dzisiaj na pewno jest niedziela

 

Coś wczoraj mi się pokręciło w moim kalendarzu, kartki się w nim skleiły, czy co?
Ale pisząc blog, zresztą też i we wpisach na Facebooku umieszczałam wczorajszy dzień w niedzielnej szacie.
A tu masz, dopiero dzisiaj jest przecież niedziela.
No i dobrze, że jest, przynajmniej jeszcze sobie dzisiaj odpoczniemy.
Zakupów nie ma co robić, bo wszystko takie drogie, nic właściwie do tej siatki człowiek nie wkłada a już „stówa” z kieszeni ucieka.
Szkoda, że nie można takich „stów” posiać na mojej fermie, ale bym wtedy bogata była.
Ale do braku zakupów trzeba pomału się przyzwyczajać, bo wszystko najlepiej wiedząca  partia  PIS już przegłosowała, że od nowego roku, czyli już niedługo, sklepy będą w niedzielę  zamknięte.
No to o suchym pysku, o głodzie i chłodzie kobiety będą „świętowały” z rodziną przy pustym stole, bo gdy nie będą pracowały, pieniążków niestety im nie przybędzie.
Pocieszające jest to, że na tacę w kościele też zabraknie mamony, bo chyba lepiej kupić dzieciom kromkę suchego chleba, niż wspierać  kleryków – pasibrzuchów, więc może i kościół zauważy, że aż tak bardzo nie zarobi na popieraniu głupich ustaw.

Coś ze sobą trzeba więc w niedzielę robić,  ale to farmienie  co raz mniej mi się podoba, bo jak się uprą na jakieś zamówienie, tak stale to samo zamawiają, jak nie orzeszki, na które okropnie długo trzeba czekać, by potem z nich a to masło orzechowe, a to sos orzechowy zrobić, to ostatnio uparli się na mleko wielbłąda  i ser z mleka wielbłąda, trzeba sadzić kaktusy, których wzrost też trwa 8 godzin.
No to sieje i czekam cierpliwie, chociaż ostatnio już nieco na tej grze lepiej się poruszam i sadzę niektóre, często powtarzające się roślinki na zapas, tak, że kiedy przychodzi zamówienie, wiele rzeczy od razu mogę realizować i potem sobie ewentualnie braki uzupełniać.
Ale zawsze jestem tam potrzebna, bo jest to gra zespołowa i często proszą mnie o pomoc w podesłaniu tego czy innego produktu, a w zamian za to dostaje farmerskie pieniążki i….zawsze też do nich mogę się zwrócić o pomoc, gdy jakiejś rzeczy do budowy czegoś tam potrzebuję.
Ale przynajmniej mam zajęcie, bo w TV znów nudy.
Chociaż z przyjemnością oglądnęłam sobie dzisiaj Anię z Zielonego wzgórza, przyjemna bardzo opowieść z lat, których nie znamy.
Ach te długie suknie, w których na co dzień panie  musiały się poruszać, chyba niezbyt to było wygodne, ale taka moda wtedy panowała i te pantalony za kolana, ale chyba najbardziej podobało mi się, że nawet młode osoby nosiły kapelusze na swoich głowach, nie tylko od święta, ale zawsze, gdy wychodziły gdzieś na zewnątrz z domu.
Tak jest teraz chyba tylko na królewskich dworach, ale przyznam, że i Królowa Elżbieta II i Księżna Kate bardzo mi się w tych kapeluszach podobają.
Są przez nie takie dystyngowane, nie takie plebejskie, codzienne.
Niektóre elementy mody mogłyby się wrócić, no może nie koniecznie te długie majtałasy, zresztą kto wie, czy pruderyjny PIS nie nakaże kobietom nosić długich, poza kolana sukien i spódnic (broń Boże spodni), by nie gorszyć malutkich.
Pewnie wiele jeszcze dziwnych pomysłów rodem z wieku XIX-XX trzymają w zanadrzu.

 

Nie zapomniałam oczywiście o urodzinach Matyldy i dzisiaj ten różany tort wraz z najlepszymi życzeniami pozostawiam.

A wszystkim życzę miłej niedzieli, jednak na pewno niedzieli, tym razem się nie pomyliłam. 🙂 🙂 🙂

za głupotę trzeba płacić

 

 

 

