Od wczoraj już wiem, że trzynastka może być szczęśliwa.
Ale od początku. Wczoraj po godzinie 11 rano przyjechał po mnie Jacek i zabrał mnie do Modlnicy.
Zapowiadał się miły ciepły dzień, tym czasem owszem, nie było zimno ale wiał chłodnawy wiaterek, który nieco przeszkadzał nam w siedzeniu na tym tarasie.
Ale do czasu, popołudniu wiatr ustał całkowicie i zrobiło się wspaniale, cieplutko, milutko i wesoło, bo przyjechała rodzina Jacka, tzn Aga z mężem i z dzieciaczkami i zrobiło się bardzo gwarnie i wesoło. Szkoda tylko, że nie było z nami Jasia, który pojechał do babci na wakacje.
Podziwialiśmy pierwsze kroczki małej, uroczej Róży, która wcale nie bała się upadków na trawę, natychmiast wstawała i z wielką radością maszerowała dalej.
Oczywiście nie zabrakło wspólnego grilowania, czego tam nie było: i pyszne szaszłyczki i kiełbaski i golonka…… same smakowitości. Pewnie mój żołądek dzisiaj odpowie mi, co myśli o takim odżywianiu, ale trudno, żyje się raz……..
Mieliśmy też i inną radość, Magda przyniosła wczoraj do domu nowego, małego kotka. Niestety poprzedni ich kotek Rudasek stracił głowę idąc w amory do jakiejś kociej panny. Mały kotek jest śliczny, taki burasek o przepięknych oczkach i jak na elegancika przystało, ma piękny biały krawat na szyi na brzuszku.
Nawet sobie nie wyobrażacie ile energii posiada takie maleństwo.Zaraz po przyniesieniu go do domu Magda i Jacek wsadzili go do klatki, aby nieco się do nowego środowiska przyzwyczaił, bali się, że im ucieknie gdzieś w krzaki i przepadnie. Kotkowi wcale nowe pomieszczenie nie przypadło do gustu, więc z dziką awanturą miotał się, starając się ząbkami przegryźć kratkę. Kocie wrzaski wyglądały bardzo groźnie, dopiero gdy się nieco zmęczył przemieniły się w takie bardzo ciche i żałosne miau. Jacek zlitował się nad biednym więźniem ( chociaż bardzo biedny nie był, bo miał tam szmatkę do lezenia, spodek z wodą, spodek z jedzeniem i nawet kuwetę) wyciągnął kotka z klatki i zaniósł do salonu, kotek ani myślał uciekać, od razu wskoczył na miękkie krzesełko i smacznie zasnął. Trzeba było tylko uważać, gdy wychodził na zewnątrz, aby gdzieś w te krzaki nie pouciekał, trudno by go wtedy było znaleźć. Czeko był nieco smutny po stracie swojego przyjaciela i też wykazywał wobec nowego kolegi przyjacielskie zamiary ,ale kotek nie dowierzał nowemu koledze, na wszelki wypadek się srożył i fukał na niego.Ale wszystko jest na dobrej drodze, może się zaprzyjaźnią ( Czeko wykazuje całą swoją ku temu dobrą wolę),chociaż…… pies był nieco zazdrosny, gdy Jacek z kotkiem w klatce zamknął się przed nim na noc w swoim pokoju. Ciekawe jak długo pies będzie czuł tą urazę, ale znając jego pogodne usposobienie, pewnie już mu to wybaczył.
Pod wieczór goście sobie pojechali, a ja z Magdą do późnego wieczora siedziałyśmy sobie na pięknie oświeconym tarasie, nawet nie oglądałyśmy meczu, mimo, że tak się zarzekałam.

Ale i tak wszyscy wiemy, że Mistrzami świata zostali (tak jak przypuszczałam Niemcy)
A ponieważ do końca nie byłam pewna komu kibicować, nie oglądałam meczu i już.
Późny wieczór był bardzo frapujący bo….wiadomo, gdy kota nie ma, myszy harcują,(mały kotek na łapanie myszy jest za głupiutki), więc gdy mnie Olcia poinformowała, że w łazience „grasuje” mysz, zaczęłam do łazienki chodzić na wszelki wypadek z……miotłą.
Ja co prawda myszy nie widziałam, ale może i ona się mnie boi i się w związku z tym gdzieś wyniosła, lub schowała się gdzieś w mysiej dziurze
Ciekawy i przyjemny miałam więc ten wczorajszy dzionek, co niniejszym opisałam, ale dłużej pisać nie mogę, bo mały kotek odkrył, że laptop to fajna sprawa i zaczęła mi skakać po klawiaturze, uniemożliwiając moją dalszą działalność literacką.
Zresztą dzisiaj poniedziałek i najwyższa pora zabrać się za siebie.
Fajnego dnia, chociaż to tylko ( dopiero) poniedziałek.
