Ania, Anulka, Aneczka – moja Kochana Siostrzyczka

Każdy 10 czerwca jest dla mnie smutnym, pełnym refleksji dniem.
Tego dnia 2009 roku odeszła ode mnie na zawsze moja Ukochana Siostra Ania.
Pamiętam tę chwilę, gdy ta wiadomość do mnie dotarła.
Byłam wtedy w Przychodni na Żabińcu, za oknem szalała ogromna burza, niebo przeszywały zygzaki piorunów, a groźne grzmoty zwiastowały złą nowinę.
I wtedy zadzwonił ten telefon ze szpitala. w którym leżała moja Ania, z wiadomością, że właśnie przed chwilą moja Ukochana Siostra odeszła na zawsze.
I nawet ta burza nie wydawała się tak przerażająco denerwująca, łzy same po policzkach poleciały, a moje serce zaczęło rozpadać się na malutkie kryształki, a każdy z tych kryształków bardzo boleśnie uciskał okolice mojej klatki piersiowej, coraz mocniej, coraz bardziej przenikliwie, a ból ten wydawał się nie do opanowania.
I chociaż już od dłuższego czasu wiedzieliśmy, że ze zdrowiem Ani jest źle, że niestety ten grom musi nadejść, jednak ciągle od siebie tę wiadomość od siebie odsuwałam, z nadzieją, że to nie prawda, że jeszcze musi być dobrze.
Przecież Ania miała wtedy tylko 65 lat !!! To nie był czas na umieranie !!!! ZDECYDOWANIE NIE !!!!
Prawie tyle było wspólnych tych lat, które przeżywałyśmy w naszym rodzinnym domu na Smoleńsku, bo chociaż Ania na kilka lat przed śmiercią przeniosła się do Modlnicy, ale nadal miałyśmy stały kontakt, bądź to w Przychodni na Żabińcu, bądź w jej domu w Modlnicy, w którym czułam się też jak u siebie, bo wszystkie meble, które przemieściły się wraz z Anią i Jej Rodziną ciągle przypominały mi to nasze mieszkanie na ul Smoleńsk, chociaż teraz wzbogacone było przez wielki taras i wspaniały ogród, który dom otaczał. Nie było za to tego szumu z krakowskich ulic (teraz niestety przez rozwój wioski i dzięki powstałej nowej przejazdowej szosy ten ruch powrócił i jest tak samo dokuczający, jak ongiś na miejskich ulicach).
Po prostu wyglądało to tak jakby ktoś wziął to całe nasze mieszkanie na barki i przeniósł z ulicy Smoleńsk w Krakowie do Modlnicy na ulicę Ulubioną.
Gdy Ania przenosiła się do Modlnicy Jej uliczka była jeszcze mała, prawie nie zamieszkała, prawie polna, dopiero z czasem zaczęły wyrastać tam inne domki, pomału zaczęła tworzyć tam się normalna ulica z asfaltem, a nie z dziurami, po których płynęły rzeki wody podczas każdego deszczu , z czasem nawet i oświetlona lampami, a gdy Wójt Modlnicy zwrócił się do Niej, jako w sumie pierwszej mieszkanki tej ulicy z prośbą, by wymyśliła nazwę dla swojej ulicy, Ania bez namysłu odpowiedziała : to jest moja ulubiona okolica, więc i ulica musi dostać nazwę Ulubiona i tak już pozostało.
Nie mniej jako osoba niemotoryzowana nie mogłam przenieść się wraz z Anią i Jej rodzinką do Modlnicy, byłam wtedy związana z dyżurami w Szpitalu Kolejowym i z koniecznością mojej ciągłej dostępności na telefoniczne wezwania.
A potem już nie pracowałam co prawda w Szpitalu, ale jakoś tak wrosłam w ten „smoleński” klimat, że nie wyobrażałam sobie, że mogłabym na wieś się przenieść, chociaż Ania taką decyzję pozostawiała mi ciągle jako nie rozwiązaną.
Ale jak pisałam, zawsze, do końca z Anią byłyśmy w stałym kontakcie i telefonicznym i osobistym. Uwielbiałam przyjeżdżać tam (zwłaszcza wiosną i latem) i patrzeć, jak moja Siostra jest tam po prostu szczęśliwa. Bo tak często zresztą te słowa mi powtarzała siedząc na tarasie i patrząc w dal zielonego ogrodu.
Niestety nie na długo tego szczęścia Jej zostało, zła choroba niestety Ją pokonała.
Wszystko zaczęło się 2 lata wcześniej, gdy razem byłyśmy w Busku w Sanatorium, Ona już wtedy źle się czuła, ale nie chciała wracać do Krakowa, bo nie chciała mnie pozostawić samą w Busku. A już wtedy bardzo Ją choroba męczyła, powinna była wracać i zacząć leczenie. Niestety potem przyplątało się zapalenie płuc, a po nim i inne choróbska, które Ją tylko pogrążały. Niestety dołączyły się też choroby z przeszłości, które wydawałoby się już wyleczone, a przynajmniej podleczone, znów uderzyły na coraz słabiej broniący się Jej organizm. Ania gasła w oczach, a wraz z nią gasł ten wspaniały świat, który dotąd znałam, świat moich Rodzinnych wspomnień.