I to całkiem niemałe pieniądze, bo całe 400 zł.
Sprawa dotyczy jeszcze zamierzchłych czasów, gdy mieszkałam na Smoleńsk i brałam prąd z Taurona.
Niestety kiedyś zapukało do mych drzwi troje młodych, wydawało eis bardzo sympatycznych młodych ludzi z Novej i namówiło mnie na zmianę dostarczyciela prądu na ich firmę, ofiarującą ponoć o wiele tańszy niż  z Tauronu prąd.
Głupia byłam, dałam się im zwieść i zrezygnowałam wtedy z firmy dotychczas posyłając mi prąd i przeszłam do Novej.
I to był wielki błąd, bo po pierwsze ich prąd wcale nie był tańszy, zresztą i tak płaciłam Tauronowi część opłat za przesył prądu, a Novej za dostarczony prąd, więc płaciłam wtedy aż dwa rachunki na raz, co  dawało cuzamen do kupy  całkiem podobną sumę.
W dodatku Nova co pół roku przesyłała monit za zapłatę jakichś wyrównań , a ceny te były niebotycznie duże.
Ale to jeszcze nic. Okazało się, że zerwałam z Tauronem umowę na tańszy prąd (?) a zobowiązałam się (podobno) tylko z nimi zawierać umowę i muszę zapłacić karę za niedopełnienie zobowiązań, za dostarczanie… tego tańszego prądu, więc Tauron wystąpił z wezwaniem do zapłaty karnych odsetek.
Ale to wszystko jeszcze było na Smoleńsk, wtedy podobno Tauron podesłał mi wezwanie, tylko w licznej rodzinnej korespondencji gdzieś to wezwanie do zapłaty  się zawieruszyło.
Ale Tauron to bardzo pamiętliwa firma i teraz o pieniądze się ode mnie upomniała, wstępując w tej sprawie na drogę sądową. Właśnie wczoraj odebrałam wezwanie na rozprawę pod koniec lutego,
No masz babo placek, nie dość, że muszę zwrócić te 400 zł, to jeszcze pewnie mnie obciążą kosztami sądowymi.
Nie ma radym, trzeba jakoś to załatwić inaczej, to znaczy jutro zatelefonuję do owego rady prawnego, który mi to pismo przysłał, ukorzę się ł i zobowiążę się do spłaty tego rachunku z tym, że poproszę o rozdzielenie go na 8 rat, tak, bym płaciła po 50 zł miesięcznie. Wszak jestem emerytką i kwota 400 zł w jednej racie nie jest całkiem bezbolesna, prawda?
Mam nadzieję, że pomyślnie mi ta rozmowa  przebiegnie i pan radca łaskawie spojrzy na biedną emerytkę 🙂
A swoją drogą widać, jak straszne finansowe pułapki te pseudo firmy na człowieka zastawiają.
Nawet komuś, kto jest uczciwy nie przyjdzie do głowy, że go bezczelnie naciągają.
Z formą Nova na szczęście nie mam już nic do czynienia i od nich z daleka jestem odwrócona, ale……. trudno, muszę zapłacić skoro naiwna byłam, zresztą nie mam wyjścia i tak nikt tego za mnie nie  zrobi, dług będzie tylko rósł, aż w końcu siądą na moją emeryturę i swoje pieniążki odzyskają.
Tylko nie rozumiem, skoro tyle lat człowiek był   ich klientem, a w dodatku i tak i tak im część swoją co miesiąc za ten przepływ prądu płacił, dlaczego nie mogą tego na przykład umorzyć, jakiś rabat za długoletnie korzystanie z ich usługi powinnam przecież dostać.
A niech im…..  Biednemu zawsze wiatr w oczy……

Pisałam dwa dni temu, że ciągle dostaję ostatnio telefony o rewelacyjnych promocjach.
Wczoraj też odebrałam telefon, w którym dowiedziałam się, że mój numer telefonu wylosował nagrodę – kamerę i w związku z tym jestem zaproszona na spotkanie w Krakowie (a telefon był z Bydgoszczy),  wtedy, a wtedy, tam i tam o tej i  o tej godzinie.
Zwykle rzucam słuchawkę, ale wczoraj licho mnie podkusiło i postanowiłam  być bardzo miła i zgodziłam się oczywiście na to spotkanie, ba, nawet podałam imię mojego męża (którego nie mam), z którym przybędę na spotkanie, oczywiście wcale nie mam zamiaru nigdzie iść, ale niech baba się cieszy, że naiwną złapała na haczyk. Może już więcej innych naiwnych łowić przestanie?
Chwilę po tej  rozmowie dostałam smsa z przypomnieniem i podaniem dokładnej daty i miejsca spotkania.
I tyle mnie tam zobaczą.
Mam tylko nadzieję, że nie będą mnie nękać, jak kiedyś Magdę, która zlekceważyła zaproszenie i okrutnie ją pani na drug dzień zbeształa, jak mogła nie przyjść na takie specjalne zaproszenie. Co najmniej, jakby miała obowiązek przyjść. Przecież nikt nikogo nie zmusi, aby chodził tam, gdzie nie chce iść.
Mnie tez nie zmuszą, najwyżej tylko spytam grzecznie : czy mam pani wysłać zaświadczenie, że byłam chora????
Niech ktoś wreszcie tymi naciągaczami się zajmie, bo stają się coraz bardziej bezkarni, ale pocieszające jest to, że co raz mniej chętnych znajdują.
Może kiedyś  z braku rynku bytu sami padną?

Miłej niedzieli moi Drodzy, trzeba dobrze  odpocząć przed nadchodzącym nowym tygodniem, sił nabrać.

czy to jawa, czy sen

 

 

 

 

Ale miałam dzisiaj sen.
Śniło mi się, że przyjechał  po mnie , jak w bajce,   przystojny książe.
Co prawda to był tylko brunet bez korony, ale fakt, że przystojny i przyjechał nie na białym koniu, ale za to czarnym mercedesem.
A wszystko to działo się w kuchni mojego starego mieszkania, do którego przyszłam w odwiedziny. Wiedziałam, że już tam nie mieszkam, że to tylko wizyta.
Siedzieliśmy z Moniką i Tomkiem i popijaliśmy jakiś pyszny alkohol (??), gdy własnie dowiedziałam się, że po mnie ktoś przyjechał. Dalszy ciąg snu pamiętam tak tylko przez mgłę, dokładnie nie wiem, gdzie z  tym księciem pojechałam, wiem tylko, że była tam też jego….żona, z którą się własnie rozwodził.
Dziwne te sny, nieprawdaż?
Ale gdy obudziłam się, po księciu i jego żonie  już śladu nie było, za to pozostała szara rzeczywistość w postaci nierozruszanych i trzeszczących kolan,
Cóż, trzeba było poranną gimnastykę kolana uskutecznić i ………rozpocząć dzień oczywiście od kawusi, bo inaczej pewnie kiepski to był dzień.
A i wszystkie zdrętwienia i sztywności po pewnym czasie zanikają, więc nie ma się czym martwić, boli mnie coś rano? to oznacza, że wciąż jeszcze żyję.
A że taka jest rzeczywistość? Cóż, wystarczy spojrzeć na pessel.
Owszem, bywają panie w moim wieku bardzo sprawne ruchowo jeszcze , na przykład biegające z kijkami, albo opiekujące się wnukami, moje życie jednak wygląda tak, jak wygląda i nie wiem, czy bym, go chciała zmieniać. 
Grunt, że jeszcze wciąż w przychodni jestem komuś potrzebna, to wyraźnie mnie do życia pobudza.

