Przyjechał po mnie Maciek z Elą i dzewczynkami i jak hrabina pojechałam sobie na cmentarz.I bardzo dobrze, bo dzisiaj tramwaje przeładowane takie…..
Chwilę poodwiedzalismy naszych Kochanych przodków……podumałam chwilkę nad grobem Rodziców,ale akurat zaraz tuż obok stali jacys obcy ludzie, tak, że nawet sobie z moimi drogi,i Zmarłymi porozmawiać spokojnie nie mogłam.
Mam nadzieję, że wiedzieli, co im chciałam powiedzieć…..
W drodze powrotnej "wskoczyliśmy" na małe co nieco do "Srebrnej Góry".
No i małe i co nieco to wcale nie było : przystawka-serek owczy na gorąco, potem jadłam kołduny litewskie w rosole ( ulubione danie mojego taty}, na drugie placki po węgiersku z zestawem surówek, a na derser oczywiście mała kawusia i…szarlotka na ciepło z lodami i bitą śmietaną.
Nawet Kubuś Puchatek z takiego "co nieco" byłby chyba zadowolony.
Jejku, ledwo do samochodu doszłam, taki pełen bandzioszek miałam….chyba przez tydzień na jedzonko się nie popatrzę, zwłaszcza, jak te smakowitości wspominać będę.
Przy okazji usłyszałam kulinarne wspomnienia z Grand Canaria – gdzieś tam podczas jakiejś wycieczki wstąpili młodzi z dziećmi do restauracji.Polskim zwyczajem każdy zamówił sobie potrawę, nie przypuszczając, że tam zamawia się jedna potrawę na dwoje- troje osób- takie porcje podają
Otóż nasza mała pchełka, Wikusia ,zamówiła sobie kurczaka z frytkami, po czym na stole stanął półmisek z calusieńkim pieczonym kurczakiem, a nie jak u nas np porcja piersi, czy nóżka.
Ale miałas głupia minę.
Na szczęscie w "Srebrnej Górze" takich porcji nie podawali, ale trzeba przyznać, że jedzonko było szybko serwowane i nad wyraz było smaczne.
Chyba jakieś dobre duchy nademną dzisiaj czuwały, które podszenęły mi,abym zatelefonowała rano do Macka……..
Podróż tan i spowrotem miałam super luksusową, no i na pyszny obiadek się załapałam……
Dziecko szczęścia.
A mówiłam, że to będzie smutny dzień…otóż nie do końca….
