dzielna jak….

 

 

A jednak na wszelkie biegunki najlepsza jest czarna jagoda, zwana też w niektórych rejonach Polski borówką. Rzeczywiście pomaga.
Zawarty w nim błonnik i nasionka usprawniają funkcjonowanie przewodu pokarmowego.
Ale dla mnie najważniejsze chwili obecnej jest to, że napary z suszonych jagód działają przeciwbólowo i uspokajająco, a dzięki dużej ilości zawartych w nich garbników sok  i napar z nich uszczelnia błony śluzowe żołądka, neutralizują szkodliwe produkty przemiany materii i spowalniają ruchy robaczkowe jelit.
Sok z borówek jest wspaniałym antidotum na wszelakie zatrucia, albowiem wychwytuje z organizmu wszelakie toksyny, dlatego stosowany był też przy takich chorobach jak na przykład pylica.W czasach, gdy nie znano antybiotyków borówką leczono takie choroby jak tyfus, czy polio, a i dzisiaj lekarze polecają podawanie soku  borówek dzieciom, aby pozbyły się one glist i owsików. To wszystko bardzo cenne wiadomości, dlatego je tutaj dzisiaj przekazuję.
Oprócz tych właściwości borówka pozytywnie działa na mózg, ze względu na zawarte w nich witaminy A B C i E. Również i wzmacniają układ moczowy, poprawia wzrok, podwyższa zawartość dobrego cholesterolu wspomagając tym pracę serca, opóźnia starzenie, a także jest korzystna przy stosowaniu diety odchudzającej. Jak więc widać, niby taka mała, niepokaźna roślinka, ale jej owoce mają bardzo szerokie spectrum lecznicze.
Aż dziw, że żaden z lekarzy nie zasugerował mi takiej terapii. Gdyby żył mój Dziadek Emil,  czy mój Tata, na pewno pierwsze co nakazali by mi taki sok pić.
Właściwie nie wiem, czemu sama tego nie zrobiłam wcześniej? Może dlatego, że w sumie tego soku miałam bardzo mało i trochę go oszczędzałam, dopiero wczoraj Renatka jeszcze doniosła mi słoik z następną porcją tego soku. Jeden szkopuł to to, że jest w nim zawarty cukier, ale znalazłam w internecie sklep, który wysyła naturalny, wyciskany sok z czarnej jagody, bez dodatku cukru. Nie jest tani, bo  pół litra tego soku kosztuje ponad 20 zł, ale czego nie robi się dla zdrowotności. Na pewno jest to zdrowsze niż na przykład pół litra wódki (już słyszę, jak się niektórzy w tym miejscu żachnęli z dezaprobatą na takie moje dictum), ale ja tak uważam i muszę sobie zamówić co najmniej dwie takie buteleczki i pić, dopóki moje jelitowe kłopoty nie ustaną całkowicie.

Ale wracając do meritum sprawy, czemu byłam niby taka dzielna, no prosta sprawa, po raz pierwszy od dłuższego czasu ( z małymi przerwami, gdy pracowałam) poszłam, a właściwie pojechałam dzisiaj do pracy. Co prawda niepewna byłam mojej „podróży”, więc na wszelki wypadek pojechałam tam taksówką (oczywiście na wszelki wypadek zaopatrzona w dodatkową bieliznę), ale wracałam z niej już kawałek drogi autem z Łukaszem, a potem już normalnie, autobusem. I w dodatku bez żadnych przykrych „wpadek”.
I tak ma być, muszę być przecież zdrowa, w dodatku jak najszybciej zdrowa, bo po pierwsze już nawet rodzina (nie wspominając nawet o pracodawcy) ma już dosyć mojego ciągłego stękania, kwękania, chociaż nie wymagam na szczęście żadnej specjalnej opieki i ciągle staram się być samowystarczalna, no a po drugie….. przecież wiosna zbliża się wielkimi krokami, a na wiosnę nawet nie wypada chorować. Bo kto będzie jeździł na działkę i podziwiał, jak rozwijają się magnolie, jak zielenią się krzewy i trawka, jak owocowe drzewka zaczynają się przybierać w białe, godowe szaty, no kto?
No może z tą wiosną to trochę na wyrost się wyrywam, bo wczoraj wracając późnym popołudniem z pracy porządnie zmarzłam, wiał dosyć silny, porywisty  i w dodatku zimny wiatr i żałowałam, że nie ubrałam czapki na głowę, ani nie miałam przy sobie rękawiczek. No dobrze, zgadzam się, jestem ostatnimi czasy wielkim zmarzluchem, ale to jeszcze jest jeden powód by pomarzyć już o ciepłej wiośnie.
Ale poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy, jeszcze nie ma nawet połowy lutego, a i marzec może pokazać nam swoje śnieżne pazurki, kwiecień też czasami w śniegu się skrywa……. Zwłaszcza, że Wielkanoc w tym roku jest dosyć wcześnie, właśnie pod koniec marca, a te święta ostatnio lubią właśnie ze Świętami Bożego Narodzenia się zamienić i w śniegu trzeba je niestety spędzać. Coś mam przeczucie, że i tak w tym roku będzie, więc na wszelki wypadek zimowej czapki i ciepłego szalika jeszcze do lamusa nie chowam, mam je pod ręką w szufladzie komody, aby w razie potrzeby na nie szybko natrafić.
Tak więc jestem targana sprzecznymi uczuciami, z jednej strony marzę o ciepełku i wiośnie, a z drugiej, patrzę realnie i obawiam się, że ta zima niestety jeszcze troszkę potrwa.
Ale może znów będą w najbliższym czasie jakieś pogodowe zawirowania (oby tylko takie, a nie np. polityczne, czy wojenne) i jeszcze wszystko się zmieni?
Może krokusiki wnet się pojawią……..