Zresztą, z ręką na sercu, nigdy za nadmiernym ruchem nie przepadałam, ani za pieszymi wycieczkami też nie, dlatego po pierwszych ćwiczeniach w plenerze musiałam zrezygnować ze studiów geologicznych, bo jednak nie nadawałam się na wyprawy w celu  szukania różnych  geologicznych  okazów, nigdy nie miałam na to odpowiedniej kondycji.
A teraz…. no cóż, pieczołowicie zarobiłam na to moją „nieruchomość” kostną, ale czy to jest najważniejsze?
Grunt, że umysł mam jeszcze wciąż klarowny no i że nadal jestem jednak samodzielna, chociaż nawet mam nie raz kłopoty z otwarciem na przykład słoika, czy z oberwanym, jak ostatnio,  uchwytem na słuchawkę prysznicową. Cóż, widać, za dużo energii zużyłam przy kąpieli i mam teraz kłopot, bo nie wiem, czy to da się naprawić? Ale od czego mam Złota Rączkę – Macka? – już On na to coś chyba zaradzi.
A tak w ogóle, to bardzo dobrze, że mam takie niewielkie to moje mieszkanko, tylko 4 kroki do łazienki, 6 kroków do kuchni, co jest bardzo użyteczne, zwłaszcza rano, gdy jeszcze nie najlepiej chodzę, jestem jeszcze nie rozruszana.
No i sprzątania za wiele nie ma, zresztą jestem sama, nie ma mi kto więc nabrudzić.
Kota ani psa też nie mam, chociaż czasami to mi tęskno za jakimś zwierzakiem, ale na psie spacerki raczej się nie nadaję, a o kota musiałabym stale się martwić, że mi ucieknie przez balkon i gdzieś przepadnie.
Zresztą owszem, lubię koty, ale u kogoś, a nie u mnie i zdecydowanie wolę jednak psy. Może dlatego, że je kiedyś miałam….. Szczególnie lubię te z  krótkimi pyskami ( boksery, buldogi), ale to już przeszłość. Nie ma i już.
No chyba, że wygram w tego europejskiego Lotka, wtedy kupię sobie domek z dużym ogrodem i oczywiście z psem.
Zaczęłam wpis  marzeniem o księciu, kończę wpis  marzeniem o domku, ale człowiek musi czasami pobujać w swoich fantazjach, inaczej całkowicie by już zdziadział.

Wiecie, że dzisiaj już mamy piątek?
No to cieszmy się weekendem, zwłaszcza, że zapowiada się, że będzie ciepły i pogodny.

Czwartek

 

 

 

Czwartek to jest bardzo dobry dzień tygodnia, bo jest on tuż tuż przed piątkiem, czyli początkiem weekendu.
Tylko czy takie jesienne weekendy mogą cieszyć?
To zależy, jeżeli jest słonko i w miarę ciepło, jak dzisiaj,  ale…
No, zobaczymy, co nam piątek, sobota i niedziela przyniosą.

Czekałam wczoraj niecierpliwie na wpis Uli do mojego blogu, zaglądałam i tu i na Face, gdzie czasami Ulka, gdy nie jest na necie zostawia mi wiadomość,
Ale w końcu zrobiło się ciemno, późno i poszłam sobie spać.
Za to z radością przeczytałam Jej komentarz rano, znak, że nie zapomniała jednak o naszej środzie.
To bardzo dobrze Ulu, że jesteś tak ciągle zajęta, nie masz przynajmniej czasu na głupie myśli, które na przykład ostatnio dosyć często mnie napadają.
Ale to pewnie związane jest z porą roku, a szczególnie z listopadem, niezbyt fortunnym dla mnie miesiącem, na szczęście jeszcze tylko kilka dni tego miesiąca i już będzie lepiej, bo jednak grudzień przynosi niespodzianki.
Twój brak czasu oznacza jeszcze, że wciąż jesteś młoda duchem, bo otoczona miłym towarzystwem spędzasz czynnie swój czas, a nie pogrążasz się, jak to w naszym wieku się zdarza, w rozmyślaniach o jakichś mniejszych i większych bolączkach.
No, ja  czasami jednak muszę ponarzekać, gdy tam i tu mnie strzyka, szczególnie rano, gdy powrót do normalności trwa u mnie nieco dłużej, muszę opanować wszelkie moje” po nocne” zdrętwienia i zesztywnienia, potem jest już o wiele lepiej.

Znów ten blog dzisiaj figle splata i co chwilę mi error pokazuje, nie cierpię, gdy muszę po raz drugi to samo wpisywać, bo zawsze mam jakąś ideę, a ta wraz z usuniętym wpisem ucieka i już myśl jest całkiem inna……

Nie wiem, czy Wy też, ale ja ostatnio znów odbieram całe mnóstwo telefonów, zarówno stacjonarnych jak i komórkowych z przeróżnych firm z całej Polski, namawiających  albo do nabywania  jakich rewelacyjnych, niepowtarzalnych i okazjonalnych zakupów, albo do jakichś badań lekarskich, oczywiście darmowych.
Dziękuję, już kiedyś na takim badaniu byłam i………. oczywiscie wszystko to jakas wielka ściema.
Zresztą jestem pod opieką swoich doskonałych lekarzy i jakichś innych wcale nie potrzebuję.
A żadnego rewelacyjnego płynu do prania też nie potrzebuję, bo idę do sklepu i wybieram tam takie produkty, które mi pasują.
A tu niby obiecują płyn, ale do tego dodają jeszcze jakieś mydła i inne szmoncesy i naciągają człowieka na niepotrzebne wydatki.
Ciekawa jestem, skąd te firmy biorą nasze numery telefonu. Nim można ich jakoś zastrzec?
Owszem, można zablokować numer zastrzeżony, nawet to kiedyś zrobiłam, ale firmy tak się wycwaniły, że teraz używają jakiegoś byle jakiego numeru, który i tak potem przy ewentualnym jego sprawdzaniu i jest nieosiągalny, bo po prostu dostaje się komunikat : nie ma takiego numeru.
Mamy teraz tak wspaniałą prokuraturę, prowadzoną przez Wszechwiedzącego  Naczelnego Prokuratora, najlepszego zresztą na świecie, no to może im poddamy projekt, by takimi osobami, wyłudzającymi dane osobowe (wszak one są pod ochroną, prawda?), a potem je wykorzystujące zajęli się i ukrócili ich wątpliwe procedery. Przynajmniej z tego byłaby jakas korzyść dla zwyczajnych  ludzi.

