych Polaków.
Dostałam od Łukasza do spełnienia bardzo ważne zadanie: otóż Łukasz zajął się śledzeniem historii naszego rodu, a ponieważ w tej chwili jestem właściwie jednym z najstarszych jego członków, poprosił mnie, abym zaczęła spisywać wszystkie zapamiętane przeze mnie zdarzenia z dziejów naszej rodziny, co nie jest wcale łatwą sprawą, wydaje mi się, że nie wiele pamiętam z zamierzchłych czasów, chociaż czasami nawet pozorne drobnostki mogą mieć w historii dziejów rodu pewne znaczenie.
Wciąż obiecuję sobie, że za to się zabiorę i……… nie bardzo wiem w jaki sposób to rozpocząć. Ale dobrze, że Łukasz tak zaangażował się w tę sprawę, bo najmłodsze pokolenie nawet nie ma pojęcia kim był na przykład Adzik, tak bardzo związana osoba z naszą rodziną, ukochana niania mojej Mamy i Cioci Danki no i także ukochana niania ich dzieci czyli moja, mojego rodzeństwa i mojego Kuzynostwa. Kilka razy już w swoim blogu wspominałam o Pannanusi, jak nazywały ją nasi rodzice, a dla nas była ona ukochanym legendarnym Adzikiem, chciałabym, by jej legenda przetrwała następne jeszcze pokolenia, bo chociaż Jej nie znali, ale naprawdę była bardzo silnie związaną z nami wspaniała osobą, o której ślad całkowicie zaginać przecież nie może.
To tyle na dzisiaj, na razie zajęta jestem służbowymi sprawami, (zamówienia potrzebnych mi do badan rtg atrybutów) więc więcej czasu blogowi poświęcić dzisiaj już nie mogę życzę miłego poniedziałku i fajnego tygodnia.

dnia 8 lutego roku pańskiego 2020 remont w mojej łazience i w części kuchni oficjalnie został zakończony

NARESZCIE !!!!!!!

Nareszcie się doczekałam tej szczęśliwej chwili, gdy Wojtek całkowicie wyprowadził się z mojej łazienki i oficjalnie ogłosił koniec swoich prac.
W sumie remont trwał miesiąc i dwa dni, ale warto było cierpliwie poczekać, bo mam naprawdę bardzo piękną i komfortową łazienkę. Nie ma żadnego, ale to żadnego podobieństwa do tej poprzedniej, teraz czuje się w niej przynajmniej bezpieczna.
Tylko nagle tak cicho znów zrobi się w mieszkaniu, nie będzie chrobotu otwieranych drzwi i niekończących się nieraz rozmów, bo trzeba powiedzieć, ze Wojtek należy raczej do rządu gaduł, ale co ma w założeniu zrobić, to robi staranie do końca. A że lubi sobie czasami coś poopowiadać…….
Dzisiaj mogłabym nawet do 10 rano sobie smacznie pospać, bo nie musiałam nadsłuchiwać, czy już Wojtek przychodzi, przecież zanim przyszedł musiałam być już umyta, ubrana i gotowa do robienia porannej kawy. Nie będę się przecież przy obcym mężczyźnie w dezabilu po mieszkaniu kręciła.
A teraz znów będę sobie samotnie kawkę rano popijała i nikt mnie nie będzie popędzał.
Wszystko ma swoje dobre i nieco gorsze strony, ale przyznam, że będzie mi tych Wojtkowych wizyt trochę brak, chyba się zdążyłam przyzwyczaić, że coś się w moim domu dzieje, a tu stukanie, a to wiercenie, takie swoiste urozmaicenie życia.
Ale nie szkodzi, na pewno jeszcze jakaś pracę dla Wojtka wynajdę, chociażby wymiana drzwi i wymiana bezpieczników, tylko znów muszę uzbierać trochę grosza, bo zaczynam być co prawda wesoła, ale nieco finansowo goła. Najgorsze jest to, że gruchnęła wieść, że (niedobry) Senat zablokował pieniądze przeznaczone na trzynastą pensję, w związku z tym nie będzie ona wypłacana.
No tak po prawdzie, to pieniądze które przyrzekł nam emerytom rząd, zostały po prostu ukradzione osobom niepełnosprawnym, co wcale nie wszystkim Senatorom się podoba i stąd taka ich decyzja, którą poniekąd rozumiem.
Łatwo coś obiecać a potem rozdawać coś komuś nie ze swoich pieniędzy, więc skoro rząd chciał być taki wspaniałomyślny, a wiadomo, że zrobił to tylko z czystych populistycznych powodów, by przekupić wyborców, niech teraz on ponosi konsekwencje swoich rozrzutnych pomysłów. W podobny sposób rząd mógł przecież obiecać, że każdemu Polakowi wypłaci na przykład po milion złotych, bo taki akurat mieli kaprys, chociaż wiedział, że na to rząd nie ma pokrycia. Zresztą żaden rząd nie dysponuje swoimi własnymi pieniędzmi, one przecież wpływają do budżetu z naszych podatków, a rząd ma za zadanie mądrze, według naprawdę koniecznych potrzeb nimi dysponować, więc już sama taka ich obietnica była zwyczajną wyborczą kiełbasą, a tu w dodatku, by przypodobać się emerytom, sięgnęli po pieniądze przeznaczone dla osób niepełnosprawnych, którzy naprawdę te pieniądze przecież potrzebują.
Zresztą zastanawiam się, na ile ta plotka jest prawdziwa, a na ile jest zwyczajną następną propagandą, co jest całkiem możliwe, bo grunt pod rządem i jego sojusznikami zaczyna się coraz bardziej palić.

