A jednak na wszelkie biegunki najlepsza jest czarna jagoda, zwana też w niektórych rejonach Polski borówką. Rzeczywiście pomaga.
Zawarty w nim błonnik i nasionka usprawniają funkcjonowanie przewodu pokarmowego.
Ale dla mnie najważniejsze chwili obecnej jest to, że napary z suszonych jagód działają przeciwbólowo i uspokajająco, a dzięki dużej ilości zawartych w nich garbników sok i napar z nich uszczelnia błony śluzowe żołądka, neutralizują szkodliwe produkty przemiany materii i spowalniają ruchy robaczkowe jelit.
Sok z borówek jest wspaniałym antidotum na wszelakie zatrucia, albowiem wychwytuje z organizmu wszelakie toksyny, dlatego stosowany był też przy takich chorobach jak na przykład pylica.W czasach, gdy nie znano antybiotyków borówką leczono takie choroby jak tyfus, czy polio, a i dzisiaj lekarze polecają podawanie soku borówek dzieciom, aby pozbyły się one glist i owsików. To wszystko bardzo cenne wiadomości, dlatego je tutaj dzisiaj przekazuję.
Oprócz tych właściwości borówka pozytywnie działa na mózg, ze względu na zawarte w nich witaminy A B C i E. Również i wzmacniają układ moczowy, poprawia wzrok, podwyższa zawartość dobrego cholesterolu wspomagając tym pracę serca, opóźnia starzenie, a także jest korzystna przy stosowaniu diety odchudzającej. Jak więc widać, niby taka mała, niepokaźna roślinka, ale jej owoce mają bardzo szerokie spectrum lecznicze.
Aż dziw, że żaden z lekarzy nie zasugerował mi takiej terapii. Gdyby żył mój Dziadek Emil, czy mój Tata, na pewno pierwsze co nakazali by mi taki sok pić.
Właściwie nie wiem, czemu sama tego nie zrobiłam wcześniej? Może dlatego, że w sumie tego soku miałam bardzo mało i trochę go oszczędzałam, dopiero wczoraj Renatka jeszcze doniosła mi słoik z następną porcją tego soku. Jeden szkopuł to to, że jest w nim zawarty cukier, ale znalazłam w internecie sklep, który wysyła naturalny, wyciskany sok z czarnej jagody, bez dodatku cukru. Nie jest tani, bo pół litra tego soku kosztuje ponad 20 zł, ale czego nie robi się dla zdrowotności. Na pewno jest to zdrowsze niż na przykład pół litra wódki (już słyszę, jak się niektórzy w tym miejscu żachnęli z dezaprobatą na takie moje dictum), ale ja tak uważam i muszę sobie zamówić co najmniej dwie takie buteleczki i pić, dopóki moje jelitowe kłopoty nie ustaną całkowicie.
Ale wracając do meritum sprawy, czemu byłam niby taka dzielna, no prosta sprawa, po raz pierwszy od dłuższego czasu ( z małymi przerwami, gdy pracowałam) poszłam, a właściwie pojechałam dzisiaj do pracy. Co prawda niepewna byłam mojej „podróży”, więc na wszelki wypadek pojechałam tam taksówką (oczywiście na wszelki wypadek zaopatrzona w dodatkową bieliznę), ale wracałam z niej już kawałek drogi autem z Łukaszem, a potem już normalnie, autobusem. I w dodatku bez żadnych przykrych „wpadek”.
I tak ma być, muszę być przecież zdrowa, w dodatku jak najszybciej zdrowa, bo po pierwsze już nawet rodzina (nie wspominając nawet o pracodawcy) ma już dosyć mojego ciągłego stękania, kwękania, chociaż nie wymagam na szczęście żadnej specjalnej opieki i ciągle staram się być samowystarczalna, no a po drugie….. przecież wiosna zbliża się wielkimi krokami, a na wiosnę nawet nie wypada chorować. Bo kto będzie jeździł na działkę i podziwiał, jak rozwijają się magnolie, jak zielenią się krzewy i trawka, jak owocowe drzewka zaczynają się przybierać w białe, godowe szaty, no kto?
No może z tą wiosną to trochę na wyrost się wyrywam, bo wczoraj wracając późnym popołudniem z pracy porządnie zmarzłam, wiał dosyć silny, porywisty i w dodatku zimny wiatr i żałowałam, że nie ubrałam czapki na głowę, ani nie miałam przy sobie rękawiczek. No dobrze, zgadzam się, jestem ostatnimi czasy wielkim zmarzluchem, ale to jeszcze jest jeden powód by pomarzyć już o ciepłej wiośnie.
Ale poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy, jeszcze nie ma nawet połowy lutego, a i marzec może pokazać nam swoje śnieżne pazurki, kwiecień też czasami w śniegu się skrywa……. Zwłaszcza, że Wielkanoc w tym roku jest dosyć wcześnie, właśnie pod koniec marca, a te święta ostatnio lubią właśnie ze Świętami Bożego Narodzenia się zamienić i w śniegu trzeba je niestety spędzać. Coś mam przeczucie, że i tak w tym roku będzie, więc na wszelki wypadek zimowej czapki i ciepłego szalika jeszcze do lamusa nie chowam, mam je pod ręką w szufladzie komody, aby w razie potrzeby na nie szybko natrafić.