Na razie pokazały się tylko w moim blogu, ale………… kto wie, kto wie………
No i znów przyjdzie czas oczekiwania na przylot bocianów do Polski (na ogół w ostatnich dniach marca już się zaczynają pojawiać), a potem obserwacja on line gniazd bocianów, oczekiwanie na pierwsze jajeczka, a potem na bocianie pisklaczki, które znów na naszych oczach będą rosły i pomału przysposabiać się do pierwszych lotów, a potem już do odlotu do ciepłych krajów. Takim to dobrze, zawsze mają ciepło, chociaż bywało i tak, że wiele bocianów nie przeżywało nawrotów śniegu, czy chłodnych deszczów, czasami nawet wszystkie narodzone bocianiątka w jakimś gnieździe ginęły. A i przelot bocianów też bywa niebezpieczny, albo wpadają na druty telegraficzne i tragicznie przez to giną, albo lecą przez kraje, w których niestety bocianów nie lubią i polują na nich, strzelając z różnych rodzajów strzelb.
No powiedzcie sami, czy wiosna nie jest piękna i wspaniała?? Toć to moja najukochańsza pora roku, pewnie właśnie dlatego podczas niej przyszłam na ten piękny nasz świat.
Czy piękny, to można polemizować, byłby jeszcze pewnie piękniejszy, gdyby ludzie byli lepsi i przede wszystkim mądrzejsi, ale jest takie powiedzenie, że różnych lokatorów ma Pan Bóg w swoim domu. On to toleruje, więc i pewnie my musimy też tolerować, chociaż z tym się nie godzimy.
A ja wczoraj prawie cały wieczór ( z wyjątkiem czasu spędzonym na  na oglądanie serialu „M jak Miłość” słuchałam z wielką przyjemnością spokojnych ballad Chrisa Normana. Bardzo podobał mi się jego spokojny, nieco chrapliwy głos, który przypominał mi piosenki śpiewane przez Leonarda Cohena.
Kto jest zainteresowany fajną i spokojną muzyką, polecam wpisać w Gogolach nazwisko Chris Norman i…posłuchać.
Wczoraj przeczytałam na Face Booku, że 101 letnia, wspaniała nasza aktorka Danuta Szaflarska, przebywa na OIOM-ie  jednego z warszawskich szpitali. Bardzo zasmuciła mnie ta wiadomość, bo jeszcze kilka dni temu właśnie na Face Booku składałam Jej życzenia urodzinowe, a w tym wieku niestety każda choroba jest bardzo poważna i może przynieść różne skutki. To naprawdę jest wspaniała kobieta, pomimo swojego bardzo zaawansowanego wieku występuje jeszcze na scenie Teatru Żydowskiego, który w lutym miał wystawiać premierę sztuki „Sklep przy głównej ulicy” właśnie z Danutą Szaflarską w roli głównej. Niedawno, bo w tym roku w styczniu  pani Danuta miała pękniętą kość biodrową, ale przy pomocy intensywnej terapii szybko się pozbierała, żeby nie opóźniać nadchodzącej premiery.
Teraz niestety teatr był zmuszony przenieść premierę na późniejsze miesiące i mam nadzieję, że jeszcze uda się nam (no, Warszawiakom) jeszcze oglądnąć i usłyszeć panią Szaflarską w tej sztuce, czego Jej szczerze z całego serca życzę.

I jeszcze odpowiedź do wczorajszego komentarza (Ulki??) : Kolega ze mną operowany ma się świetnie i nie ma żadnych dolegliwości pooperacyjnych, ale skoro lekarze nie potrafią mi pomóc, to co on może? Już to pisałam : człowieku, lecz się sam!! Dziwne, że to piszę, ja, pochodząca z lekarskiej rodziny i sama pracująca w służbie zdrowia, ale niestety taka jest prawda. A może moja choroba jest po prostu zbyt banalna, żeby ją leczyć? Jest tylko jedna rada: najlepiej ratować się samemu!!!
No proszę i znów powróciłam w moim wpisie do choroby, ale przecież musiałam na komentarz odpowiedzieć.

Dzisiaj idę na poranną zmianę, i ambitnie jadę autobusem, więc  muszę się już szybciutko zbierać.
Życzę wszystkim miłego i wesołego ostatniego karnawałowego  wtorku, od jutra już Wielki Post, smutek, powaga i roztropność, żadnych zabaw, śmiechów.
Już jutro znów usłyszymy te przerażające chyba każdego słowa MEMENTO MORI, które dadzą nam powód do rozmyślań nad uciekającym życiem.
Ale to dopiero jutro, na razie dzisiaj weselmy się, radujmy się, jedząc śledzika pod kieliszek dobrej wódeczki (!) i po raz ostatni wesoło pląsając w takt dobrej muzyki. I wyobrażajmy sobie, że jesteśmy w Rio de Janeiro, gdzie przez pięć dni i pięć nocy trwa karnawałowe szaleństwo.

 

W czasie biegunki dobrze jest pić sok z jagód lub napar z suszonych jagód. Dzięki dużej zawartości garbników jagodowy sok i napar uszczelniają błony śluzowe żołądka, neutralizują szkodliwe produkty przemiany materii i spowalniają ruchy robaczkowe jelit. Sok z jagód jest uznawany za antidotum na zatrucia, gdyż wychwytuje z organizmu wszelkie toksyny,

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/jagody-wspomagaja-leczenie-wielu-chorob_33946.html



wyzwanie

 

Nareszcie idę dzisiaj do pracy. Jeszcze nie wiem jak tam dotrę, jeszcze nie podjęłam decyzji, czy będę jechała autobusem, czy taksówką, zależy jak będzie się zachowywał mój niesforny brzuszek, gdy będę już musiała wychodzić z domku.
Wczoraj brzusio znów dawał mi do wiwatu, mimo sucharków, gotowanych jarzynek i gotowanego mięska.
Ale co tam, najwyżej zaopatrzę się w dodatkową bieliznę i…… niech się dzieje, co chce.
A tak swoją drogą, jaki to jest okropny dyskomfort dla mnie rozumie chyba tylko ktoś, kto miewał podobne niedyspozycje. Tylko tak na dłuższą metę okropnie obrzydzają one życie. Człowiek już  jest niepewny nie tylko dnia, ale nawet najbliższej godziny, ba, nawet najbliższych kilku minut.
Ale ciągle mam nadzieję, (tak jeszcze ją mam), że zdarzy się jakiś cud i wreszcie te moje zdrowotne perturbacje w jakiś sposób się skończą.
Bo prócz kłopotów logistycznych, tak po prostu, po ludzku, zjadłabym sobie coś innego, niż te gotowane jarzynki, czy ryż i suchary. Ba, nawet szynka, jedyna wędlina, którą mogę jeść (oczywiście musi być ona chuda), też już mi mało smakuje.
Czasami u nas w domu rozpościerają się tak fantastyczne zapachy, że aż ślinka sama leci. Na przykład dwa dni temu Monika ugotowała wspaniały żurek, na kiełbasie, z ziemniakami. Och, jak on cudownie wyglądał. Nawet wyobrażałam sobie jego smak, bo już wcześniej, za dobrych jeszcze czasów, taki żurek Moniki próbowałam i był wyborny, już o zupie z dyni  i innych jej smakołykach nie wspominając.
Niebawem będzie Środa Popielcowa i jak tu ją przeżyć bez śledzika???Takiego pysznego w oleju, albo jeszcze lepiej w śmietanie z dodatkiem tartego jabłka??
A u mnie zamiast śledzika znów będą suchary, bo nawet białego sera nie mogę na nich położyć  😦
No dobrze, nie będę się katowała opisami wspaniałościami kulinarnymi tego domu, ale powiedzcie sami, czy naprawdę nie mam prawa sobie od czasu do czasu chociażby pomarzyć………….
A może przyjdzie dzień, że znów śledziku spotkamy się…….. i będzie mi z tobą wcale nie tak źle.