Jeszcze co do remontu, zarówno Wojtek jak i właścicielka kamienicy są już po wstępnych rozmowach dotyczących montażu barierki przy kamiennych schodach wejściowych, które są bardzo niebezpieczne i mogą grozić wypadkiem.
Zobaczymy, jak ta sprawa będzie finalizowana, ale muszę dokładnie przypilnować, by nie skończyła się tylko na obietnicach.
Być może mi się to uda, bo ostatnio Kasia wpadła też w wir remontów i nareszcie podwórko też będzie remontowane i będzie układana na nim kostka i dorabiane będą schodki, więc jeszcze wystarczy jeszcze wyciąć tam chaszcze, postawić ławeczkę i będzie sobie można spędzić fajne popołudnie na podwórku, w tak zwanych miłych okolicznościach przyrody.

Wczorajsze popołudnie spędziłam bardzo miło na jubileuszowej imprezie mojego siostrzeńca Łukasza, wróciłam do domu dopiero koło 11 wieczór.
Ale też warto było iść do fryzjera, o zakupie specjalnej sukienki nie wspomnę, bo takie okazje nie często przecież w życiu się zdarzają, trzeba korzystać z okazji, tym bardziej, gdy ktoś jest taki miły i kochany jak Łukasz.
Oczywiście nie obyło się bez małych perypetii, otóż tuż przed wyjściem z domu trochę nieszczęśliwie pochyliłam się nad pralką i moimi koralami zahaczyłam o jej drzwiczki, niestety przerywając żyłkę , co się skończyło rozsypaniem perełek po całej kuchni, musiałam je oczywiście pozbierać i teraz zastanawiam się, kto mi te moje perełki naprawi. Na szczęście miałam jeszcze jeden podobny sznurek, którym przyozdobiłam sukienkę, ale i tak zrobiło mi się żal tej poniesionej szkody.
Nie miała baba kłopotu…….
Ale wczoraj to już było wczoraj, dzisiaj wstała bardzo słoneczna niedziela z takim raczej przedwiosennym wisusem, oby ta wiosna wreszcie przyszła naprawdę, ale na to trzeba jeszcze troszeczkę poczekać.
Dzisiaj tematem dnia są rozdawane wieczorem statuetki Oskarów i czekamy z wielką nadzieją na polskiego Oskara za film „Boże ciało”, co było by dla polskiej kultury naprawdę wielkim zaszczytem, nie mniej jakoś nie wydaje mi się, żeby ten film taką własnie dzisiaj wieczorem odebrał, na pewno przegramy z innym świetnym nominowanym do Oskarów dla filmów zagranicznych obrazem Parasite, który ma największa szanse tę nagrodę otrzymać .
Ale czasami cuda się zdarzają…
No to miłej niedzieli życzę, a późnym wieczorem miłych wrażeń z odbywającej się w Dolby Theatre w Los Angeles i Oskarowej Gali.