I to tyle na dzisiaj, następnego Erroru w moim wpisie już bym nie zniosła, moja  cierpliwość też ma swoje granice.

Udanego czwartku

Środa Dniem Róży

    

 

No popatrz Ulu, nawet już w Internecie wiedza, że środa jest ŚWIĘTEM RÓŻY.
Niesamowite, ale jakże prawdziwe !!!!!
W  taki ponury jak dzisiejszy poranek trochę światła, trochę radości, trochę miłości przecież się przyda i tego Wszystkiego własnie w tę jesienna środę Ci Uleczko życzę, serdecznie z Krakowa pozdrawiając i te kolorowe różane błyski Ci przesyłając. Niech one rozjaśnią ten Twój dzisiejszy dzień i napoją radością  i nadzieją, bo przecież niedługo takie gwiazdeczki na choince już będą błyszczeć.

Buziaczki Uleczko     

Wczoraj Renia przyniosła mi ze Smoleńsk zaległą pocztę. Nic ciekawego, prócz jednego listu w nim nie było, ot rachunki, oferty handlowe
( dla mnie???) i…….
Właśnie jeden list był wart uwagi, albowiem  nadawcą była Kancelaria Marszałka Senatu.
Było to zaproszenie na wystawę poświęconą Senatorom II RP, a już chyba kiedyś się chwaliłam, że mój Dziadek, Michał Wyrostek, za czasów II RP był senatorem RP. 
Oczywiście zaproszenie było już nie aktualne, bo wystawa ta odbyła się się 10 listopada, ale nie mniej miło wiedzieć, ze zostałam wyróżniona jako potomek dawnych senatorów.
Tylko….. pewnie i tak bym nie pojechała, ze względu na to, że moje polityczne patrzenie na Polskę zdecydowanie różni się od tego, który wyznają dzisiejsza większość Senatorów. No i zupełnie nie wyobrażam sobie, żebym mogła podać rękę dzisiejszemu Marszałkowi Senatu, panu Karczewskiemu.
Chyba bym się ze wstydu spaliła i nigdy na siebie już do lustra spojrzeć bym nie mogła, już nie mówiąc, że mojemu Dziadkowi na pewno dzisiejsza brutalna i kłamliwa polityka Senatu tez nie odpowiadałaby, Za bardzo był prawym i mądrym  Człowiekiem, aby na takie machlojki dawał przyzwolenie.
W czasach II RP polityka też niestety nie była jednoznaczna, też dawały o sobie znać ONR-owskie odłamy faszystowskich przekonań, jednak były one, w odróżnieniu od dzisiejszych czasów przez rządzący wtedy obóz potępiony, a później  rozwiązany.
Niestety profaszystowskie przekonania, mimo tragedii ostatniej wojny wciąż tkwiły i nadal tkwią w głowach niektórych Polaków i strach pomyśleć co będzie się działo, gdy karmieni pisowskim poparciem, na tyle wzrosną w siłę, że pokażą na nowo swoje pazury.
Nie, zdecydowanie odmówiłabym obecności mojej skromnej osoby w tak eleganckim świecie brudnej niestety polityki.
Poczekam na lepsze czasy, czasy, gdy Marszałek będzie godzien piastowania tego zaszczytnego urzędu. Może wtedy świat zmądrzeje na tyle, że zrozumie, które wartości są dla społeczeństwa najważniejsze. Oby!!!

O pogodzie było (że ponura) o polityce też było, to moze jeszcze dla poprawy humorku jakiś kawał umieszczę?

Facet przyprowadza swoją teściową do Muzeum i pokazuje jej galerię obrazów
– To jest Rembrandt, a tam Mama widzi Wyspiańskiego – mów
– a to pewnie Picasso – pyta teściowa?
– nie mamo, to jest tylko lustro 🙂

Spokojnej środy, do świąt coraz bliżej….

dziś na obiad ryż z jabłkami

    

 

 

 

Znudziły mi się te wszystkie mięsne dania, w sumie nie bardzo ostatnio mięsko lubię, chociaż nie mogę powiedzieć, że go nie jadam.
Wczoraj na ten przykład kupiłam sobie , tak na spróbowanie    – 10 dkg salcesonu, którego już bardzo długo nie jadłam i…nawet przyznam, całkiem mi smakował, mojemu brzuszkowi chyba też, bo nawet się dzisiaj nie buntował, a on potrafi pokazać, co jest dla mnie (czyli dla niego) dobre, a co nie.
Ale zastanawiałam się, co tu innego jeszcze ugotować, zwłaszcza, że dzisiaj przychodzi do mnie Renia ( będzie sprzątanko ), więc powinnam ją czymś smacznym  uraczyć, no oczywiście przy okazji zadbać i o swój kochany brzuszek.
Nie powiem, żeby było to wybitnie diabetyczne danie, ale od czasu do czasu poszaleć przecież można.
Chociaż dzisiaj rano przeżyłam leciuteńki szok przy mierzeniu mojego porannego poziomu cukru, bo na ekranie glukometru pokazała się liczba 15,3. Ale jednak stwierdziłam, że ten pasek, który  użyłam był podejrzany i na wszelki wypadek raz jeszcze założyłam nowy pasek i…. nie, okazało się, że jednak mam cukier w normie, czyli 4.8.No bo niby dlaczego tak okropnie miałby mi nagle cukier podskoczyć?
Chociaż bywały czasy, że własnie takie wartości on osiągał, ale teraz……
No dobra, wróćmy do mojego dania.Zacznijmy więc od zakupów. Ponieważ jestem osobą nad wyraz wygodną, nie chciało mi się  rozparzać jabłek, więc kupiłam gotowa pulpę jabłkowo – brzoskwiniową. Pewnie, że to wyszło troszkę drożej, ale ile roboty sobie zaoszczędziłam???
Oczywiście kupiłam jeszcze biały ryż, rodzynki, (o cynamonie zapomniałam, ale na szczęście jeszcze miałam go w domu), słodką śmietankę.
Ugotowałam 2 paczki ryżu (w sumie mogło być trzy, ale skoro tylko dwie ugotowałam – musiało starczyć. We foremce wysmarowanej olejem dodałam, ugotowany  ryż na to dałam pulpę z jabłek, posypałam ją rodzynkami i cynamonem, na wierzch dałam następną porcję ryżu, i zalałam słodką śmietanką wymieszaną z dwoma żółtkami i cukrem waniliowym, wszystko wsadziłam do piekarnika i teraz się ryż mi zapieka.  A czy smaczny będzie? – niebawem się przekonamy.
Na razie tylko zaglądam, pilnując, by mi się nie przypalił.

