
Dlaczego ogórek nie śpiewa??
Oróż ostatnio zaśpiewał i powiało grozą.
A podobno wszystkiemu winne były hiszpańskie ogórki.
Jednak się obroniły, to nie one winne były temu całemu zamieszaniu na wszystkich
możliwych europejskich rynkach .
Jak to jest, wszyscy zawsze powtarzają: jedz warzywa, bo w nich samo zdrowie tkwi.
Otóz niekoniecznie, czasami może sie jakiś złośliwy wirusik w nim przemycić i wtedy
larum się wielkie podnosi. No nie dziwię się, że popdnosi, bo jednak kilka śmiertelnych
przypadków się zdarzyło, na szczęście nie w Polsce, bo znów były by pewnie podstawy
do postawienia minister pani Ewy Kopacz tym razem chyba przed Trybunałem Stanu.
Skoro pana premiera Tuska chcą postawić przed komisją parlamentarną za jakąś niewinną
niby dygresję o guziczkach widać, że polska polityka ginie gdzieś w oparach absurdu.
Teraz każdy Peowiec musi bardzo uważać na swoje każde słowo, bo może to być użyte
przeciwko niemu przez opozycję, która sama chlapie czasami językami co popadnie,
ale widać opozycji to przystoi, partii rządzącej nie.
A co znów w tym dziwnego, że premier może trochę za łakomym okiem spojrzał na
nieco wyletnioną dziennikarkę, czy niewinny komplemencik można odrazu przejawem
seksizmu nazywać? Duża przesada panowie i panie posłanki, tym faktem oburzone.
Bo najdziwniejsze w tym wszystkim, że to oni własnie, a nie rzeczona dziennikarka tym
faktem zostali zbulwersowani i ostro z trybuny zagrzmieli.
Kiedyś pan Brzechwa napisał piękny wiersz „Na straganie”, wczoraj bardzo pięknie pan
Kawusia, uwzględniwszy juz dzisiejsze realia też o warzywkach wierszyk napisał.
Ba, tylko za czasów pana Brzechwy nie było takich wirusowych zawirowań, chociaż, kto wie,
czy nie było, wszak i wtedy pewnie nie wszyscy tak o higienę dbali, może po prostu wtedy się
o tym tak nie pisało. Media nie były wtedy tak szeroko rozwinięte i o kilku przypadkach
śmiertelnych nie wspominały, no chyba, że juz panowała jakaś epidemia hiszpanki czy jakiejś
innej zarazy.
A ja wczoraj przeprosiłam się ze swoimi trzema ogórkami, leżącymi w lodówce.
Odczekałam, bo skoro zjadłam mizerię w niedzielę i żyję ( bez jakiś specjalnych żoładkowych
kłopotów0, a po drugie wyraźnie widać było, że to były nasze rodzime ogórki – małe i całkiem
zakręcone,a w końcu też i te ogórki uniewinnili, to stwierdziłam, że niewiele ryzykuję robiąc
sobie pyszną mizerię na kolację,
Teraz czekam ( a raczej nie czekam) na reakcję, ale powinno być spokojnie.
Odrazu przypomina mi się inna ogórkowa historia: dawno, dawno temu, gdy pracowałam
jeszcze w przychodi na Azorach ( dla niewtajemniczonych: to dzielnica Krakowa, a nie słynne
wyspy) miałam jako pacjentkę taką bardzo miłą babunię, która wielce zawstydzona wyznała
mi ( tylko podobnie mi się do tego przyznała), że po raz pierwszy w życiu, z przypływu
niezadowolenia dziadek uderzył ją krzesłem i rozwalił jej nieco głowę
stołkiem.Babcia była tak szczęśliwa z tego faktu, że znalazła dobrą duszę, z którą tym faktem
podzielić się mogła, że przez dłuższy dzień przynosiła mi w podziękowaniu właśnie ogórki.
Miałam ich wtedy taką ilość, że chętnie rozdawałam je koleżankom i kolegom, bo już
na widok ogórków dostawałam trzęsionki.Na szczęście po jakimś dłuższym nieco czasie
babcia widaću znała, że swój dług wdzięcznosci juz spłaciła ( nawet dostałam od niej koper do
kiszenia tych ogórasów) i sezon ogórkowy, ku mojej wielkiej uldze już się zakończył.
Teraz wspominam to z uśmiechem, ale wtedy było to dla mnie bardzo kłopotliwe, jako, że po
pierwsze krępowała mie ta babcina hojność, a po drugie akurat wtedy miałam jeszcze
kamienie w woreczku żółciowym i ogórki były akurat dla mnie towarem zakazanym.
Na szczęście kamieni się pozbyłam, woreczka też i teraz ogórki nie są dla mnie szkodliwe, o ile
oczywiście nie pochodzą z terenów zagrożonych pałecząa E- coli.
Po wczorajszej burzy pogoda zdecydowanie nam się skisiła, słoneczko nie świeci , a ciemne
i szare chmury powodują, że mimo, że juz jest siódma rano mam całkiem ciemno w pokoju.
Ale za to można odetchnać pełną piersią.
Chociaz podobno dalsze burze nad Polską wiszą i dzisiaj mogą nas nieco postrazyć
Osobiście nie lubię burzy, nawet gdy jestem w domu, ale to są właśnie uroki wiosennej
i letniej pory.
Mimo to życzę chociaż pogody ducha na dzisiaj, skoro inna pogoda jest nieco
naburmuszona.
P.S. Wczoraj przyszła do mnie smutna wiadomość : Benek, bernardyn mojej sioistry
odszedł sobie wczoraj na psią , wiecznej szczęśliwości łączkę.
Przypomniałam sobie, jak ja z moim szwagrem przywieźliśmy taką małą kulkę spod Tarnowa
kilka dobrych lat temu.
Bądż szczęśliwy Beniu tam w zaświatach, może drugie twoje życie będzie bardziej radosne
niż tu na ziemii??