gdy nie można spać

Koszmarna jest taka noc, gdy nawet liczenie baranów w niczym nie pomaga. Barany sobie skaczą wesoło, a sen i tak nie chce przyjść.
No cóż, trzeba było wstać, chwilkę po mieszkaniu pochodzić, by kości wyprostować, a potem….zasiąść za poranną kawką i wypisać na Facebooku wszelkie sobotnie pozdrowienia.
A godziny w nocy tak pomału płyną…..
Oglądnęłam sobie kawałek starego odcinka „Labiryntu”, a potem włączyłam oczywiście TVN- 24, w którym wciąż wałkowano wczorajsza sensację dnia, czyli arogancką i wręcz chamską postawę sędziego Macieja Nawackiego, który ostentacyjne podarł projekt ustaw 31 sędziów w której domagali się między innymi zaniechania działań utrudniających sędziemu Pawłowi Juszczyszynowi wykonywania obowiązków.
Prezesowi Nawackiemu coś jednak niedemokratycznie w głowie się poplątało, bo przecież Urząd Sądu nie jest jego własnym folwarkiem, w którym może bez żadnych sprzeciwów innych rządzić według swojego widzimisię, a raczej powiedziałabym według ścisłej instrukcji z Nowogrodzkiej dochodzącej. Co prawda Olsztyn od Nowogrodzkiej jest dość oddalony, nie mniej widać, jak działają pisie dyrektywy na funkcjonariusza tej partii, chociaż funkcjonariuszem z założenia być nie powinien. A przecież sędzia ma być niezależny i niezawistny, a brak tej niezależności dyskwalifikuje go nie tylko do pełnienia funkcji prezesa Oddziału, ale w ogóle do pełnienia funkcji sędziego. Oczywiście o chamskiej i bezczelnej postawie tego pana nie wspomnę, jest ona zresztą charakterystyczna dla obecnego rządzącego obozu , z tym, że Nawacki przekroczył swoją arogancją zdecydowanie wszelakie granice przyzwoitości.
A potem Pis skarżyć się będzie, jakoby to ta zła opozycja donosi do Unii plotki na temat złych stosunków politycznych w Polsce.
Tak jakby pisowcy zapomnieli, że Polska jest cały czas pod baczną obserwacją Członków Unii i wszystkie próby łamania prawa są tam odnotowywane, by wyciągnąć z tego później konsekwencje, wynikające z zobowiązań, które podjęliśmy wstępując do Unii.
Już teraz wiadomo, że TSUE żąda drakońskiej kary za wprowadzanie zaostrzeń Izby Dyscyplinarnej SN, która może wynosić nawet  dwa miliony euro kary za każdy dzień działalności tej izby. co oczywiście uderzy nie tylko w rząd, ale przede wszystkim w nasza gospodarkę, a więc w nas, Polaków.
I na pewno będzie to bolesne uderzenie, ale może wreszcie ci ciągle pisio optymiści zobaczą, że król jest nagi? Zobaczą, że to tylko pisia propaganda cały czas dawała im złudne nadzieje, a prawda jest zgoła inna, o wiele trudniejsza i niestety bardzo bolesna i niesprawiedliwa, a nawet szkodliwa dla naszego ustroju.
Bo jak mówi stare porzekadło: dopóki się nie sparzysz, nie uwierzysz.
Tylko dlaczego przez arogancję jednych, głupotę innych, wszyscy mamy cierpieć??????
To by było na tyle o polityce, szkoda nawet więcej pisać, bo czarno widzę przyszłość naszej Polski, oczywiście jeżeli wreszcie ludzie nie zaczną myśleć.