Co prawda żaden ze mnie Makłowicz, czy Gessler. ale gotować lubię, zwłaszcza, gdy mogę się z kimś obiadkiem podzielić. Chociaż nie powiem, dosyć sobie  często coś ugotuję na obiad, czasami na 2-3 dni i potem tylko odgrzewam, na pewno częściej, niż na starym mieszkaniu, gdzie mieliśmy wspólną kuchnię i w związku z tym miałam mniejszy do niej  dostęp.
Czasami samotność ma nawet swoje dobre strony, mam czas  i przestrzeń tylko dla siebie i nie muszę nimi z nikim się dzielić. No, oczywiście, jeżeli akurat nie mam gościa na obiedzie, ale po pierwsze to rzadko ostatnio mi się zdarza, a po drugie, to i tak ja jestem panią w swojej kuchni i to co ugotuję i to co sobie   potem posprzątam, to moje.

Postanowiłam sobie, że nie będę się polityką zbytnio przejmować. Niedługo grudzień, nadchodzą zapowiadane zmiany, „Król” zasiądzie na grzędzie, o przepraszam na tronie i wtedy może akurat wszystko zacznie się zmieniać? Poczekam cierpliwie, wciąż mam nadzieję.
Chociaż były premier Tusk przestrzega nas już jawnie, że w Polsce robi się całkiem niebezpiecznie.  Kiedy reszta Polaków to zauważy???
Na razie Pis  i jego wyznawcy oskarżają Tuska o zdradę Polski, a ja uważam, że to nie zdrada, a wielki patriotyzm przez niego przemawia.

Podobnie, jak mam nadzieję, że te bure dni przeminą. Właściwie listopad już się kończy, niebawem nadchodzi radosny grudzień, pełen mikołajowo – świąteczno –  sylwestrowych wrażeń, a potem już przyjdzie styczeń i dni staną się znów coraz dłuższe.

Ale przez te długie wieczory bardzo szybko zaczynam być śpiąca, przyznam jednak, że ostatnio wprost fantastycznie wszystkie noce przesypiam. Nawet jeżeli w środku nocy się przebudzę, to nie muszę jak kiedyś  wstawać , przekręcę się tylko na drugi bok , przyjmę inną pozycję i szybciutko znów zasypiam,
Niestety, gdy się budzę, jeszcze jest wciąż ciemnawo za oknem………Kiedy znów słoneczko będzie mnie budziło?

Miłego wtorku wszystkim życzę, pędzę do kuchni zobaczyć, jak się mój ryż zapieka.

A w Krakowie, nie tylko na Brackiej, pada śnieg…..

 

 

 

HURRA!! Pada śnieg!!!!
Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr , ZNÓW pada to białe świństwo z nieba !!!!!
Wcale się nie cieszę z tego powodu, nawet ani troszeczkę, ani odrobinkę. Nie cierpię zimy i  śniegu,  ani gdy gdy jest mokro i cierpię … gdy bolą wszystkie kości.
Własnie, bolą mnie nóżki, oj bolą, chyba zapowiadały ten śnieżne opady już co najmniej od 2 dni, dlatego tak te nożyska   mnie rwały i nadal rwą.
Zaraz po porannej kawce wypiłam….poranny Nimesil, jakoś muszę do południa się pozbierać, żeby do pracy dotrzeć.
Obawiam się, że znów czas taksówek nastał, co wyraźnie nadszarpnie mój budżet, ale zawsze lepiej bezpieczną nogą dotrzeć do pracy, niż gdzieś znów zaryć nosem w jakiś beton.
Odbiję sobie te finansowe niedobory na wiosnę, gdy już bezpieczna będzie moja droga.
Co mam poradzić, że te moje nogi są takie niesprawne i oporne?  Jakoś człowiek musi się ratować.
A zresztą tak sobie pomyślałam, że przecież nikt (na szczęście) w mojej kieszeni nie siedzi i moich funduszy nie podlicza, nie muszę się też z nikim nimi dzielić. Co najwyżej pod koniec miesiąca, a ten już tuż tuż, będę chleb z Ramą wpieprzała. A co? Nie koniecznie mięsko i kiełbaskę trzeba konsumować, zresztą ostatnio i tak prawie żadna kiełbaska, prócz tej morlińskiej z piersi kurczaka, mi nie smakuje.

