„Wycieczka” czyli wykopane z lamusa

Dawno, dawno temu……

….jechałam na zaproszenie mojego Stryjka do USA.

Był rok 1986  i taki wyjazd był niesamowitym przeżyciem.

Najpierw przez kilka dni stało się pod ambasadą, aby dostać wizę, a niestety

nie każdemu się to udawało.

Ja odstałam co prawda jeden dzień tylko, ale za to od 3-ciej w nocy do około 13 stej w

południe,gdy stanęłam przed obliczem Pana Konsula.

Byłam niezmiernie zmęczona tym długim oczekiwaniem na chodniku przed Ambasadą

w Krakowie i właściwie było mi już wszystko jedno, czy tą wizę dostanę, czy nie.

Chciałam do domu.

Ale gdy Pan Konsul zobaczył moją niezmiernie zmeczoną, wręcz zmaltretowaną gębusię,

odrazu podbił mi pozwolenie na wjazd do ich Krainy Eldorado.

Było potem kilka przygotowań i nerwowych poczynań, ale wreszcie nadszedł

wieczór tuż przed moim wyjazdem do Warszawy, skąd nazajutrz miałam startować

samolotem do Stanów.

I wtedy przyszła moja koleżanka Asia ( ale nie ta od butów, ta od wspólnych

psich spacerów, a miałam wtedy bokserki Tinę i Kaję) i dała mi prezent w postaci

wiersza, który dzisiaj właśnie w lamusie moich starych zdjęć i dokumentów wygrzebałam

Oto On:

” WYCIECZKA”

„Korzystaj z usług Lotu ”  „Lotem Bliżej „



Patrzcie kumo ! Czyżby czary?

Z nieba sypią się dulary!!!

Eee! Sąsiado – co mówicie,

Samolota  nie widzicie????


Aż  się cieszy we mnie dusza,

Bo on pewnie leci z USA

Może siedzi wewnim  Ewa

A dulary wiatr jej zwiewa?


Toć musiała się obłowić

Lecz co się będziemy głowić

Balice są wszakże blisko,

Lepiej lećmy na lotnisko!


Może nawet coś odpali

Tym co będą ją witali

Ale jednak coś mnie smuci,

Bo myślałam, że nie wróci.


Wszak tydzień nie minął cały

Jakżeśmy się z nią żegnały

A miała być sześć miesięcy

( a może nawet i więcej.)



Nic dziwnego tu nie widzę

I jeszcze się za Was wstydzę

Bo w tym nie ma tajemnicy,

tam cent leży na ulicy


Po co dalej pchać się miała?

Na lotnisku nazbierała

Do kieszeni je wsadziła

Wsiadła w pudło  ….. i wróciła.!


%

Drzwi się wielkie otwierają……

Schody same podjeżdżają…..

A prawie już na ich szczycie

Stoi Ewa ( czy widzicie?)


Już wyłazi z samolota,

Lecz się jakoś dziwnie miota

Krzyczy, macha, nogą tupie:

„Amerykę mam ja w d……”


Te murzyny  i  jankesy

Popsuły mi interesy.

Co ja sama teraz zrobię?

Na czym powetuję sobie?


Przecież biedna z głodu zginę

Oj! Przyjdzie mi sprzedać Tinę

Ma rodzinka też się czai

Bo nie może znieść już Kai.


Ale może zrobię hecę,

I raz jeszcze tam polecę,

I  niech mnie weźmie cholera,

Wyjdę za Rockefellera.


Paczki będę na tuziny

Wysyłała do  rodziny

Ach ! Co to będzie za życie !

( tu zagłębia się w zachwycie)



MORAŁ !!!!

Gdy się w życiu nic nie zmienia

Pozostają nam marzenia

I tak się nie tarzasz w puchu

Nie upadaj więc na duchu !!!!


Kraków 30.07.86. godz.12.30

 

Autorką tego wiersza jest moja wieloletnia koleżanka Asia, z którą kontakt jakoś

sie urwał, ale dzisiaj, po znalezieniu tego wiersza odrazu do niej zatelefonowałam

Bardzo sie zdziwiła, że sobie przypomniałam o niej ( ach taki nawał pracy na

mojej głowie!!!), a jeszcze bardziej zdziwiła się, że ten wiersz przetrwał.

Prosiła mnie  oczywiście  aby jej  ten list przekopiować.

Ale miłe są takie wspomnienia.

Co prawda rzeczywiście wróciłam, ale nie za tydzień, jak było w wierszu, całe

dwa miesiące tam sobie odpoczywałam.

Ale tu w kraju była moja Rodzina, moja praca,  no i Tina i Kaja, więc wróciłam.

I niestety nigdy nie odważyłam sie raz jeszcze tam pojechać, by spełniły się do końca

słowa wiersza, nie wyszłam ( jak widać ) za Rockeffelera.

I bardzo dobrze.!!!!!

 

 

 

NIE !!!!

 

Wczoraj byłam na „nie”

Nie cały dzień co prawda,bo wstałam nawet dosyć optymistycznie nastawiona,

w pracy też nieźle mi szło ( tylko kilka razy aparat wariował), ale wieczorem….

Możliwe,że było to związane ze zmęczeniem, bo jakoś wczoraj wyraźnie wcześniej niż

zazwyczaj o tej wieczornej godzinie byłam do tyłu.

Oczywiście, mój organiżm nie zdążył się jeszcze przestawić na nowy czas, no i o godzinę

wcześniej byłam taka śpiąca….

Położyłam się, ale nie mogłam  ze zmęczenia zasnąć. Często tak właśnie mam, że im

więcej jestem padnięta, tym bardziej nie mogę zasnąć.

W dodatku dołączył się  ten okropny ból stóp, najpierw jednej, potem drugiej, ból, który

zmusił mnie do wstawania z łóżka, aby mocno oprzeć stopy o podłoże.

Trudno określlić, jak to boli, coś  podobnie jakbym nagle skręciła stopę, narastający

i okropnie dręczący.

A potem musiałam ubrać klapki, tak by stopy cały czas czuły twarde podłoże, o które

się opierają i w tych klapkach dopiero zasnęłam.

Dziwne prawda? Kto mądry śpi w klapkach na nogach?? Ale każda metoda jest dobra.

aby ból zniwelować.

Dzisiaj już jest znów lepiej, wstałam zmoblilizowana, bo dzisiaj przyjeżdża  ten mój

ulubiony doktór od skoliozy ( wyjątkowo we wtorek ) i muszę być w związku z tyn

zwarta i gotowa do działania. I jestem !!!!

Nawet myśl, żeby  jednak nie jechać na święta do Bukowiny porzuciłam.

A co będę w domu siedziała??? Łyk świeżego powietrza  tylko mi  dobrze zrobi.

No i odwyk od komputera też !!!!

A nowe buty niestety nie są jeszcze gotowe do chodzenia, mają troszkę zwężone

noski i nieco tam piją, ale to skórka, mam nadzieję, że się nieco przez chodzenie

rozszerzą.

Dzisiaj po powrocie z pracy będę je w domu rozchadzała, muszą mi ulec !!!

A teraz już lecę do mojego Pana Doktora.