„Jolka, Jolka pamiętasz” ………. znów wczoraj polska kultura poniosła wielką stratę, odszedł od nas legendarny muzyk , wybitny kompozytor, lider zespołu Budka Suflera, Romuald Lipko, doskonały twórca znanych polskich przebojów nie tylko Budki Suflera, ale również komponował przeboje i dla innych znanych piosenkarzy i piosenkarek.
Wczoraj w rodzinnym Jego mieście, w Lublinie, w południe z Ratusza prócz tradycyjnego hejnału popłynęła grana na trąbce melodia tego Jego najbardziej chyba znanego i charakterystycznego przeboju „Jolka, Jolka pamiętasz” – tak Lublin żegnał swojego muzycznego Idola.
A tak przy okazji wspomnę tylko pewną historię związaną z tym przebojem, otóż legendarna Jolka rzeczywiście istniała. Wiele lat temu, spędzający nad morzem w Dębkach tekściarz Marek Dutkiewicz poznał śliczną dziewczynę Jolkę, która samotnie, tylko z synem spędzała tam wakacje , podczas gdy jej mąż pracował w tym czasie poza granicami Polski. Nawiązał się między nimi krótki romans, który właśnie Dutkiewicz opisał w swoim tekście, a Romuald Lipko skomponował do niej muzykę i w ten sposób powstał ten kultowy przebój, którego poznaje już kolejne polskie pokolenie młodzieży, gdyż wciąż jest ona na pierwszych miejscach przebojów wszech czasów. Pewnie nie jeden z nas ma miłe wspomnienia związane z tym przebojem, mnie zapewnia on pewien powrót do lat mojej młodości.

Może jednak uda mi się jeszcze troszkę zdrzemnąć, wszak dopiero godzina 7.30., a przede mną dzień pełen wrażeń i muszę wieczorem szałowo wyglądać , nie mogę być niewyspana przecież.
Na całe szczęście dzisiaj też zapowiadają słoneczny dzionek, bardzo dobrze, bo przecież sobota powinna w swoim założeniu być relaksowa nie tylko wieczorową porą.
Miłego dnia, bardzo udanej soboty. Podobno śniegu w górach jest na tyle, że wciąż na narty można tam się wybrać 🙂

Fryzura

Fryzura jest dobra na wszystko, a ponieważ dzisiaj obudziłam się w całkiem podłym humorze (właściwie nie wiem czemu, bo nic specjalnego przecież się nie dzieje) , własnie wybieram się do pani Kasi po mój nowy wygląd.
Prawdę powiedziawszy, nie tylko mój humor spowodował tę wizytę, bo jutro czeka mnie pewna uroczystość, na której wypadałoby wyglądać co najmniej przyzwoicie.
No tak, a za oknem śnieżek zaczyna prószyć, nie wiem, czy tę fryzurę w takim razie do jutra utrzymam, ale zawsze lepiej, gdy te włosy chociaż troszeczkę będą poukładane, bo znów mi zrobiła się szopa a’la zwariowany Chopin po koncercie na głowie.
Fakt, bardzo niesforne mam te włosy i gdy tylko troszkę podrosną,każdy włos w inną stronę się układa, a właściwie nie układa, co mnie denerwuje, a nawet powiedziawszy prawdę dobija, gdy tylko w lustro popatrzę.
A teraz, odkąd mam duże lustro w łazience, muszę bardziej na swój wisus uważać, żebym niczym ten Bazyliszek ze szoku nie padła, bo nawet cucić nie miałby mnie kto. No i po co w takim układzie miałam zrobić tę łazienkę, skoro do śmierci gwałtownej by mnie doprowadziła? no po co?
W takim razie klamka zapadła. ubieram buty, kurtkę, na głowę czapkę, uzbrajam się w parasol i do pani Kasi pędzę, zgodnie ze starą zasadą, że jeżeli kobieta budzi się w złym humorze, to albo powinna iść do fryzjera, albo do Domu Mody po nowy ciuch.
Nowy ciuch już mam zakupiony i czeka na jutrzejszy dzień w szafie, pozostaje mi tylko fryzjer.
Mieszkanie już można powiedzieć wyremontowane, najwięcej kłopotów było z tymi kratkami wentylacyjnymi, ale to już poza mną, nawet łazienka już jest wymalowana, ewentualnie jeszcze jakieś małe niedoróbki są do skorygowania i powiem Wojtkowi już pa, pa, przynajmniej na jakiś czas zamieszkam znów sobie sama.
Jestem wredna, ale to napisze, przynajmniej na kawie zaoszczędzę, bo Wojtek pija ją hektolitrami i nie mogę nadążyć jej kupować.
Ja na ogół pijam tylko jedną, no czasami dwie kawy i to mi całkowicie wystarcza, a dla Wojtka kawa jest po prostu motorem do działania. Nie wiem, czy to takie zdrowe, ale przecież nie mi wypada „wychowywać w zdrowotności” jakby nie było dorosłego człowieka. 🙂 Najwidoczniej jemu kawa służy.
A co poza tym?
Mamy piątek i całkiem niemiła pogodę, co mój humorek jeszcze tylko pogarsza, w dodatku mam kłopoty z moim stacjonarnym komputerem, okropnie się wiesza i najprawdopodobniej bez wymiany dysku się nie obejdzie. Takie niestety jest życie, gdy tworzą się konieczne wydatki nagle okazuje się, że rozmnażają się one w niesamowitym wręcz tempie i wszystko akurat jest pilne do wymiany.
A że ostatnio sporo wydatków w związku z tym remontem poniosłam, muszę teraz pilnie za kieszeń się trzymać, czego przyznam, nie lubię.
Zresztą się i nie da, bo gdy wejdę do sklepu okazuje się, że płacę w tej chwili za podobne zakupy, jakie jeszcze kilka miesięcy temu robiłam niemalże podwójnie, a przecież nie kupuję rarytasów, tylko najbardziej potrzebne do życia towary. A podobno ma być jeszcze drożej, już o podwyżce za elektrykę nie wspomnę. Koniec świata i za słowami słynnego paprykarza powtarzam : JAK TU ŻYĆ PANIE PREMIERZE ????
Tylko, że teraz to już całkiem inny premier, który wciąż nam tłumaczy, że nic właściwie nie podrożało, czyżby nie robił ten pan zakupów? a może ma jakiś specjalnie dla siebie przeznaczony sklep z ulgami?
NIE, ON NAS PO PROSTU BEZCZELNIE O K Ł A M U J E !!!!!!