Jakby to powiedział V.I.P???  –  bo ty jesteś Ewa W.  Tak zgadza się, jestem Ewa W., jestem już (niestety) starszą panią (naprawdę? niemożliwe, a wczoraj jeszcze byłam małą Ewunią) i  muszę w miarę komfortowo układać swoje życie, wszak ono mam tylko jedno i to nie wiadomo, jak jeszcze długie…..
Zresztą każdy układa swoje życie według swojej modły i tak jak ja nie krytykuję kogoś innego sposób na życie, tak i nikt niech nie krytykuje mojego życia, prawda?
l
Wczoraj, późnym popołudniem miałam niespodziewaną wizytę Maćka. Tak po prawdzie, to czułam, że on przyjdzie, bo jednak raz na 2 tygodnie starą ciotkę odwiedza, porządny siostrzeniec z Niego.
I bardzo dobrze, bo zawsze jest w czymś pomocny, a to trzeba słoik odkręcić, butelkę z olejem otworzyć ( ach te moje niezbyt sprawne ręce), albo baterię w glukometrze wymienić, co prawda próbowałam ją wymienić sama, ale jakoś niezbyt zgrabnie mi to wyszło.
Szkoda tylko, że nie miałam już ani precelków, ani paluszków, które on lubi (jakoś dziwnie szybko mi w tym tygodniu  „wyszły”), ale posiedzieliśmy przy kawce i trochę pogadaliśmy o tym i owym, głownie o kłopotach w Służbie Zdrowia, bo przecież oboje jesteśmy to z racji wykonywanych obowiązków zainteresowani.
Na szczęście „politycznie” jesteśmy po tej samej stronie, więc do żadnych konfrontacji we wczorajszych dysputach nie doszło.

A gdy Maciek już sobie poszedł, usiadłam na kanapie w nieoświetlonej kuchni, bo własnie zbliżała się godzina 19 -sta i oddałam się rozmyślaniom o tych smutnych chwilach sprzed 57 lat. Pomodliłam się za moją Mamusię, poprosiłam tez Ja o opiekę nie tylko nade mną, ale przede wszystkim nad jej wnukami i prawnukami, każdy z nich na swój sposób takiej opieki potrzebuje. Wspominałam moich Rodziców, moje Rodzeństwo, Dziadków i te wszystkie szczęśliwe chwile, które już przeszły.
Ale nie mogę powiedzieć, że teraz nie jestem też szczęśliwa.
Mam przecież koło siebie tyle Siostrzeńców, Bratanków, którzy jak wiem, o mnie myślą i się o mnie troszczą, za niedługo zostanę Ciocią Prababcią…..  
Czy to nie jest szczęście, że ma się tak liczną i wspaniałą Rodzinę???
Oczywiście, że z nimi przeżywam wszystkie ich kłopoty, upadki, ale cieszę się także i ich radościami, każdą ich szczęśliwą chwilą.
Bo  życie takie już jest, musi w nim być przysłowiowa kropla goryczy, żeby potem móc doceniać to, co w nim jest dobre.

No to mamy znów poniedziałek i przed nami znów długi i niestety zaśnieżony tydzień.
A tak w ogóle, to kto zimę wymyślił? i po co???
No dobra, są tacy, którzy nią się   niej cieszą, bo znów na nartach i na sankach sobie pojeżdżą, więc nie będę już taką malkontentką i miłego poniedziałku i  szczęśliwego całego tygodnia Wszystkim życzę.

Bardzo smutna dzisiejsza data

 

 

 

Każdy 19 sty dzień listopada jest dla mnie bardzo smutnym dniem.

W tym dniu, w 1960 roku odeszła od nas moja Ukochana Mamusia.
Samo Dobro, chodzący Anioł, nie tylko dla nas, dzieci, nie tylko dla męża i rodziny, ale i dla wszystkich, którzy do niej się o pomoc zwracali.
Nigdy nikomu jej nie odmówiła. Była łagodna, spokojna  i bardzo cierpliwa.
Nawet w swojej strasznej, śmiertelnej chorobie wykazywała swoją łagodność, nie dlatego, że łatwo pogodziła się z chorobą, ale po prostu nie chciała swoimi boleściami frapować innych.
Miałam wtedy 10 lat i nie wyobrażałam sobie ogromu tragedii, którą przechodzili moi Rodzice.
Mama doskonale sobie zdawała sprawę z tragizmu swojej choroby, wszak była osobą bardzo inteligentną, ale również i wraz z moim Tatą pracowała wśród chorych osób, przypominam, robiła zdjęcia rtg w pracowni mojego Ojca. Mój Tata po prostu szalał z niemożności  radykalnej pomocy w Mamy chorobie.
Bezsilność go wprost zabijała, szukał wszędzie dla Niej ratunku, niestety, bezowocnie.

Czego on dla Niej nie robił, razem jeździli do Warszawy do Instytutu Onkologicznego, do znanej sławy, mimo, że przecież sam Tata był lekarzem radiologiem – onkologiem, pracował i kształcił się w tym kierunku w Paryżu. Gdy rodzima pomoc zawiodła, Tata szukał ratunku właśnie  w Paryżu , w Instytucie Marii Curie Skłodowskiej, w którym kiedyś był asystentem.. Tam oczywiście przyjęli Mamę na leczenie onkologiczne, ponieważ  Mama nie zgodziła się na igły radowe, gdyż była wielką estetką i nie chciała, żeby sznurki wystawały Jej z buzi, sprowadzili specjalnie dla niej złoto radioaktywne z Anglii. Niestety, na radykalne leczenie było za późno, pozostało tylko leczenie paliatywne, przeciwbólowe.
Leczenie Mamy w sumie trwało troszkę ponad rok, 19 listopada całkowicie się poddała i przy obecności swojego Męża, swoich dzieci i swojej Mamy od nas odeszła.
Pamiętam ten moment, gdy wieczorem, około godziny 19-stej  Tata przyprowadził mnie do łóżka umierającej Mamusi, ale nie zdawałam sobie do końca sprawy z powagi chwili, nie rozumiałam, czym jest śmierć. Byłam przy Jej ostatnim tchnieniu, pamiętam tę straszną chwilę, gdy Mama wzięła ostatni głęboki oddech i……..zamilkła na zawsze, odeszła…….
Płakałam wraz z najbliższymi, ale chyba jednak nie do końca zrozumiałam, co się właśnie stało. 
Mamusia umarła w swoim domu, w swoim łóżku i tam pozostała przez najbliższe 3 dni, otoczona kwiatami, które przynosili znajomi i Rodzina, a ja siedziałam wraz ze swoimi lalkami koło Niej i pokazywałam Jej swoje zabawki. Myślałam, że  Ona tylko zasnęła na trochę, ale wierzyłam, że się obudzi i znów będzie się ze mną bawiła.
Nigdy już razem nie spędzałyśmy wspólnego czasu, ale przychodziła dosyć często do mnie w śnie i zawsze wtedy byłam bardzo szczęśliwa, zawsze mówiłam Jej: „tak bardzo Cię kocham Mamusiu”, ale niestety nie mogłam się już do niej przytulić, była dziwnie nieobecna, taka daleka……