Nie było już w nim moich Rodziców, nie było też już mojego Brata Krzysztofa, a teraz jeszcze z tego świata pomału wymeldowywała się Ania.
I w końcu przyszedł ten tragiczny dzień 10 czerwca 2009 roku , gdy mój świat ostatecznie runął.
Nie, nie byłam sama, na szczęście mam blisko siebie Magdę i Maćka, którzy są zawsze bardzo mi pomocni i serdeczni,, mam też dzieci i wnuki Krzysztofa i wnuki Ani, dla których też jestem bliską osobą, ale to już niestety nie to samo.
Świat znany z dzieciństwa, ze Smoleńska już zaginął….. bezpowrotnie…..
Mam tylko nadzieję, że znów wszyscy razem, moi Kochani Rodzice, Ania, Krzysiu i mała Kasia, której nie dane mi niestety poznać, bo zmarła na wiele lat przed moim urodzeniem, spotkamy się na tym drugim, lepszym świecie i znów będziemy razem, szczęśliwi, już na wieki.
Na ścianie w moim pokoju wisi zdjęcie uśmiechniętej Ani, taki obraz na zawsze pozostanie pod moimi powiekami i w mim sercu.
Czasami z Nią sobie rozmawiam, patrzę wtedy na to to zdjęcie,i do niej przemawiam, podobnie jak wtedy w Szpitalu, w czerwcu 2009 roku, na kilka dni przed Jej śmiercią, gdy już się żegnałyśmy. Wtedy właśnie Ania, która niestety już nie mogła mówić, oczami przekazywała mi wiadomość, że to już koniec, że odchodzi, ale nigdy o nas nie zapomni.
I wiem, że tak jest, czuję Jej obecność każdego dnia i czuję Jej opiekę nad nami.
A ja, jako Jej siostra, a właściwie teraz już jako Seniorka naszego rodu, mam obowiązek przekazywania tej dalszej naszej rodzinnej tradycji, naszej wspólnoty i chociaż życie różnymi torami się toczy i chociaż różne zawieruchy przeżywamy, różne mniejsze, czy większe słowne potyczki staczać będziemy, nie możemy zapomnieć, że taki testament rodzinnej miłości przekazał nam mój Tata, mój Brat i potem moja Siostra. Jesteśmy wszyscy jedną wspólną Rodziną i nikt z nas nie ma prawa do zrywania tych łączących nas więzi, nikt nie może zniszczyć tej miłości, która już od kilku pokoleń naszą Rodziną kieruje.
Poprzednie nasze pokolenia też nie były bez skazy, też wielokrotnie dzieliła ich różnica zdań, w różny sposób wyrażana, ale w sumie zawsze potrafili się porozumieć, potrafili docenić to, co była podstawą ich jedności.
Ci którzy już od nas odeszli doskonale o tym już wiedzą, my musimy przyjmować to jako pewnik, jako misję, którą tu na ziemi mamy do wykonania, aby kiedyś, przy spotkaniu z naszymi przodkami, z czystym sumieniem im powiedzieć: Wasze przesłanie zostało wypełnione, a teraz przekazujemy go młodszemu pokoleniu.
A mnie, jako nestorce najdłużej w tej obecnej Rodzinie żyjącej, przypada pilnowanie tego rodzinnego ładu i łagodzenia jakichś ewentualnych niesnasek, co z wielkim bólem serca przyznając, niestety nie zawsze mi się udaje.
Ale wciąż wierzę w moją Rodziną i wierzę, że kiedyś ten sukces osiągnę, jeszcze trochę czasu przede mną……
Przecież w tej mojej misji pomagają mi z niebiosów moja Mama, mój Tata, Ania, Kasia i Krzysiu.
Myślę o Tobie Aneczko i nie tylko w takim smutnym dniu , jak ten dzisiejszy, nie tylko w święta, które dla Ciebie zawsze miały specjalny wymiar, myślę każdego dnia i mimo, że od tamtej daty minęło już 12 długich lat, w moim sercu zawsze pozostaje taki sam ból jak wtedy a często i łzy napływają do moich oczów.
Bądź tam gdzie jesteś szczęśliwa, ale nigdy o nas nie zapominaj !!!!!!

Dzisiaj zapowiada się śliczny, słoneczny dzień.
Wczoraj nas troszkę burza postraszyła, niby kilka grzmotów, troszkę deszczu, parę błyskawic, ale jakoś szybko ta niby burza przeszła nad Krakowem, czy dzisiaj będzie podobnie?

Życzę jednak przyjemnego czwartku