MOJRY


 

Nawiedziły mnie wczoraj w chorobie Trzy Mojry, czyli trzy Ukochane Moje Dziewczyny Oliwia, Daria i Wiktoria.
I od razu poczułam się lepiej, o wiele zdrowsza.
Posiedziały, pogawędziły, zrobiły biednej chorej Cioci kawusię i popędziły do apteki po antybiotyk.
Jednak bez antybiotyku się nie obeszło, choró0bsko co chwile wracało. I od razu przypomniałam sobie czasy, gdy ja, jeszcze wtedy piękna i młoda w drodze ze szkoły odwiedzałam Ciocię Jankę i Babcię Helenkę. Też zawsze były bardzo zadowolone z mojej wizyty, bo to tak miło jest na chwilę samotność przerwać i porozmawiać z kimś młodszym.
Nie, żebym na samotność znowu narzekała, ale przyznam się, że ostatnio w tej mojej chorobie się zaniedbałam, jakoś całkowicie w niej zatopiłam, zapominając, że jest przecież wiosna. No tak, ale ledwo na świeże powietrze na chwilkę wyszłam, nów czułam nawrót tej mojej grypy.
Mam nadzieję, że teraz, po zażyciu antybiotyku, będzie o wiele lepiej. Nie mogę przecież przespać wszystkich popołudni pod kocem.
A poza tym, taka wizyta tych właśnie moich Panien przyprowadza mi moje wspomnienia, te dobre, wspaniałe lata, gdy żyła moja siostra, gdy jeździłam do Modlnicy….. Wtedy pewnie miały więcej wolnego czasu, teraz zajęte nauką, egzaminami, czy treningami nie za bardzo mają czas, by się do mnie wybrać.
A jednak wczoraj umówiły się wszystkie trzy i radość wielką mi przyniosły swoją wizytą.
Przykro mi tylko, ze nie miałam ich czymś poczęstować, ale to się zmieni, następnym razem zaproszę Je na obiad własnego wyrobu. Tylko wcześniej muszę już całkowicie wydobrzeć.
Właściwie to już dawno obiadków nie gotowałam. Z  V.I.P:.em mamy teraz ciche dni, nie utrzymujemy ze sobą kontaktów, tak jakoś się porobiło dziwnie.
Co prawda nie zarzekam się, że tak już będzie zawsze, bo to już nie pierwsze takie nasze dłuższe rozstanie, zawsze potem jakoś znów wracaliśmy przyjaźnie do siebie.
Ale na razie jest jak jest i nic nie wskazuje, by w najbliższym czasie zmienić się mogło.
W związku z tym, jeżeli nawet obiadki gotuję (a zawsze jednak coś ciepłego przydałoby się zjeść), są one bardzo skromne i raczej jednodaniowe, czyli albo zupa, albo jakieś niewielkie drugie danie. Zresztą przy tej ostatniej mojej infekcji przyznam, że apetyt raczej ode mnie odszedł, jeżeli cośkolwiek jem, to raczej  z rozumu, że jednak organizm trzeba trochę odżywić, niż z uczucia głodu.
Ale znów tak bardzo tym się nie martwię, przecież w moim założeniu jest jeszcze „zbicie” około 5 kg żywej wagi.
Dzisiaj już skromne zakupy w pobliskim sklepie porobiłam. Najważniejsze, ze kupiłam swój ulubiony ciemny chleb „Bochenek”, właściwie jedyny, który mi smakuje.
No oczywiście czasami przegryzam go „tekturą”, też jadalna, chociaz już troszeczkę mi się znudziła.
Pogoda trzeba przyznać jest troszkę dziwna, niby nie jest zimno, ale też jakiegoś upału nie czuć. Inna sprawa, że teraz dosyć specyficznie odbieram temperatury, nie narzekam na jakieś niebotyczne upały, raczej jest mi ciągle chłodno, nawet w domu.
Grypa to, czy już starość – sama nie wiem, pewnie niedługo o tym się przekonam.
Życzę Wszystkim przyjemnych ostatnich dni miesiąca maja. Znów kolejny miesiąc tak szybko przeleciał, już pomału będziemy wkraczać w drugie półrocze, potem tylko lato i……
Ale co się będę martwiła na zapas. Na razie miłego weekendu wszystkim życzę.