Od tamtego 19 listopada minęło już 57 lat, ale wciąż myślami wracam do tamtych chwil, a przede wszystkim do tych wcześniejszych, gdy byłyśmy razem takie szczęśliwe. Boże, jak Ona kochała i mnie i swoje pozostałe dzieci: Anię i Krzysztofa. Na pewno bała się o nas, bała się, jak sobie damy radę w życiu, chociaż Krzysztof był już osobą dorosłą, miał 20 lat, Ania miała już lat 17, ale najwięcej chyba bała się o swoją córeczkę Ewę, byłam przecież wtedy wciąż dzieckiem. Ale pozostawiła mnie w dobrej opiece swojej Mamy, czyli Tamtej Mamy i w opiece swojego męża, a mojego Taty.
Cóż z tego, serca Matki nigdy jednak nikt nie zastąpi……

To jest SKARB NIE DO ZASTĄPIENIA, JEDEN, JEDYNY TAKI W ŻYCIU.

Pozwólcie, że dzisiaj nie będę pisała o innych sprawach, są dla mnie w tym szczególnym dniu zupełnie mało ważne.
Dzisiaj wracam myślami do 19 listopada 1960 roku i znów jestem małą Ewusią, która jest przy swojej Ukochanej Mamusi…..

Pozwolę sobie tylko na jedno małe ustępstwo, a mianowicie Koleżanka prosiła mnie w swoim komentarzu o adres tej gry internetowej, która ostatnio mnie pochłonęła. Odpowiadam więc Jej: gram w nią na Facebooku, ale wystarczy, że w Googlach wpiszesz Wiejskie życie i dostaniesz odpowiednie odnośniki.

Życzę wszystkim przyjemnej niedzieli.

zabrali, jak swoje

 

 

 

To już chyba jakiś szczyt bezczelności „naszego ” rządu,  chociaż właściwie to  on nie jest wcale nasz, a pisi.
Więc ten pisi rząd uzurpował sobie prawo do Krakowskiego Przedmieścia.
Ogłosili mianowicie, że niby jest to obiekt strategiczny, więc będzie terenem zamkniętym.
Kurcze, jaki strategiczny ????, czy tam armaty będą  stawiali?, czy tam wojsko będzie stacjonowało?
A może KACZE JEZIORKO, otoczone pomnikami  Największych Kaczorów tam zamontują?

I wszyscy będą wtedy mogli sobie zaśpiewać znaną kiedyś z dziecięcych lat piosenkę :

Nad jeziorem rodzina Kacza, Kaczy kuper w wodzie macza
A że macza, w tym jest sęk
ŻEBY KACZY KUPER ZMIĘKŁ 🙂 🙂 🙂

Warszawiacy! Jak możecie sobie odebrać kawałek Warszawy w imię jakiś wyimaginowanych rządowych fantasmagorii???
Dzisiaj zabiorą Plac Zamkowy, jutro wezmą resztę. A czemu by niby nie? Przecież cała Stolica to wielki obiekt strategiczny, bo tam rządzą przecież  ci najważniejsi z najważniejszych na całym świecie!!!
Słyszycie Warszawiacy to tupanie?? TUP…TUP….TUP???????
TO WŁAŚNIE KRAKOWSKIM PRZEDMIEŚCIEM PRZECHODZI LUDZKIE POJĘCIE!!!
Nie wyobrażam sobie, żeby Krakowiacy dali sobie odebrać WAWEL. Walczą o niego jak lwy każdego 18 stego dnia miesiąca. Co prawda Wielki Nadęty Wódz niewiele z tego sobie robi i jak to panisko przez bramę autem wjeżdża na samo pod dworze, ale zawsze jednak spotyka  go w tej drodze wiele nieprzyjemnych chwil, bo Krakowiacy pokazują mu jak marnym i wrednym egoistą jest ten człowieczek.
Przyjdzie pora, że i reszta Polaków, no może z wyjątkiem tych całkiem ogłupionych, też pokaże mu środkowy palec, chociażby przy wyborach
I oby stało się to jak najszybciej, bo inaczej zaanektują nam całą Polskę i będziemy mieć nowy rozbiór Polski  –  IV-ty PISI ROZBIÓR  POLSKI!!!  
Nie mogę o tym ani pisać, ani nawet myśleć, bo po prostu krew mnie zalewa na ich arogancję i zachłanność tej hołoty, która przypadkowo przy sterach rządów przebywa.. 

Oj, kiedyś dobrze za to bekną I zamiast na Wawelu JEGO NADĘTOŚĆ  w więzieniu gnić będzie. 

DAJ PANIE BOŻE AMEN!!!

