Dzisiejsza data sama ciśnie pod rękę temat, o którym należy wspomnieć.
26 lat temu obudziłam się w śliczny ,mroźny, niedzielny poranek.
Zdziwiło mnie nieco, że po włączeniu telewizora nie pokazał mi się żaden program ( chyba wtedy już były trzy programy, w tym jeden lokalny, chociaż nie jestem pewna).
Wzięłam swoją bokserzycę Tinusię na spacer do parku Jordana i tam dowiedziałam się dopiero, że w nocy wprowadzono stan wojenny.
Byłam przerażona, jak chyba wszyscy wówczas.
Nikt nie wiedział jaki los go czeka, ja byłam tym bardziej przestraszona, że posiadałam wówczas kartę mobilizacyjną (personel medyczny , obojętnie na wiek i płeć podlegał wówczas wojskowej ewidencji).
Nawet przy pomocy mojej rodziny, zaopatrzona na drogę w sernik od sąsiadki, stawiłam sie do mojej jednostki w Szpitalu Wojskowym, gdzie miałam przydział. Na szczęście okazało sie, że w tym chaosie nawet tam nie panowali nad sytuacją i odesłali mnie o domu.
Na drugi dzień w przychodni dostałam następna kartę mobilizacyjną, mimo moich protestów, że jedną taką juz posiadam, zresztą do całkiem innej jednostki wojskowej i wówczas zaczęłam się modlić, żeby rzeczywiście nie wprowadzili powszechnej mobilizacji, bo napewno w którejś z tych jednostek musieliby potraktować mnie jako dezertera.
Ten chaos trwał całe trzy lata, z tym, że w późniejszym już okresie może rygory stanu wojennego nieco zelżały, chociaż były napewno utrudnieniem codziennego życia.
Przede wszystkim wprowadzenie godziny policyjnej ograniczało poruszanie się po mieście ( jak naprzykład miałam mojemu pieseczkowi wytłumaczyć, że siusiu może robić tylko do godz 20-22, a potem już nie wolno nam wychodzić na ulicę??), a i w dzień nie całkiem było bezpiecznie chodzić po ulicach, bo nigdy nie wiadomo było, kiedy człowiek natknie się na wodne armatki przejeżdżających akurat ulicami zomowców.Spotkanie z nimi nigdy nie należało do przyjemnych, obojętnie, czy było się w tym momencie demonstrantem, czy przypadkowym przechodniem .
Na szczęście ten koszmar minął jak zły sen, ale nie wszyscy zapomnieli…właśnie oglądam w programie Kawa czy herbata heppenimg , urządzany przez warszawską młodzież, pod tytułem młodzież pamięta.
I bardzo dobrze, bo chociaż biorący udział w tym heppeningu młodzi urodzeni są wiele lat później niż
ten koszmar się odbywał, napewno należy wracać do tych czasów, traktować jako jeden z tragicznych momentów powojennej historii Polski i pamiętać, że to kiedyś naprawdę się działo.
Ale na szczęście dzisiaj mamy o wiele spokojniejszy dzień, niż ten sprzed 26 lat , spokojnie więc wyruszam do mojej pracy.
A swoja drogą, nie lubię trzynastki……..
Tfu, na psa urok.