Tak więc jestem targana sprzecznymi uczuciami, z jednej strony marzę o ciepełku i wiośnie, a z drugiej, patrzę realnie i obawiam się, że ta zima niestety jeszcze troszkę potrwa.
Ale może znów będą w najbliższym czasie jakieś pogodowe zawirowania (oby tylko takie, a nie np. polityczne, czy wojenne) i jeszcze wszystko się zmieni?
Może krokusiki wnet się pojawią……..
Na razie pokazały się tylko w moim blogu, ale………… kto wie, kto wie………
No i znów przyjdzie czas oczekiwania na przylot bocianów do Polski (na ogół w ostatnich dniach marca już się zaczynają pojawiać), a potem obserwacja on line gniazd bocianów, oczekiwanie na pierwsze jajeczka, a potem na bocianie pisklaczki, które znów na naszych oczach będą rosły i pomału przysposabiać się do pierwszych lotów, a potem już do odlotu do ciepłych krajów. Takim to dobrze, zawsze mają ciepło, chociaż bywało i tak, że wiele bocianów nie przeżywało nawrotów śniegu, czy chłodnych deszczów, czasami nawet wszystkie narodzone bocianiątka w jakimś gnieździe ginęły. A i przelot bocianów też bywa niebezpieczny, albo wpadają na druty telegraficzne i tragicznie przez to giną, albo lecą przez kraje, w których niestety bocianów nie lubią i polują na nich, strzelając z różnych rodzajów strzelb.
No powiedzcie sami, czy wiosna nie jest piękna i wspaniała?? Toć to moja najukochańsza pora roku, pewnie właśnie dlatego podczas niej przyszłam na ten piękny nasz świat.
Czy piękny, to można polemizować, byłby jeszcze pewnie piękniejszy, gdyby ludzie byli lepsi i przede wszystkim mądrzejsi, ale jest takie powiedzenie, że różnych lokatorów ma Pan Bóg w swoim domu. On to toleruje, więc i pewnie my musimy też tolerować, chociaż z tym się nie godzimy.
A ja wczoraj prawie cały wieczór ( z wyjątkiem czasu spędzonym na na oglądanie serialu „M jak Miłość” słuchałam z wielką przyjemnością spokojnych ballad Chrisa Normana. Bardzo podobał mi się jego spokojny, nieco chrapliwy głos, który przypominał mi piosenki śpiewane przez Leonarda Cohena.
Kto jest zainteresowany fajną i spokojną muzyką, polecam wpisać w Gogolach nazwisko Chris Norman i…posłuchać.
Wczoraj przeczytałam na Face Booku, że 101 letnia, wspaniała nasza aktorka Danuta Szaflarska, przebywa na OIOM-ie jednego z warszawskich szpitali. Bardzo zasmuciła mnie ta wiadomość, bo jeszcze kilka dni temu właśnie na Face Booku składałam Jej życzenia urodzinowe, a w tym wieku niestety każda choroba jest bardzo poważna i może przynieść różne skutki. To naprawdę jest wspaniała kobieta, pomimo swojego bardzo zaawansowanego wieku występuje jeszcze na scenie Teatru Żydowskiego, który w lutym miał wystawiać premierę sztuki „Sklep przy głównej ulicy” właśnie z Danutą Szaflarską w roli głównej. Niedawno, bo w tym roku w styczniu pani Danuta miała pękniętą kość biodrową, ale przy pomocy intensywnej terapii szybko się pozbierała, żeby nie opóźniać nadchodzącej premiery.
Teraz niestety teatr był zmuszony przenieść premierę na późniejsze miesiące i mam nadzieję, że jeszcze uda się nam (no, Warszawiakom) jeszcze oglądnąć i usłyszeć panią Szaflarską w tej sztuce, czego Jej szczerze z całego serca życzę.
I jeszcze odpowiedź do wczorajszego komentarza (Ulki??) : Kolega ze mną operowany ma się świetnie i nie ma żadnych dolegliwości pooperacyjnych, ale skoro lekarze nie potrafią mi pomóc, to co on może? Już to pisałam : człowieku, lecz się sam!! Dziwne, że to piszę, ja, pochodząca z lekarskiej rodziny i sama pracująca w służbie zdrowia, ale niestety taka jest prawda. A może moja choroba jest po prostu zbyt banalna, żeby ją leczyć? Jest tylko jedna rada: najlepiej ratować się samemu!!!
No proszę i znów powróciłam w moim wpisie do choroby, ale przecież musiałam na komentarz odpowiedzieć.
Dzisiaj idę na poranną zmianę, i ambitnie jadę autobusem, więc muszę się już szybciutko zbierać.
Życzę wszystkim miłego i wesołego ostatniego karnawałowego wtorku, od jutra już Wielki Post, smutek, powaga i roztropność, żadnych zabaw, śmiechów.
Już jutro znów usłyszymy te przerażające chyba każdego słowa MEMENTO MORI, które dadzą nam powód do rozmyślań nad uciekającym życiem.
Ale to dopiero jutro, na razie dzisiaj weselmy się, radujmy się, jedząc śledzika pod kieliszek dobrej wódeczki (!) i po raz ostatni wesoło pląsając w takt dobrej muzyki. I wyobrażajmy sobie, że jesteśmy w Rio de Janeiro, gdzie przez pięć dni i pięć nocy trwa karnawałowe szaleństwo.