Czy lubicie Barbarę Kurdej Szatan? Tak, tę z serialu „M jak miłość”, gdzie gra rolę Joasi, narzeczonej Tomka?
Wczoraj oglądałam romantyczną komedię polską „Dzień dobry. Kocham Cię”, gdzie Barbara gra główną rolę zakochanej ( na szczęście z wzajemnością) od pierwszego wejrzenia dziewczyny w chłopaku, na którego niechcący wpadła jadąc na rolkach. Dziwny traf rozdzielił ich drogi, ale ciągle obydwoje się na nowo szukali i……… zakończenie jest łatwe do przewidzenia, ale jeżeli ktoś ma ochotę oglądnąć tę komedię, nie zdradzam zakończenia.
Ja wiem, ktoś powie, że takie filmy są może mało ambitne, ale ja lubię właśnie takie, zdecydowanie wolę od tych, gdzie padają najpierw słowa „już nie żyjesz”, a potem strzały i trup gęsto się sypie. Są gusty i guściki, ale ja jestem typową kobietą, a która kobieta nie marzy o  prawdziwej, wielkiej romantycznej miłości???
Chociaż z tymi miłościami to przeróżnie bywa i tu w filmie też jest pokazana, w wątku pobocznym, miłość nieprawdziwa, udawana,  potrzebna tylko dla zdobycia fortuny.
Fakt, teraz coraz mniej jest miłości pośród ludzi, ale sama osobiście znam parę naprawdę wspaniałych i udanych małżeństw, które doczekały się dzieci, a potem wnuków. Kiedyś czytałam gdzieś w necie wspaniałą prawdziwą  opowieść o starszym, niezbyt sprawnym już ruchowo mężczyźnie, który codziennie , wspierając się na swojej laseczce, odwiedzał w Domu Pomocy swoją  chorą na Alzheimera żonę. Któregoś dnia któraś z pielęgniarek spytała go :” czemu pan tu codziennie odwiedza swoją żonę, przecież ona już pana nawet nie rozpoznaje, nie wie kim pan jest” A starszy pan na to odpowiedział: „Nie ważne, że ona nie wie kim jestem dla niej, ale  ważne jest to, że ja wiem, kim ona była i jest dla mnie”. Piękne i bardzo wzruszające słowa, które właśnie pokazują, że taka prawdziwa miłość naprawdę istnieje.
I tak w życiu bywa, czasami dwoje ludzi, jak  dwie połówki jabłka pasują do siebie  i taki związek jest udany i szczęśliwy, ale czasami bywa, że spotykają się dwie połówki nie z tego samego jabłka i mimo wielu wysiłków taki związek prędzej, czy później musi się rozlecieć.
Ale są i tacy, którzy całe życie poszukują tej swojej drugiej połowy jabłka i nie mogą na nią natrafić, więc idą przez życie samotnie, ale ważne jest to, żeby w takim przypadku nie zatracić w sobie tej wielkiej miłości, która można przelać na swoich najbliższych.
Bo prawdziwa Miłość musi być twórcza, nie może być ukierunkowana tylko do tej jednej, jedynej osoby, ale powinna emanować także i do Rodziny i Przyjaciół.
Jeżeli tak nie jest, jeżeli zatracamy się w miłości tylko do tej jednej, jedynej osoby, nie postrzegając wokoło innych ludzi, którzy ukazują nam swoje serca, taka miłość jest niewolnicza i pusta. Jesteśmy wtedy tylko na usługach tej drugiej osoby, która chętnie takie uzależnienie wykorzysta. Prawdziwie kochać, to iść ramię w ramię z ukochaną osobą tą samą drogą, albo iść nawet samotnie, ale postrzegać świat i innych bliskich koło siebie i emanować swoją miłością do innych.

Ale znów się dzisiaj „na wymądrzałam” w moim blogu. Ale to wszystko dlatego, że znów na Face Booku, gdzie też zamieszczam link do mojego bloga dostałam aż dwie pochwały. Miło przeczytać, że moja praca  jest dobrze odbierana. Dziękuję 🙂
Zresztą ostatnio znów wzrosła poczytność mojego blogu co odbija się w liczbie wejść na moją stronę, To też jest miłe, że tylu ludzi mnie tutaj codziennie odwiedza i też wszystkim serdecznie dziękuję 🙂
Ale nie popadaj Ewusiu w pychę i samouwielbienie, po prostu dobrze jest, jak jest!

Dzisiaj mamy poniedziałek. A nic tak nie pokrzepia człowieka, zwłaszcza w poniedziałkowy poranek, jak pyszna, gorąca kawa.

Życzę zatem smacznej kawusi i miłego udanego poniedziałku i wspaniałego całego tygodnia.

Straszny sen

 