A a propo’s sklepów: kiedyś przeczytałam, że w którymś mieście, bodajże we Wrocławiu, otwarto samoobsługowy sklep bez personelu, czynny 24 godziny na dobę, nawet w te niepracujące niedziele.Wchodzi się do takiego sklepu i za pomocą aplikacji w telefonie specjalne podnośniki podają nam żądany towar i pobierają od nas stosowną zapłatę.
I taki własnie samodzielny sklep spożywczy otworzył ostatnio Lewiatan też w Krakowie – muszę kiedyś z ciekawości do niego się wybrać, tym bardziej, że jest on trochę po drodze do mojej pracy, na ul 29 listopada, czyli niedaleko już Żabińca.
I ciekawe co na to powie ten Duda od Kacperka, czyli Solidarnościowiec, który tak usilnie walczy o to, żeby sklepy w niedzielę były pozamykane.?
Lewiatan chyba zagrał nie tylko panu Dudzie, ale i całemu Pisowi na nosie, bo przecież według ich ustawy, taki bezpersonelowy sklep nie jest to sprzeczny z pisią ustawą.
HA HA HA, DOBRE, TRZEBA WRESZCIE TĘ DURNA DOJNĄ „DOBRĄ ZMIANĘ” DO KĄTA POSTAWIĆ!!!!

No to życzę fajnego piątku, dobrego humoru (mi nawet w trakcie pisania tego mojego blogu nieco się on poprawił) i miłego oczekiwania na WEEKEND.

