Czekam…

 

 

      
 

Niedziela – dzień czekania na……

Około 9-tej rano powinna do mnie zatelefonować Basia z Australii.

Fajnie, u niej już późny wieczór będzie, u mnie dzień sie dopiero zaczyna.

Dzieli nas różnica 9 i pół godziny przecież.

Fajnie, powspominamy sobie zeszłą sobotę nieco, bo co prawda ona z nami nie była, ale

telefonowała i z każdą kilka słów wymieniła. Teraz chce ze mną obgadać pewnie wszystko to, co

się działo…wiadomo…kobiety….. 

Potem czekam na pana K.

Przyjdzie na serniczek, wcale nie moją własną rączka upieczony.

Co prawda mógłby i na obiadek wskoczyć, ale coś ostatnio chyba mu niezbyt u mnie smakowało, skoro tak zawzięcie przed obiadkiem się broni.

Jego strata, dzisiaj pierś z kurczaka z patelni serwowana będzie.

Prawdopodobnie przyniesie karty, więc znów sobie zagramy w remika, może uda mi sie złoić

mu skóre???

A za oknem całkiem przyjemnie, przynajmniej ten lodowaty wiatr zginął.

Wczoraj wyszłam do pracy bez czapki, poprostu zapomniałam, odzwyczaiłam się już od jej noszenia

i okropnie mi rozum zmarzł…….

Sprawdzałam potem , czy uszy na własnym miejscu jeszcze pozostały, na szczęście nie odpadły….

No to zaczynam oczekiwania….. Miłej niedzieli.