Obudził mnie straszny sen. Stanęłam na wadze i okazało się, że ważę z powrotem aż 125 kg. Trochę się dziwiłam, dlaczego w kilka dni przybyło mi aż 40 kg, ale na szczęście się przebudziłam. Moja waga się  na szczęście nie zmieniła 🙂
Ale wcześniej, w nocy przebudził mnie inny sen: śniło mi się, że byłam na jakichś wczasach i mój turnus niestety już się kończył. Musiałam szybko opuścić pokój, bo już nowi  wczasowicze na niego czekali. Martwiłam się, co mam zrobić, bo mój pociąg odchodził dopiero wieczorem, aż tu nagle do holu, w którym byłam wchodzi mój tata z Anią, z pięknym bukietem urodzinowych kwiatów i na głos, pośród zdumionych  innych wczasowiczów odśpiewali mi sto lat. Byłam bardzo wzruszona, a zarazem szczęśliwa, że mam już zapewniony transport do domu, albowiem przyjechali do mnie samochodem.
Sen był w sumie bardzo przyjemny, ale….. no właśnie,  gdy mi się śni mój tata, zawsze zapowiada to jakieś kłopoty, chorobę, tata zawsze mnie przed czymś ostrzega. I tak sobie pomyślałam: moje urodziny już niebawem, w kwietniu, może Oni tam właśnie wtedy  na mnie będą  czekać, by mnie przywitać?
Brrr, lepiej, by nie była o prawda, ale właśnie wtedy kończę ten „zagrożony” wiekiem zły czas dla mojej rodziny. A tu akurat wyszły na jaw te moje zdrowotne kłopoty………
Może jednak przestanę się na wszelki wypadek zajmować interpretacją snów, bo jeszcze ściągnę na siebie jakieś kłopoty. Ale pamiętaj Ewusiu : MEMENTO MORI!!!.
A ja nadal się leczę, ze zmiennymi skutkami, co dzień mam przeciwstawne objawy, ale widać już tak musi być. Wczoraj rozmawiałam z kolegą Moniki, z tym, który polecił mnie operującemu chirurgowi. obiecał, że znów ułatwi mi z nim kontakt, może tam coś więcej na temat nietolerancji pokarmowej będą wiedzieli, bo pani doktor gastrolog przyznała, że ma tylko 4 takich pacjentów w podobnej sytuacji jak ja i nie bardzo rozeznaje ten temat. A może tę nietolerancję po operacji bariatrycznej trzeba jednak nieco inaczej rozpatrywać?

Wczoraj była ostatnia sobota karnawału. Sąsiedzi z czwartego piętra urządzili sobie fajną potańcówkę. Co prawda muzyka nie była puszczana zbyt głośno, za to przy tańcach tak niemiłosiernie tupali, że czasami miałam wrażenie, że ktoś nade mną rozwala młotem pneumatycznym sufit : łup, łup, łup, łup, łup, łup.
Na szczęście około 1 w nocy tańce ustały i mogłam sobie spokojnie zasnąć.
Wczoraj dzwoniła do mnie Iwonka, ta moja koleżanka ze szpitala i poleciła mi do jedzenia kaszę jaglaną. Muszę więc sobie ją kupić.

Kasza jaglana jest jedną z najbardziej zdrowych kasz, pomimo, że ma dosyć wysoki indeks glikemiczny i najwięcej kalorii pośród wszystkich kasz, ale zawiera krzem, który poprawia przemianę materii.
Otrzymuje się ją z nasion prosa i ma wartości lecznicze i zdrowotne. Wyróżnia się ona największą wartością witamin z grupy B, oraz żelaza i miedzi. Ma mało skrobi, za to posiada dużo dobrze przyswajalnego białka. Jest lekkostrawna, nie uczula, ponieważ nie posiada glutenu. Ma działanie antywirusowe i  wysusza błony śluzowe, dlatego polecana jest przy wszystkiego rodzaju katarach. Ma działanie zasadotwórcze, a więc pomaga powrócić do równowagi kwasowo zasadowej w organizmie. Wspomniany już powyżej w niej krzem działa odżywczo na włosy, paznokcie i mineralizację kości. Działa odżywczo na mózg, a więc wzmaga pamięć, co powinni brać po uwagę studenci podczas sesji.
Jednym słowem wspaniała kasza tylko……. może nie całkiem dla mnie, bo jednak ten wysoki indeks glikemiczny nieco mnie przeraża. Ale w niewielkich ilościach mogę ją wypróbować!

Za oknem słoneczko wesoło świeci. To będzie na pewno bardzo udana niedziela, jedna z tych lutowych bez śniegu, ciepła i miła. Pewnie zapaleńcy nart będą mieli inne zapatrywania na taką pogodę, ale i tak wszystkim nie dogodzisz.
Życzę przyjemnego odpoczynku.

 

 

Kasza jaglana: właściwości lecznicze i wartości odżywcze kaszy jaglanej

 
 
31 komentarze
Autor: MK

Przyrządzana z prosa kasza jaglana to jedna z najstarszych i najzdrowszych kasz. Dzisiaj niedoceniana – ze szkodą dla naszego zdrowia, tzw. jagły mają bowiem wiele cennych właściwości. Jest jedną z niewielu kasz zasadotwórczych. Jakie wartości odżywcze ma kasza jaglana? Kto szczególnie powinien zadbać o to, by znalazła się w jego diecie?

 

Kasza jaglana wraca powoli do łask, ale wciąż nie cieszy się taką popularnością, na jaką zasługuje. A szkoda, bo ma oryginalny smak (choć bywa gorzka, jeśli przyrządzi się ją w nieodpowiedni sposób) i świetnie komponuje się zarówno z daniami słonymi, jak i słodkimi. Przede wszystkim zaś warto ją jeść ze względu na wartości odżywcze, a nawet lecznicze.

Kasza jaglana – wartości odżywcze i składniki mineralne

Jagły to najstarsza znana kasza. Otrzymuje się ją z nasion prosa, uprawianego już w epoce neolitu. Pod względem wartości odżywczej dorównuje kaszy gryczanej. Ma mało skrobi, za to dużo łatwo przyswajalnego białka. Wyróżnia się najwyższą zawartością witamin z grupy B: B1, (tiaminy), B2 (ryboflawiny) i B6 (pirydoksyny) oraz żelaza i miedzi.

Kasza jaglana – właściwości lecznicze

Kasza jaglana jest lekkostrawna i nie uczula, bo nie zawiera glutenu. Dlatego warto ją polecić osobom chorującym na celiakię stosującym dietę bezglutenową, a także cierpiącym na niedokrwistość. Ma właściwości antywirusowe, zmniejsza stan zapalny błon śluzowych (wysusza nadmiar wydzieliny), jest zatem dobrym domowym lekarstwem na katar.

Nie przegap

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kasza-jaglana-wlasciwosci-lecznicze-wartosci-odzywcze_41234.html



Przyrządzana z prosa kasza jaglana to jedna z najstarszych i najzdrowszych kasz. Dzisiaj niedoceniana – ze szkodą dla naszego zdrowia, tzw. jagły mają bowiem wiele cennych właściwości. Jest jedną z niewielu kasz zasadotwórczych. Jakie wartości odżywcze ma kasza jaglana? Kto szczególnie powinien zadbać o to, by znalazła się w jego diecie?