A co po za tym?
W tych trudnych czasach różnie sobie ludzie radzą, raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze idą do przodu.
Przeczytałam wczoraj opowiadanie starszej pani, która pozbawiona środków do życia, bowiem jej emerytura nie wystarczała na zakup lepszego jedzonka, a zapasy finansowe zostały wyczerpane przez pożyczkę dla jej wnuczki, która wcale babci nie miała ochoty długu oddawać.
Przypadek zrządził, że kobiecina wpadła na fajny pomysł, w jaki sposób  można przynajmniej dwa razy w tygodniu zjeść porządny obiadek.
Otóż kiedyś właśnie przez przypadek znalazła się na całkiem obcym pogrzebie i przez rodzinę zmarłej została uznana za daleką krewną, a więc została zaproszona na stypę. Przynajmniej raz porządnie się najadłam do syta- pomyślała, ale chwilę potem uznała, że taką okazję nie  można przegapić.
Od tego czasy regularnie dwa razy w tygodniu chodziła na pogrzeby obcych jej osób, oczywiście odpowiednio ubrana na czarno i z kwiatkami, które brała z czyjegoś grobu,  w rękach i udawała, że jest osobą bliską z rodziny, albo przyjaciółką zmarłej osoby.  Widać wspaniale grała swoją rolę, bo zawsze zapraszana była w związku z tym na stypy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie wścibska sąsiadka, która przejrzała chytrą grę starszej pani i sprawę u księdza nagłośniła.
Niestety nasza bohaterka księdzu kłamać już nie bardzo mogła, więc na jakiś czas zaniechała swojej stypowej działalności, ale zmusiło ją to do wymuszenia na swojej wnuczce zwrotu pożyczki, co jej się oczywiście udało. Łatwo nie było, jednakże wnuczka nieco postraszona przez babcię zdecydowała się dług w ratach oddawać. Czas minął, na jedzenie starszej pani już starczało, ale wciąż korciło ją, żeby chociażby raz jeszcze swój chytry plan darmowego posiłku przeprowadzić.
Jestem ciekawa, czy w tym przypadku zwyciężyła chytrość, czy strach przed reperkusjami ekskomuniki.
Ale czym jest życie bez ryzyka????

No to z takim  życiowym dylematem  życzę Wszystkim przyjemnej soboty, choć ponura ona jest, oj ponura.
Dlatego to ślicznie lśniące słoneczko dzisiaj w moim blogu zamieściłam

opóźnienie nie z mojej winy

    

 

 

 

Wczesnym porankiem internet działał jeszcze bez zarzutu. No i własnie miałam zabrać się za pisanie mojego blogu ….. a tu nagle….PUFF, internet zaniknął.
Poczekałam  sobie kwadransik, oczywiście wcześniej po majstrowałam przy ruterze, ale nic to nie pomogło. Więc sięgnęłam po telefon i zatelefonowałam do mojego ukochanego Orangu, a tam….
Tam nagrana była wiadomość: jeżeli dzwonisz w sprawie problemów z internetem uprzejmie informujemy, że własnie rozpoczęliśmy rozwiązywanie tego problemu,. No i oczywiście grzecznie przeprosili i poprosili o cierpliwość?
Trudno, pomyślałam, najwyżej dzisiaj blogu nie będzie, a raczej będzie dopiero popołudniową pora napisany, ale co z moją fermą, na której co prawda bez mojego udziału i tak wszystko sobie rośnie, tylko zbierać nie będzie miał kto.
Pocieszające było tylko to, że nikt nie twierdził w tym komunikacie, że naprawa będzie rozwiązana do 72 godzin.
Dobra jest, pomyślałam, chociaż trzeba przypomnieć, że nawet poprzednią usterkę stosunkowo szybko, bo w 24 godziny usunęli.
Cierpliwość to bardzo ważna cecha, z którą wcale nie jest łatwo konkurować, zwłaszcza, gdy ktoś jest tak nadpobudliwy, jak ostatnio ja.
No cóż, wyraźnie listopadowa aura nie służy mi  i albo dopada mnie depresja (zwłaszcza wieczór, gdy już ciemno i głucho za oknem), albo napada na  mnie fala złości i wtedy wcale nie żałuję, że jestem sama, bo pewnie temu, kto byłby koło mnie, uszy musiałyby zwiędnąć.
Co do tej ciszy, to wcale nie powinnam narzekać, bo już niedługo taką błogą ciszą pewnie cieszyć się będę, a to z tytułu tego, że cały plac dziecinnych zabaw w Parku zrobili prosto pod moimi oknami.
Już sobie wyobrażam te wrzaski, piski i płacze, które przez calutki dzień będą stamtąd dochodziły. No, ale dzieciaki przecież gdzieś wyżyć się musza, tylko dlaczego pod moimi oknami?
Co prawda okna mam nowe, dosyć szczelne i nadmiar harmideru powinien wyciszyć, ale przecież trudno w lecie, a wtedy będzie  na pewno w parku dziecinny  ruch od rana do wieczora, siedzieć przy zamkniętym oknie, zwłaszcza, gdy temperatury będą dosyć wysokie, a takie kiedyś będą prawda????

Wszystko dobre, co się dobrze kończy, więc internet nawet w dosyć przyzwoitym czasie mi przywrócili i dzisiaj znów mogę się w nim do Was odezwać.

Dzisiaj rano oglądałam sobie ciekawy program Galileo, w którym miedzy innymi tłumaczono, dlaczego guziki do  męskich ubrań są przyszywane po innej stronie, niż jest to w ubraniach kobiet. Związane jest to z dawnymi czasami, gdy mężczyźni w rękach trzymali broń w prawej ręce, a guziki po lewej stronie przeszkadzały by im w z wyjmowania jej zza pazuchy. Odwrotnie było u kobiet, ponieważ dawne damy na ogół ubierane były przez swoje damy dworu i łatwiej było im własnie zapinać guziki  umieszczone własnie po lewej  stronie szaty.
A  tak w ogóle to skąd się wzięły guziki?  Były   ozdobami , na początku stosowano w tym celu muszelki, które stopniowo własnie guzikami zastąpili, dopiero potem zauważyli, że można je stosować do spinania dwóch brzegów materiału.Fajne są takie programy, człowiek całe życie dowiaduje się bardzo interesujących rzeczy, o których nie  miał pojęcia, obojętnie jak długo by nie żył.

Dzisiaj znów piątek, czyli zaraz rozpocznie się weekend, tylko… jaki on będzie?
Zapowiadali niby, że będzie on słoneczny, ale jakoś ponuro to na razie widzę.
Ale i tak wiele pogody ducha na te dni odpoczynku życzę.