Słodkie życie

Ce la vie – nie ma jak słodkie życie.
Wg przychodnianych wyników mój cukier jest bardzo wysoki,  pomiary na moim   glukometrze pokazują cukry o  owszem podniesionych  wartościach, ale nie tak tragicznie, jak te ostatnie dni pomiaru w przychodni pokazywały. Jaki wniosek? Mój glukometr jest chyba do niczego, a na pewno nadaje się do wymiany.
To dlatego straciłam czujność, bo gdy poprzednimi razy mierzyłam ten mój nieszczęsny cukier, zawsze były pokazywane na moim aparacie zaniżone wartości, co przyjmowałam za dobrą monetę, straciłam czujność.
Teraz jestem w okresie podniesionej ostrożności, a we wtorek idę do pani doktor   i znów się okaże, czy  jednak wystarczą mi te tabletki, które zażywam (trochę większą dawkę dostaję), czy jednak nie będę musiała  przejść na insulinę. Pewnie, że teraz przyjmowanie insuliny nie jest takie uciążliwe jak dawniej, mój tata musiał wszędzie ze sobą wozić malutki autoklaw, strzykawki,  igły, a nie było wtedy jednorazowych ani strzykawek ani igieł i musiał co chwilę je gotować, aby były sterylne, trzeba było wcześniej o tym pamiętać, teraz wyciągasz z torebki pena, którego zawsze możesz mieć przy sobie i już robisz sobie zastrzyk w brzuszek.
No właśnie, pozostaje tylko to nieprzyjemne ukłucie, po którym zawsze pozostają jakieś siniaczki, ale i tak nikt mojego brzucha oglądał nie będzie, nawet na plaży mam kostium jednorazowy.
No i jeszcze problem diety : to dla mnie jest naprawdę przerażające, ostatnio zauważyłam, ze po godz 18 -19 dostaję wręcz wilczego apetytu, jeżeli nie zjem i to nawet kilka razy po jakimś tam większym, czy mniejszym kęsie, natychmiast dostaję skurczu żołądka i nudności. Widać wtedy mój wrzodzik się wydatnie ujawnia i woła Jeść!!!!! A jest to niestety  pora, gdy powinnam zapomnieć o jedzeniu!!! Tylko jak mam to wytłumaczyć wrzodzikowi? – to on przecież „rządzi” w moim brzuchu i co gorsza nie przyjmuje żadnych sprzeciwów.
A tak na serio to jest właśnie dziwne, że największy apetyt mam właśnie wieczorem, teraz, gdy przy tym cukrze jest wymagany  reżim jedzeniowy mam na prawdę wielki problem co i kiedy jeść. Nie cierpię żadnych wędlin drobiowych, bo są zupełnie bez smaku, mogłabym jeść drewniane wióry i miałyby bardzo podobny smak.
Większość przypraw też nie jest wskazana,  wolno tylko jeść chleb ciemny typu pumpernikiel ( i to w małych ilościach) ile razy taki chleb można jeść, skoro nie jest wcale zbyt smaczny? owszem od czasu do czasu można, ale na stałe? Kurczaki, chociaż dietetyczne też szybko się nudzą, szczególnie gdy wskazane jest je jeść tylko gotowane i to w dodatku z gotowanymi jarzynkami.
Dobrze się komuś radzi co ma robić, gdy to nie jego osobiście dotyczy.
Zdecydowanie wolę potrawy o silnie zaznaczonym smaku, niż mdłe i nijakie. Ale te lepsze potrawy, które są dietetyczne i zarazem smaczne są zdecydowanie drogie. Wczoraj kupiłam sobie polędwiczkę łososiową ( wędlina) i polędwicę z łososia ( rybka), cena obydwóch jest przyznaję dosyć wysoka, ale coś na przełamanie tradycyjnego białego serka musiałam sobie sprawić, nawet w diecie potrzebna jest chwila radości, inaczej człowiek by zwariował.
Już sam fakt, że jestem chora jest wystarczająco stresująca, czemu dietą mam sobie jeszcze tego stresu dokładać?
Gdybym była w USA na pewno szybko pognałabym do swojego psychoanalityka, by przy jego pomocy swoje depresje zbijać, niestety u  nas w Polsce muszę radzić sobie z tym sama, co prawda są poradnie psychologiczne, ale kto by się tam zajmował takimi problemami, jakie ja mam? A może jestem w błędzie?
W każdym bądź razie ja swoimi problemami nie będę innych zadręczeń, a tu tylko daję takie swoje własne przemyślenia na ten temat, dalsze problemy pozostawiam sobie samej.

Miłej soboty wszystkim życzę, chociaż jest ona niezwykle ponura i wręcz szara, nie wspominając, że bardzo niskim ciśnieniem, czyli akurat nadaje się tylko do przespania się, co pewno niedługo zrobię, wcześniej jednak muszę oglądnąć dzisiejszą Kawę na ławę ( TVN-24), bo przypuszczam, że po ostatnich wydarzeniach będzie niezwykle burzliwa i…ciekawa.