 

Kasza jaglana wraca powoli do łask, ale wciąż nie cieszy się taką popularnością, na jaką zasługuje. A szkoda, bo ma oryginalny smak (choć bywa gorzka, jeśli przyrządzi się ją w nieodpowiedni sposób) i świetnie komponuje się zarówno z daniami słonymi, jak i słodkimi. Przede wszystkim zaś warto ją jeść ze względu na wartości odżywcze, a nawet lecznicze.

Kasza jaglana – wartości odżywcze i składniki mineralne

Jagły to najstarsza znana kasza. Otrzymuje się ją z nasion prosa, uprawianego już w epoce neolitu. Pod względem wartości odżywczej dorównuje kaszy gryczanej. Ma mało skrobi, za to dużo łatwo przyswajalnego białka. Wyróżnia się najwyższą zawartością witamin z grupy B: B1, (tiaminy), B2 (ryboflawiny) i B6 (pirydoksyny) oraz żelaza i miedzi.

Kasza jaglana – właściwości lecznicze

Kasza jaglana jest lekkostrawna i nie uczula, bo nie zawiera glutenu. Dlatego warto ją polecić osobom chorującym na celiakię stosującym dietę bezglutenową, a także cierpiącym na niedokrwistość. Ma właściwości antywirusowe, zmniejsza stan zapalny błon śluzowych

http://www.poradnikzdrowie.pl/zywienie/co-jesz/kasza-jaglana-wlasciwosci-lecznicze-wartosci-odzywcze_41234.html



niemiły incydent

Wczorajszy dzień minął mi w miarę spokojnie, dopiero wieczorem się zaczęło. Ból brzucha był tak nieznośny, że już myślałam, że mam skręt kiszek i znów będę musiała na SOR jechać. Ale człowieku, lecz się sam, zażyłam Espumisan , No-spa, wypiłam sporo przegotowanej wody i jeszcze rumianek i jakoś udało mi się w końcu zasnąć.
Nie, nie powiem, że ból całkowicie ustał, obudził mnie o 4 rano, a potem już o 9 nadal brzuszysko bolało, ale da się wytrzymać, byle bym tylko nie kaszlała, bo wtedy ból się nasila.
A traktowałam mój brzuch  przecież jak zwykle łagodnie, nie wiem, może ten biały ser i to w dodatku chudy mu zaszkodził?
Ja już jestem całkowicie głupia, to co mam w końcu jeść, żeby było dobrze? Dieta lekkostrawna, którą za poradą lekarza i dietetyczki stosuję, też do końca nie całkiem mi służy. Pewnie najlepiej będzie, gdy tylko na tych sucharach pozostanę, Boże Kochany chudy, biały ser jest też ciężkostrawny????
Najgorsze jest jednak to, że żaden nawet najmądrzejszy profesor nie potrafi mnie wyleczyć.
Czyżby to była Choroba X, czyli nikt nic nie wie?????? Kilka dni jest dobrze, potem znów się zaczyna wszystko  od początku???? Jak długo można tak wytrzymać?
Ale się nie dam, będę walczyła z całej mojej siły, chociażby po drodze miałabym cierpieć. Suchary i zwyczajna herbata będą mi służyły odtąd za pożywienie ju na zawsze!!!!
Dzisiaj na zdjęciu postawiłam mojej chorobie Fucka, niech sobie nie myśli, że tak łatwo się poddam.
A było już tak pięknie……..

Dzisiaj mamy sobotę. I zamiast sobie gdzieś iść na fun, będę musiała pilnować w domku dwóch zer 🙂
Za to Zojka (córka Moniki) ma dzisiaj komers dla gimnazjalistów. Kupiła na tę okazję śliczną „małą czarną” i dosyć wysokie szpilki, na które popatrzyłam i już mi się gwoździki w główce odezwały. Przecież ja na pewno połamałabym sobie w nich obcasy, a sobie obie nogi.
No, ale to jest właśnie młodość…..
A cy Wy dzisiaj też bawicie się w ostatnią sobotę karnawału? W środę wypada Popielec, a po niej Wielki Post, w którym należy się smucić i rozmyślać.
Akurat coś dla mnie, bo ja na pewno mam już pewne tematy do rozważań.
Ale póki co, życzę wszystkim miłej, karnawałowej soboty.

Alzheimer



 

Oglądałam wczoraj na cda.pl  bardzo ciekawy  film ” Motyl Still Alice”. Jest to historia 50 letniej kobiety, wykładowcy lingwistyki na jednym z amerykańskich Uniwersytetów, która kilka dni po swoich 50- tych urodzinach dowiaduje się, że zachorowała na chorobę Alzheimera. Była to dla niej straszna tragedia, bo ona, człowiek czynny, nagle zaczynała się gubić w swoich wykładach i musiała zaprzestać swojej pracy na Uniwersytecie. Brak kontaktu ze studentami, a także z karierą naukową, która dotąd bardzo wspaniale się  rozwijała zaczęła coraz bardziej  boleśnie odczuwać. Dodatkowo okazało się, że jej choroba ma podłoże genetyczne i całkiem możliwe, że ten gen chorobowy przekazała któremuś ze swoich dorosłych już dzieci. I rzeczywiście, u  jednej z  córek również wykryto taki sam gen, a więc w przyszłości najprawdopodobniej również zachoruje ona na Alzheimera. W końcu bohaterka pogodziła się z faktem, że musi pozostawać już w domu, że nie jest wykładowcą na Uczelni, ale z czasem dochodziło do wielu przykrych sytuacji, gdy po prostu zaczęła się  zapominać , a potem nawet zaczęła mieć trudności z rozpoznawaniem swoich bliskich, co zawsze okropnie ją przerażało, bo co może czuć matka, która nie rozpoznaje swojej córki.
Trzeba przyznać, że była bardzo dzielna w tej swojej chorobie, cały czas ćwiczyła swoją pamięć przy pomocy komputera, który podpowiadał jej pytania, na które musiała dawać odpowiedzi. Te pytania nie były trudne, np. podaj miesiąc swoich urodzin, podaj dzisiejszą datę, ale zawsze miała możliwość kontrolowania, na ile jej choroba się posunęła. Oczywiście była też pod opieką lekarza neurologa, ale z czasem musiała rezygnować z codziennych przyzwyczajeń, już nie mogła na przykład uprawiać joggingu, bo zdarzyło się tak, że nagle się zgubiła i ie wiedziała jak trafić do domu.
Bardzo pocieszające było to, że miała koło siebie kochającego i wyrozumiałego męża, któremu nawet kiedyś powiedziała : wiesz, wolałabym zachorować na raka, bo wtedy każdy by mnie przytulał, przynosił kokardki i balony, a nie odsuwał się ode mnie, jak od osoby niespełna rozumu. Również i dzieci starały się ją wspierać w tej strasznej chorobie, nie mniej każdy dzień był dla niej naprawdę coraz bardziej trudny, z czasem z przystojnej 50-ciolatki stała się starą, zaniedbaną  i zniechęconą życiem kobietą. Otępienie niestety postępowało dosyć szybko, co utrudniało życie nie tylko jej, ale także i rodziny, na przykład mąż musiał zrezygnować ze swoich planów podjęcia pracy na prestiżowym stanowisku w innym stanie, gdyż żona obawiała się, że nie odnajdzie się w nowym środowisku.
Zdecydowanie polecam ten film, jako warty oglądnięcia. Za rolę profesor dotkniętej tą chorobą  Julianne Moore dostała Złotego Globa i nominację do Oscara.
Film pokazuje bohaterkę, która podejmuje heroiczną walkę o to, by pomimo tej strasznej  choroby pozostać sobą.

