Była niedziela…

 

 

Minęła niedziela, kolejna i kolejna, zimna, pusta, nijaka.
Nic specjalnego, o czym bym mogła napisać się  nie działo.
Nigdzie nie byłam (no, tylko w Buczku kupiłam moje ulubione jaśkowe paluszki), nikt u mnie nie był.
Czyli spokój, cisza i senność, bo taka jest jesień, a właściwie prawie już zima, chociaż na razie śniegu nie widać.

I bardzo dobrze, chociaż przewidywane są jutro nawet jakieś śnieżne opady.
Może i będą, bo kolanka dają mi do wiwatu, zwłaszcza to lewe.
Na razie „trenuję” nowe botki i…jest coraz lepiej, chociaż pod wieczór  stopy mi nieco odpadają, takie mam odczucie.
Ale w pantoflach przecież po ulicy chodzić w zimie nie mogę, zresztą w żaden dzień, nawet świąteczny pantofle nie są najlepszym obuwiem. Co z tego, że wygodne?????
W dodatku dokucza mi nagniotek, którego podobno według pani Eli – pedikiurzystki nie ma.
Otóż jest, gdzieś schował się dziad, ale daje o sobie boleśnie znać.
Czasami tak mnie kuje, że aż coś w mózgu mi świdruje,  czuję, jakby mi ktoś tam świderek włączył i mnie dręczył.
No nic, jakoś sobie trzeba radzić, jak mawiał góral zawiązując buta dżdżownicą.
Lubię to powiedzenie, pokazuje, że zawsze jakieś wyjście z sytuacji się znajdzie, nawet tej wydającej się beznadziejną.
Odczekam jeszcze tydzień, niecałe dwa i znów panią Elę odwiedzę.

Dzisiaj rano telefonowałam do  kancelarii pana radcy, tego od egzekucji mojego długu w Tauronie.
No cóż, niestety sprawa została już wniesiona do sądu i nie można jej (podobno) cofnąć, muszę więc ponieść konsekwencje finansowe za rozprawę, na szczęście zmieszczę się w granicach 100 zł, plus oczywiście dług 400 zł.
Muszę więc czekać do lutego, bo wtedy mam termin rozprawy, ale wcześniej muszę napisać pismo z prośbą o rozłożenie długu na raty.  Pismo mam skierować do Kancelarii, a panie dopiero skierują moją prośbę do Taurona , a ci wyrażą lub nie wyrażą zgody na  rozłożenie długu na raty..
Zawracanie głowy, cała ta procedura jest dziwnie zakręcona, a chodzi chyba tylko o to, żeby wyciągnąć od petenta pieniądze.
Podobno jak nie wiadomo o co chodzi, zawsze chodzi o to samo, o pieniądze.
Przecież nie łatwiej by było, gdyby od razu zgodzili się na te raty, które już mogłabym zacząć spłacać, a nie czekać w nieskończoność, aż sprawa o sąd się oprze. A mówią, że sądy  są nierychliwe. Przecież ugodę można bez tych wszystkich zawirowań załatwić, przynajmniej tak mi się zdawało, ale okazało się, że to wcale nie jest takie oczywiste.
Ach ta polska biurokracja.

Ale na razie mam jeszcze czas na rozmyślania, do lutego sporo czasu, prawie 3 miesiące, a przecież już prawie do tego czasu mogłabym była spłacić większość długu. Widać tak bardzo  Tauronowi moich pieniędzy nie brakuje….

Co ciekawego nas czeka w tym tygodniu?
Nie ogarniam już tego co się w Polsce dzieje, więc zamykam się w mojej anty politycznej skorupie i daje czas na przeczekanie.
Niech się dzieje wola nieba…..

Dobrego tygodnia, fajnego poniedziałku