poranne rozważania

Nie ma nic lepszego ciemnym porankiem jak pyszna kawusia.

Człowiek ledwo przytomny wstaje, do świtu jeszcze kawałek czasu, więc  nieco

przymulona jeszcze snem,sięgam po swój ukochany niebieski kubek ( bez ucha, które mi

się niestety kilka dni temu ubiło),nasypiję 2 łyżeczki Nescaffe Gold oczywiście  a jakże,

dwie łyżeczki cukru (Magda, nie czytaj tego!!!), troszkę mleczka i….. najswpanialszy

wybudzeniowy napój gotowy.Można zacząć działać, chociażby na moim blogu i nie tylko..

Wczoraj pobiłam chyba rekord moich statystyk, było aż 106 wejść na mojego bloga z

różnych stron, no dobrze 105, bo jedno jest tam i moje wejście odnotowane, to znaczy,

że mój blog zrobił się nieco popularny.

Niedawno przeczytałam w komentarzu do mojego wpisu „Fajnie się Ciebie czyta” – jakie

to miłe, naprawdę…………..

Ostatni dzień pracy w tym tygodniu rozpoczynam w godzinach porannych, przedemną

znów wolny weekend ( no chyba, że Ważna Osoba porzuci swoją  funkcję odśnieżania

i powróci od siostry na wolne, od tej  dla niego oczywiście funkcji, ulice Krakowa.

Tu ktoś inny musi o odśnieżanie na szczęście zadbać, co nie jest wcale łatwe, ostatnio

sporo nam naśnieżyło.

Wczoraj brnęłam pośród śnieżno piaskowej  bryi, nogi się rozjeżdżały na ukrytym

pod tą zaspą lodem, przyznam, nie była to dla mnie komfortowy powrót do domu,

ale cóż, w końcu mamy prawdziwą zimę.

Nawet zastanawiałam się  wczoraj,czy nie kupić sobie jakiejś zgrabnej laski, którą

bym się mogła podpierać , tylko trochę wstyd przed tym zakupem mnie wstrzymuje.

Popatrzyłam właśnie przez okno, znowu biało, znów nasypało , o matko, kiedy to

się w końcu skończy?? Na taksówki majątek już wydałam,bo jeżeli można powiedzieć,

że droga do autobusu jest jeszcze jako tako utrzymana ( no nie tak wcześnie rano,

bo dozorcy też ludzie i spać muszą), to droga od autobusu do przychodni jest

tak zaśnieżona i śliska, że aż strach nawet pomyśleć, juz mi na samo wspomnienie

ciarki po plecach chodzą.

Dlatego do przychodni jadę taksówką ( bagatela „tylko” 20 zł) a wracam podwieziona

do pętli autobusowej,  potem 20 minut autobusowej drogi,a od mojego przystanku

do domu już nie daleko, jakoś przebrnąć się da.

Tak się zastanawiałam nad moją rozrzutnością, przecież prawie połowę  mojego zarobku

oddaję taksówkarskiej korporacji ostatnio, ale cóż, na podwyżkę liczyć raczej nie mogę,

a w sumie taka podróż też ma swoje uroki, zawsze jakieś urozmaicenie,a za to płacić

już niestety trzeba..

No właśnie pani pogodynka zapowiada następne obfite opady śniegu.

Biały koniec świata, dobrze, że tylko jeszcze dzisiaj muszę się tym martwić,

potem mam dwa dni oddechu od mojego problemu a w poniedziałek…

Co tam mi już się martwić o poniedziałek, mam na to jeszcze sporo czasu.