Problem poruszony w filmie jest bardzo istotny, albowiem wczesne objawy Alzheimera są najczęściej lekceważone. Przyjmujemy bowiem, że pamięć zaczyna szwankować z powodu nadmiaru codziennych trosk, kłopotów i nerwów. Zaczynamy zapominać, gdzie kiedyś coś położyliśmy, są to pierwotnie drobne incydenty, na które nawet nie nakładamy uwagi. Z czasem choroba zaczyna się rozwijać coraz bardziej gwałtownie, pomału chory zaczyna tracić kontakt z otoczeniem. Niestety choroba się ta nie cofa i robi coraz większe spustoszenie w psychice. Najważniejsze jest jednak to, by osoba dotknięta tą chorobą pozostawała jak najdłużej sobą i zawsze pozostawała w otoczeniu osób, które ją kochają i rozumieją, chociaż na prawdę i dla najbliższych jest to czas bardzo ciężkich rozterek, gdyż wiedzą, że w wielu wypadkach muszą chorej osobie  ustąpić , ale  w wielu przypadkach wymagać od tej osoby pewnej codziennej dyscypliny, co wcale nie jest łatwym zadaniem.

Dzisiaj mamy piątek. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień.
5 lutego, 46 lat temu przyszedł na świat mój bratanek Łukasz, o którym dosyć często tutaj w moim blogu wspominałam.
Wszystkiego najlepszego Łukaszku.



 

 

 

 







Dobre wieści

Kłopoty zdecydowanie przemijają, trzeba zabierać się za siebie i do pracy powrócić.
Najwyższa pora, bo im dłużej będę się ze sobą cackać, tym bardziej będę chorowała.
Więc pora podjąć męską decyzję i powiedzieć sobie KONIEC!!!!
Wczoraj rozmawiałam telefonicznie z panią doktor gastrolog. Wysłuchała całą moja szpitalną historię, przeczytałam zalecenia w sprawie diety, zażywania lekarstw, wszystko potwierdziła, że na razie jestem dobrze pokierowana i zdecydowała, że na razie wizyta u niej nie jest konieczna, mam przyjść do niej dopiero po połowie marca. Wyznaczono mi więc termin na 18 marca, a do tej pory mam….się leczyć sama, wg.instrukcji oczywiscie.
No to spróbuję. Najważniejsze, że już nie muszę tak biegać, a to już jest wielki plus. Można nawet powiedzieć : jest całkiem dobrze!!!!!

A dzisiaj……..

Staropolskie przysłowie mówi: Powiedział Bartek, że dziś tłusty czwartek, a Bartkowa uwierzyła, dobrych pączków nasmażyła.

Dzisiaj bezkarnie, no, prawie że bezkarnie będziemy zajadać się pączkami i chrustem. Wprawdzie najbardziej popularne w tłusty czwartek są właśnie pączki, ale jest i sporo chętnych na chrust, zwanych też faworkami. Całą noc dzisiaj cukiernicy wypiekali te pyszności, aby nazajutrz nikomu ich nie zabrakło.
W większych miastach dziennikarze przeprowadzają ranking najlepszych cukierni, które dzisiaj będą rozpieszczały swoimi wypiekami żądnych łakoci klientów.
Od rana ustawiają się pod cukierniami kolejki, chociaż tych wspaniałości nie zabraknie dzisiaj nawet w normalnych sklepach.
Te małe, pyszne kuleczki, pączki, nadziewane różnościami, marmoladą, różą (te są najlepsze), czekoladą, czy ajerkoniakiem, obsypane cukrem pudrem, lub oblane wspaniałym lukrem, będą dzisiaj robić furorę.
To nic, że jeden pączek ma około 300 – 350 kalorii, potem „jakoś” się je spali, ważna jest dzisiaj tradycja.
Oczywiście, że nie dla mnie. Pączek na pewno jest dla mnie surowo zakazany, ale jakoś sobie poradzę, zjem ze dwa sucharki i będę sobie wmawiała, że smakują tak samo wybornie, jak pączki. Bo przecież najważniejsza jest autosugestia, nieprawdaż?
A tak na serio, doskonale zdaję sobie sprawę, że jeden, jedyny pączek całkowicie zniweczy to, co już udało mi się osiągnąć.
A więc czy  warta jest skórka za wyprawę? stanowczo nie!!!! Nie ulegnę więc dzisiaj  tradycji i nie zjem ani jednego pączka, tak postanowiłam!!!!!!

Pierwsza wzmianka o pączkach pochodzi z Gdańska z 1475r. Dawniej pączki nazywano  pomellami, nadziewana były słoniną, boczkiem, lub mięsem i podawane były koniecznie z wódką. Były podobnie jak obecne pączki smażone w głębokim, roztopionym  tłuszczu.
Do dziś w niektórych północnych częściach Polski niektóre pączki nazywają się  pumelkami.
Przyjęto, że smażenie pączków rozpoczęto w Gdańsku, jest nawet kilka dowodów na poparcie tej teorii. W każdym bądź razie, dopiero w XVII wieku , gdy w Gdańsku powstała pierwsza rafineria, zaczęto posypywać pączki cukrem i podawać w wersji dzisiejszej, jako słodki przysmak.

