Ale miałam dzisiaj sen.
Śniło mi się, że przyjechał po mnie , jak w bajce, przystojny książe.
Co prawda to był tylko brunet bez korony, ale fakt, że przystojny i przyjechał nie na białym koniu, ale za to czarnym mercedesem.
A wszystko to działo się w kuchni mojego starego mieszkania, do którego przyszłam w odwiedziny. Wiedziałam, że już tam nie mieszkam, że to tylko wizyta.
Siedzieliśmy z Moniką i Tomkiem i popijaliśmy jakiś pyszny alkohol (??), gdy własnie dowiedziałam się, że po mnie ktoś przyjechał. Dalszy ciąg snu pamiętam tak tylko przez mgłę, dokładnie nie wiem, gdzie z tym księciem pojechałam, wiem tylko, że była tam też jego….żona, z którą się własnie rozwodził.
Dziwne te sny, nieprawdaż?
Ale gdy obudziłam się, po księciu i jego żonie już śladu nie było, za to pozostała szara rzeczywistość w postaci nierozruszanych i trzeszczących kolan,
Cóż, trzeba było poranną gimnastykę kolana uskutecznić i ………rozpocząć dzień oczywiście od kawusi, bo inaczej pewnie kiepski to był dzień.
A i wszystkie zdrętwienia i sztywności po pewnym czasie zanikają, więc nie ma się czym martwić, boli mnie coś rano? to oznacza, że wciąż jeszcze żyję.
A że taka jest rzeczywistość? Cóż, wystarczy spojrzeć na pessel.
Owszem, bywają panie w moim wieku bardzo sprawne ruchowo jeszcze , na przykład biegające z kijkami, albo opiekujące się wnukami, moje życie jednak wygląda tak, jak wygląda i nie wiem, czy bym, go chciała zmieniać.
Grunt, że jeszcze wciąż w przychodni jestem komuś potrzebna, to wyraźnie mnie do życia pobudza.
Zresztą, z ręką na sercu, nigdy za nadmiernym ruchem nie przepadałam, ani za pieszymi wycieczkami też nie, dlatego po pierwszych ćwiczeniach w plenerze musiałam zrezygnować ze studiów geologicznych, bo jednak nie nadawałam się na wyprawy w celu szukania różnych geologicznych okazów, nigdy nie miałam na to odpowiedniej kondycji.
A teraz…. no cóż, pieczołowicie zarobiłam na to moją „nieruchomość” kostną, ale czy to jest najważniejsze?
Grunt, że umysł mam jeszcze wciąż klarowny no i że nadal jestem jednak samodzielna, chociaż nawet mam nie raz kłopoty z otwarciem na przykład słoika, czy z oberwanym, jak ostatnio, uchwytem na słuchawkę prysznicową. Cóż, widać, za dużo energii zużyłam przy kąpieli i mam teraz kłopot, bo nie wiem, czy to da się naprawić? Ale od czego mam Złota Rączkę – Macka? – już On na to coś chyba zaradzi.
A tak w ogóle, to bardzo dobrze, że mam takie niewielkie to moje mieszkanko, tylko 4 kroki do łazienki, 6 kroków do kuchni, co jest bardzo użyteczne, zwłaszcza rano, gdy jeszcze nie najlepiej chodzę, jestem jeszcze nie rozruszana.
No i sprzątania za wiele nie ma, zresztą jestem sama, nie ma mi kto więc nabrudzić.
Kota ani psa też nie mam, chociaż czasami to mi tęskno za jakimś zwierzakiem, ale na psie spacerki raczej się nie nadaję, a o kota musiałabym stale się martwić, że mi ucieknie przez balkon i gdzieś przepadnie.
Zresztą owszem, lubię koty, ale u kogoś, a nie u mnie i zdecydowanie wolę jednak psy. Może dlatego, że je kiedyś miałam….. Szczególnie lubię te z krótkimi pyskami ( boksery, buldogi), ale to już przeszłość. Nie ma i już.
No chyba, że wygram w tego europejskiego Lotka, wtedy kupię sobie domek z dużym ogrodem i oczywiście z psem.
Zaczęłam wpis marzeniem o księciu, kończę wpis marzeniem o domku, ale człowiek musi czasami pobujać w swoich fantazjach, inaczej całkowicie by już zdziadział.
Wiecie, że dzisiaj już mamy piątek?
No to cieszmy się weekendem, zwłaszcza, że zapowiada się, że będzie ciepły i pogodny.
