Nareszcie

 

 

 

 

Nareszcie pokonałam (chyba) choróbsko. Dzisiaj wstałam w radosnym nastroju, nie kwiląca, nie jęcząca i nos już nie jest taki zatkany. No może troszkę nie dosłyszę na uszy, ale i to przejdzie, najwyżej czeka mnie wizyta u laryngologa.
Chyba nie potrzebnie zwlekałam z tym antybiotykiem, wczoraj zażyłam już drugą tabletkę i co – są efekty! i to same pozytywne efekty.
Takie niepozorne trzy tabletki antybiotyku i……. mnie akurat to całkowicie pasuje, bo po pierwsze nie na widzę długo zażywać te tabletki, chociaż do nich pewnie już się przyzwyczaiłam, całą garść rano muszę ich sobie pochrupać, ale cóż, pesel.
A pomyśleć, że jeszcze całkiem nie dawno (chociaż dawno to całkiem względne pojęcie) mogłam nie myśleć o tych paskudztwach, które nie umilają mi życia
Przypominają mi się czasy, gdy  jeszcze pracowałam w Szpitalu Kolejowym i moja koleżanka Dana zawsze po śniadaniu wyjmowała z torebki cały worek swoich lekarstw, które po śniadaniu musiała spożyć. No a potem, gdy jeździłam do mojej siostry do Modlnicy, Ania też zawsze dzień zaczynała od śniadania i całej masy różnych tabletek. Otrząsałam się wtedy z niesmakiem i myślałam sobie: jak to dobrze, że ja jestem od tych świństw wolna. Do czasu, niestety, do czasu, przyszła i kryska na Matyska. Teraz mam aż dwie podręczne apteczki w domu, jedna to worek z zapasem lekarstw (zawsze kupuję ich na mniej więcej dwumiesięczną kurację), a druga już niewielka saszetka, w której mam odłożone po listku lekarstw, które codziennie zażywam i które w miarę potrzeby ze swojej olbrzymiej apteki uzupełniam. A jest ich trochę, oj jest, na szczęście zażywam je tylko raz dziennie, ale i tak jest to dla mnie wystarczająco denerwujące, na sam ich widok robi mi się mdło.

Wiecie, że zrobiła się dzisiaj piękna, słoneczna niedziela? Aż miło patrzeć, jak sporo słonka mam teraz w swoim pokoju. Teraz, bo za jakieś 2-3 godziny będzie się robiło  w nim coraz ciemniej, drzewa z parku skutecznie zasłaniają mi takie piękne słonko. Okna mojego pokoju wychodzą na wschód, dlatego   tylko rano jest w nim ślicznie, potem już sporo słonka mam tylko  od strony kuchennej.
Ale bardzo dobrze, ze mam tam bardzo wygodną kanapę, na której sobie mogę siedzieć i podziwiać zielone rośliny widoczne z mojego balkonu.
Widok jakże inny, niż na ul Smoleńsk, tam z kuchni widać było tylko mur tyłu domu, który stał obok i zawsze było tam smutno, ciemno i ponuro.
A tak, mogę sobie usiąść w kuchni, napić się kawusi, czy herbatki, poczytać gazetkę i….no właśnie i mogę zapalić sobie papieroska, zwłaszcza w taki piękny dzień jak dzisiejszy, gdy mogę drzwi balkonu otworzyć na oścież. No może nie ma tam tylko telewizora (mam go w dużym pokoju), ale swoją drogą coraz rzadziej go oglądam, bo tak praktycznie mówiąc, nie wiele jest w nim ciekawych programów, wolę sobie już pooglądać to c0 lobię na komputerze.
 Stacjonarny komputer też mam w pokoju, ale zawsze mogę (dzięki WiFi) popracować sobie na laptopie, który w kuchni też działa, no chyba, że akurat jest słaby sygnał (bo i tak si zdarza) i wtedy niestety mam z tym kłopoty.

Ale kto w taki piękny niedzielny poranek telewizję by oglądał.
Trzeba się ubrać i na chwilkę do parku zaglądnąć, póki jeszcze zdecydowanych śladów remontu w nim nie widać.
Potem nawet pewnie nie będzie można usiąść tam na ławeczce…….
No to życzę przyjemnej niedzieli