I na koniec karnawałowa ciekawostka:
W Stanach Zjednoczonych, które słyną z zamiłowania do donatów, czyli pączków z dziurką, zamiast tłustego czwartku obchodzi się tłusty wtorek.
Tak jak i dla nas tłusty czwartek, dla Amerykanów tłusty wtorek jest świętem końca karnawału, którego ważnym elementem są właśnie donaty.

We Francji w ostatni wtorek przed karnawałem  obchodzone jest święto Mardi Gras, Wtedy podczas wielu licznych parad i festiwali Francuzi zajadają się nie tylko pączkami,  i faworkami, ale także tzw crepes Suzette, czyli naleśnikami w sosie pomarańczowym.
W Wielkiej Brytanii dzień przed Postem nazywany jest Pancake Day i świętowany jest naleśnikami, podawanymi na różne sposoby. Także i naleśnikowe święto obchodzone jest też na koniec karnawału i w Australii.
Za to w krajach skandynawskich takie święto obchodzą również we wtorek i spożywa się tam wtedy głównie semle, czyli  pszenne bułeczki nadziewane słodkim farszem.
Jak z tego wynika, każdy kraj przygotowuje się zabawami i słodkościami do okresu Wielkiego Postu, gdy już obowiązuje wstrzemięźliwość od hulanek, a także od jedzenia i picia alkoholu.
Dopiero potem nadchodzi czas Wielkiej Nocy i znów nasze żołądki zapełniają się samymi smakowitościami, czasami niestety bez umiarkowania, co bardzo często potem kończy się kłopotami żołądkowymi i wizytami u lekarza, a w groźniejszych przypadkach nawet pobytem w szpitalu.
Ale co tu będziemy o poście już dzisiaj wspominać, przed nami dzień karnawałowej rozpusty, obfitującej w same pyszności – słodkości, więc raduj się, kto może i zajadaj się dzisiaj pączkami i faworkami, najwyżej juto  zamiast tramwajem czy autobusem pognamy do pracy kłusem, ha, ha ha.

A więc tradycyjnie życzę wszystkim miłego dnia i dodatkowo jeszcze tego miłego i słodkiego smaku na języczkach. Niech Wasze gębusię będą dzisiaj wesołe, uśmiechnięte i rumiane jak ten pączuś dla Ciebie.

 

oczywiście, że dzisiaj jest znów środa

Uleczko! Dzisiaj następna różyczka do Twojej środowej kolekcji. Pozdrawiam Cię serdecznie już z domu i pogody ducha jak zwykle Ci życzę, chociaż za oknem pogoda prawie, że jesienna, siąpi deszcz i jest ohydnie.
Ale dla Ciebie wyobrażam sobie, że jest piękny, słoneczny poranek, pełen radosnych właśnie róż i pień ptasich i taki optymistyczny obraz do Ciebie w dniu naszego , środowego spotkania posyłam. Mam nadzieję, że to będzie dla Ciebie bardo dobry dzień, czego z całego serca Ci życzę.

Wczoraj wypuścili mnie już na wolność i teraz już sama muszę pokonywać wszystkie niedogodności mojego życia. A nie jest wcale łatwo, bo co prawda zaopatrzona zostałam nie tylko w nowe lekarstwa, ale także i w nowe dietetyczne pouczenia, które, jak się okazują wcale nie są inne od tych, które dotąd stosowałam. No bo co właściwie z dziedziny dietetyki można nowego wymyślić? Ano nic, muszę jeść potrawy beztłuszczowe (o czym świetnie wiem), klaka razy dziennie, jedzenie ma być gotowane względnie duszone we folii, nie mogę jeść niektórych jarzyn wzdymających (a ja tak uwielbiam kapustę!!), nie mogę jeść surowych sałatek, jarzyn ani owoców (prócz banana, który ma cechy lekko zapierające), no i oczywiście nie powinnam pić kawy, ani czarnej, ani tym bardziej białej, bo mleko niestety mogę źle trawić.
Diagnoza, z którą mnie wypuścili ze szpitala brzmi: zaburzenia trawienia i wchłaniania jelitowego. Jest to oczywiście następstwem mojej operacji,  z tyn, że moje trzewia zareagowały w sposób wyjątkowo restrykcyjny i stąd te kłopoty, niestety prawdopodobnie już do końca dni moich.
Czyli już zawsze muszę być na surowej diecie ( a jutro tłusty czwartek!!!) i stale muszę zażywać odpowiednie tabletki.
W piątek idę na wizytę do pani doktor gastrolog, muszę pokazać jej wypis ze szpitala i poczekać jeszcze na jej ocenę mojej choroby.
Mam to co chciałam, ale i tak nadal nie żałuję, bo jak już pisałam, pani docent powiedziała, że taka operacja była dla mnie konieczna, przedłużyłam sobie tym życie. A że będę już zawsze tak jadła? Trudno, już dosyć w życiu napchałam w siebie samych dobroci, pora trochę przystopować.
Wczoraj Magda kupiła mi garnek do gotowania na parze, będę teraz robiła „doktorat” z diety lekkostrawnej i wypróbowywała jego efekty na własnej osobie.
Okazało się też, że stanowczo za mało dostarczałam organizmowi białka (przecież ostatnio nie lubiłam nawet jeść ani żadnych wędlin, ani mięsa) i muszę teraz swoją dietę tak przeinaczyć, aby dostarczać w niej więcej białka, a mniej węglowodanów.
Więc w związku z tym muszę wnikliwie opracować swoją dietę, myślę, że przy niewielkim wysiłku uda mi się to samodzielnie opanować i będzie ona dokładnie dostosowana do moich potrzeb.
Na razie próbuje pomału znów wrócić do rzeczywistości, na razie w domowych pieleszach, a potem znów wypłynę na wielką wodę. Tylko na razie wciąż jestem nie pewna, jaka niemiła przygoda może mnie po drodze jeszcze spotkać, myślę, że wkrótce to całkowicie się uspokoi.