odgruzowywanie

Biedny Wojtek, znów go wprowadziłam w maliny.
Poprosiłam go, by przeczyścił mi obie kratki wentylacyjne, w łazience i w kuchni.
Ta w łazience poszła nieźle, wczoraj odgruzowywał mi przewód wentylacyjny w kuchni i matko jedyna ile tam było pyłu, gruzu i różnego innego świństwa. Chyba nie całkiem do końca mu się to udało, bo co prawda u mnie w ciągu wentylacyjnym jest już pusto, nie poniewiera się w nim ten okropny, zapychający gruz, ale gdzieś chyba nade mną jest on przytkany i cug jest nieco słaby. Cóż, wypadałoby zawołać kominiarzy, by to przeczyścili, ale wtedy ten cały pył znów do mnie wleci i trzeba będzie wszystko zacząć czyścić od początku, czyli jednym słowem jest to syzyfowa praca. Pewnie Wojtek przeklina tę chwilę, gdy zgodził się na tę pracę, bo naprawdę natrudził się nie mało, wyglądał niczym górnik, a moja kuchnia, mimo zabezpieczenia specjalną folią, była cała w pyle, trzeba było pucować kuchnię od nowa. Ale sprawa czyszczenia ciągu wentylacyjnego wisiała u mnie już od poprzedniej wizyty kominiarzy, czyli od około roku i wtedy był nakaz oczyszczenia wentylacji, ale tak jakoś czas zleciał na niczym i teraz dopiero, przy okazji mojego remontu w mieszkaniu, zdecydowałam się usunąć ten cały brud z kratek wentylacyjnych – lepiej późno, niż nigdy, zresztą tak po prawdzie, sprawa powinna była być przeprowadzona przez właścicielkę kamienicy, a nie przeze mnie, ale……
Okazuje się, że remont to jest chyba nigdy nie skończony ciąg różnych napraw, a po drodze w paradę wchodzą różne niespodziewane „atrakcje” uprzyjemniające życie. Ce la vie.
Ale wciąż mam nadzieję, że jestem już blisko końca tej psychicznej rujnacji i w najbliższym czasie Renia będzie mogła pięknie, do błysku po tym remoncie mieszkanie moje wysprzątać.
No i wtedy dopiero poczuję, że oddycham pełną piersią i wreszcie zacznę mieszkać normalnie, bez gruzu, pyłu, stuków itp, no chyba, że któryś z sąsiadów wymyśli jakiś remoncik u siebie. Ale bądźmy sprawiedliwi, oni też przez ten miesiąc gehennę wyrków i stuków odchodzących z mojego mieszkania przechodzili, w podobnej sytuacji musiałabym i ja się godzić na takie nieprzyjemne utrudnienia życia.
Ale z tego co pamiętam, nade mną już chyba remont całkowity zrobiono, więc przez jakiś czas powinnam mieć spokój. Ale………
Pewnie jeszcze to nie koniec wizyt Wojtka u mnie, bo pozostaje jeszcze malowanie łazienki i uszczelnianie drzwi w przedpokoju, bo szpara jest tak olbrzymia, że cały chłód z klatki schodowej wpada do mojego mieszkania, drzwi są po prostu wypatrzone, ale przecież nie będę wymieniała całych drzwi, może uda się je jakoś inaczej zabezpieczyć, No i jeszcze wyszła sprawa mojego zabezpieczenia elektryki, nie wiem, czy uda się to bez wymiany instalacji elektrycznej, bo na to już się nie piszę, może wystarczy tylko wsadzić. silniejsze bezpieczniki, żeby mi one nie wysiadały, gdy włączam na przykład i piecyk elektryczny i czajnik elektryczny.
Namówiłam też właścicielkę Kasię na zamontowanie poręczy przy schodach wejściowych, są one kamienne, dosyć ostre, niestety bez poręczy, wiec niebezpieczne. Zawsze mam kłopoty przy schodzeniu, gdy mogę opierać się tylko o ścianę, a przede mną „wyrczy” przerażająca mnie przestrzeń. Może dla innych osób nie jest to problemem, ale zawsze, gdy stanę u szczytu schodów zaczyna mi się kręcić w głowie, więc staram nie patrzeć się w dół, tylko na najbliższy schodek i wtedy ta dal jakoś mniej mi tańczy przed oczami, nie rozpływają mi się w oczach te kropkowane schody i widzę, gdzie jest koniec następnego schodka.
Nie mniej jednak te kilka ostrych schodków nie jest bezpieczna, szczególnie dla osób starszych i mniej sprawnych, więc już kiedyś tę sprawę z Kasią poruszałam, teraz jest okazja, by to zmienić.

REMONT, remont……..remont opanował mój blog ostatnio, ale to wszystko jest dla mnie naprawdę bardzo poważnym problemem i raz jeszcze dodam, że jestem szczęśliwa, że na to się zgodziłam no i jakoś ten remont przeżyłam.
Mam bardzo ładną i bezpieczną łazienkę, mam wygodną kuchnię no i teraz pora wyjść na klatkę schodową 🙂

Zima chyba powróciła na dobre, to znaczy w Krakowie śnieg nawet nie leży na jezdniach, ale jest chłodno. Rano temperatura była na niewielkich minusach, teraz jest już 0 stopni, więc też żadna rewelacyjna nie jest to temperatura, szczególnie, gdy wieje dokuczliwy wiatr.
Nasze małopolskie dzieciaki kończą już (niestety) swoje ferie, teraz zaczynają je inne województwa, niech i te dzieci trochę zimą się nacieszą.
A ja na czwartek życzę pogody ducha i sporo uśmiechów, które może chociaż troszeczkę tę ponurość dnia rozpromienią.
Wszystkiego dobrego !!!