Nie jest najgorzej…


Nawet niezły był ten wczorajszy poniedziałek.


Humoru dodał mi fakt,że waga znów poszła w dół…może nie rewelacyjnie,ale w dół…..


Więc na 17 października,czyli za równe 3 miesiące od dzisiaj, wyznaczyłam sobie granicę, do której mam zmierzać w kolejnym etapie.


A to jest o całe 20 kg mniej,niż teraz.


Nie mam pojęcia,jak mam to zrobić,ale muszę wszystko uczynić,by tą wagę osiągnąć.


A potem pomyślę o……dalszym odchudzaniu.


W każdym bądź razie, moje nóżki już ten ubytek 10 kg zarejestrowały,o wiele lepiej mnie w nagrodę noszą……..


Z oczywistych względów wielkości docelowej wagi nie podaję,bo i tak będzie ona ciągle ogromniasta……


Kiedyś zrobiłam sobie prywatną koniugację wagową: gruba,bardzo gruba,tęga,bardzo tęga,potwór….


Ten ostatni stopień już minęłam,bezpowrotnie minęłam,teraz cofam się pomału do tyłu…..


I obym wytrwała tym razem do końca…..


To tyle o wadze,bo chyba przynudzać zaczynam,ale w końcu to jest mój własny blog i pisać  w nim mogę ,co mi się podoba….


Prawda???????


A co poza tym?


Jest jak jest,bardzo ciepło (ale nie upalnie,jak powiedział dzisiaj p.Kret w TVP,bo upały zaczynają się dopiero powyżej 30 stopni Celzjusza),jak zwykle pracowicie…..


Można by powiedzieć,że prawie mam urlop,bo przecież codziennie mam spacerek po wsi,haha,przynajmniej w jedną stronę mam przymusowy spacerek.


A że  i tam troszkę pracuję?????


Wczoraj śmiałam się,że czuję się w Kalmarze,jak na Karaibach,bo wiatraczek taki przyjemny świeży wiaterek mi zapewnia…. 


Więc nie narzekam,tylko idę spełniać moją codzienną powinność.


Paaaa paaaaa.