Życzę wszystkim przyjemnej środy, może jednak dzisiaj chociaz troszkę się wypogodzi????

wymiana turnusu

 

Wczoraj znów pożegnałam dwie panie z mojego pokoju zrobiło się nagle tak cicho. Już nikt się nie przegaduje, nikt nie podaje przepisów kulinarnych, nikt się nie śmieje. Jednym słowem spokój i cisza i szpitalna  powaga.
Pewno teraz moja kolej na wyjście stąd, dzisiaj?, jutro? To zależy jeszcze od jednego wyniku, na który czekają lekarze.
Ale teraz nie jestem już seniorką na sal, prym oddałam innej pani i z tego powodu wcale się nie martwię 🙂
Wczoraj na wizycie była pani ordynator, która dopiero co wróciła z urlopu, więc mnie widziała po raz pierwszy. Oczywiście powiedziała, że trzeba czekać jeszcze na wynik badania,ale wg niej jest to tzw nietolerancja pokarmowa, która dosyć często po operacji bariatrycznej występuje.
Jedyne wyjście z tego to dieta, odpowiednie leczenie i stała kontrola u gastroenterologa. No i dobrze, że mam tę panią doktór, której na szczęście ufam.
Pewno jeszcze będę też potrzebowała konsultacji dietetycznej. Ale to wszystko muszę zrobić. Pani docent powiedziała też, że dobrze, że się zdecydowałam na ten zabieg, bo mimo tych dzisiejszych kłopotów była to operacja ratująca życie, tak, tak dokładnie takiego terminu użyła: „ratujące życie”
Więc teraz nie mam co się buntować, co wściekać, tylko muszę pogodzić się z tym stanem, jaki jest i muszę się do nowej sytuacji dostosować. A ze ta nietolerancja teraz dopiero się okazała? Nie wiem, może po drodze co „przespałam”???
Szukałam w internecie poradni zajmującą się właśnie  taką nietolerancją. Są, oczywiście, ale pełnopłatne, a cennik tam z sufitu jest brany. Na przykład test zrobiony na tolerancję 46 produktów wynos około 1700 zł. Ciekawe, kogo na taki test jest stać??
A może wystarczy mi tylko zwyczajna dietetyczna konsultacja, a reszta metodą prób i błędów sama zaplanuję?
Na pewno w porównaniu z trzema, czterema miesiącami temu jest zdecydowanie inaczej, gorzej, po prostu mniej produktów mi służy.
A resztą tak nie do końca wierzę, że takie testy są 100 procentowo pewne.
Najgorsze w tej mojej nowej diecie jest to, że zdecydowanie muszę odejść od kawy. Ona drażni mój żołądek, mleko zresztą też.
No i czym ja teraz będę się ratowała, gdy będę padała na nos ze zmęczenia, czy z powodu niskiego ciśnienia?
Na razie „ratuję się” zieloną herbatą, ale czy to będzie  na dłuższą metę wystarczające??
Ale smutki precz, dzisiaj już wstał nowy dzień, mam nadzieję, że dla mnie pomyślny, z wiadomością, że opuszczę dzisiaj szpitalne mury.
A co będzie dalej, los okaże. Ale na pewno się nie poddam!!!

 Dzisiaj 2-giego lutego – święto Matki Boskiej Gromnicznej. To dzisiaj po raz ostatni śpiewamy już kolędy w kościele i chociaż oficjalnie zakończenie okresu Świąt Bożego Narodzenia nastąpiło 6 stycznia, w Dzień Trzech Króli, w Polsce zawsze ten okres przedłużany jest właśnie do dnia 2 lutego.
I co prawda nie jest to dzień wolny od pracy, ale dzisiaj trzeba iść do kościoła z gromnicą, aby po mszy św zapaloną jeszcze w kościele gromnicę przynieść światło do domu. Światło nadziei na dobre dni.
Zatem życzę wszystkim przyjemnego tego świątecznego dnia, mimo, że będzie nie zimowy, ale prawie że wiosenny.
A do tej prawdziwej wiosny już niedaleko, tylko trochę ponad 60 dni, jak to miło dla ucha brzmi………..

 

idzie luty….podkuj buty?

 

A może jednak nie?

Bo pogoda (dla mnie na szczęście) jest nie zimowa, ale wręcz wiosenna.
Tylko ten porywisty, zimny wiatr przeszkadza, jest wręcz bardzo dokuczliwy.
Musiałam wczoraj ubierać aż dwa swetry i kurtkę, skoro chciałam palić papieroski na dworze.
A wczoraj w związku z tym spotkała mnie przykrość. Pani portierka, która siedzi na wysokim parterze w swojej portierni zatrzymała windę, z którą zjeżdżałyśmy ze znajomą na papieroska i kategorycznie zabroniła zjeżdżać na dół, poleciła natychmiast wracać na oddział.
Służbistka jakaś z tej portierki, tak to est, gdy cieć chce rządzić pacjentami, nagle poczuła się bardzo ważna. Cóż, spuściłyśmy uszy po sobie i jak niepyszne wróciłyśmy na górę. Kto wie, jaką aferę gotowa była nam jeszcze przygotować. Widać była zdecydowanym wrogiem papierosów.
Podobnie zresztą jak dwa dni temu pan doktor z poradni, która jest w tym samym budynku, nakrzyczał, że tu się nie pali papierosów, bo jest zakaz (fakt, był taki napis) i polecił, że skoro chcę palić mogę sobie iść pod sosenki. Wtedy udałam, że odchodzę, ale i tak papierosa wypaliłam. Dobra, napis, napisem, ale czemu nie wolno palić na dworze niby?? Komu to przeszkadza. Zresztą tam również schodzi i palący personel i też sobie kurzy ile wlezie.
To jest gnębienie ludzi, prześladowanie uciśnionych 😦
A dzisiaj od rana pada deszcz i już. Czyli mamy łzawy poniedziałek i to w dodatku łzawy pierwszy dzień lutego.

Trochę jestem niezadowolona z Orangu, jak zwykle robią człowieka w konia. Wykupiłam sobie dodatkowy pakiet 19 Giga do internetu mobilnego, czyli tyle mam dodatkowo dostępu co miesiąc ponad o, co mam z Iphona czyli 4 Giga. Ponieważ już wyczerpałam swój limit telefoniczny, myślałam, że automatycznie przejdę na wykupiony limit,a tu guzik. Najpierw muszę wykorzystać tzw „schodki”, czyli dwa razy  po 2 giga za dodatkowe 10 zł za schodek, czyli w sumie dodatkowo muszę zapłacić 20 zł, a dopiero po ich wyczerpaniu mogę przejść na swój dodatkowy pakiet. Co prawda można zrezygnować z tych schodków, ale nikt mi tego  nie wytłumaczył, na czym sprawa polega. Po prostu kto głupi i gapa, dopłaci Orange dodatkowo 20 zł. I w taki sposób niby wspaniała i oferująca „cuda” firma okazuje się następnym naciągaczem.
Oj Ewa, Ewa, pamiętaj, że nikt nigdy nie da Ci nic za darmo.

Życzę dobrego poniedziałku i wspaniałego miesiąca luty