a gdy już myślałam, że…

 

…naprawiłam mój budziko- zegaro – termometr, byłam w głębokim błędzie. Do naprawy użyłam latarki, żeby lepiej oświetlić te nieszczęsne napisy, zresztą okazało się, że one sa tylko poszczególnymi literkami w jezyku angielskim, ot skróty, nic nie mówiące.
No dobra, ponaciskałam wszystkie możliwe guziki i byłam z siebie bardzo dumna, bo co prawda  przestawiłam  już temperarturę z F na C, ale ukazały mi sie tylko godziny w  systemie AM, czyli porannym, bo godz 12-stej, potem znów zamiast 13 pokazuje się tylko jedynka, czyli wszystko zaczyna się od poczatku..Wydawało mi się, że te ryczące krowy też zamieniałam na  odgłosy kukułki, wyraźnie przyjemniejsze dla ucha.
Byłam z siebie bardzo dumna, bo wczoraj o  północy  już te wredne krowy nie zaryczały, ba, nawet kukułka nie zakukała.
A gdy nadal  bardzo dumna z soebie opowiadałam o tym przez telefon V.I.P.owi, chwaląc się, jaka to jestem sprytna, nagle znów odezwała się ta wredna, wściekła krowa, ryczała tak głośno, że musiałam przerwać rozmowe i ją znów uciszyć.
Już nawet miałam zamiar wziąć jakiś młotek, żeby ją po głowie zdzielić, ale przypomniałam sobie, że nie mogę tego urzadzenia unieszkodliwić, zepsuć, bo to przeciez jest prezent od mojej Magdy.
No tak, właśnie przez to, że włączyłam na zegarku tylko przedpołudniowe godziny, owa krowa zaryczała nie o 12 w nocy, a o 12 w południe.
Tylko co się stało w takim razie z kukułką? Krowa ją zeżarła, czy co?
Jak więc widać moja Koleżanko Aniu, moich kłopotów z ryczaca krową jest ciag dalszy i co najgorsze, nic nie wskazuje na to, żebym to sama zmieniła.
No, chyba, że przyjdzie kiedyś w odwiedziny do mnie moja Złota Rączka – Maciuś i skutecznie naprawi to piekielne urzadzenie.

A propos zwierząt,, do których zresztą nie mam żadnych zastrzeżen, no może z wyjątkiem natretnych much, komarów, czy os. Ale to latające zwierzaki, na razie mam je z głowy, dopiero w lecie dadzą o sobie znów znać.
Wczoraj ogladałam na TVP2 bardzo przyjemny, familijny film pt. Marlin i ja.
Facet opowiada swoje perypetie ze swoim pupilem, przemiłym zresztą  labradorem, którego nabył wraz ze swoją żoną tuż po ich slubie.
Szczeniak był rzeczywiście nie tylko uroczy, ale i w sumie upiorny, cały czas tylko zabawy były mu w głowie, zresztą nie zawsze te zabawy właścicielom się  podobały, bowiem psiak namiętnie gryzł  i psuł wszystko to, co go otaczało, był przy tym niesamowicie żywiołowy i czasami rzeczywiście trudny do opanowania. Czas mijał, małżenstwo doczekało się trójki wspaniałych dzieci, rodzinne ognisko wesoło się rozpaliło, pełne miłości rodziców, dzieci i psa Merlina. I nawet, gdy czasami pies po swojemu dokazywał, wszyscy Marlina bardzo kochali. Niestety,  z czasem przyszła pora na pożegnanie, pies już na starośc był tak schorowany, że trzeba było ulzyć mu w jego cierpieniu. Smutny był bardzo czas rozstania rodzinki i psa, wszyscy wtedy przypominali sobie wszystkie  chwile wspólnie spędzone, szalone i wesołe, czasem kłopotliwe. łza w oczach kręciła się nie tylko wśród rodzinki, ale przyznam, że i w moim oku tez sie niejedna zakreciła.
Przypominałam sobie wszystkie moje smutne pożegnania z moimi bokserkami, z  Atą, a potem z Tiną i z Kają……..

Niestety, czworonogi żyją o wiele krócej niż my i przychodzi taki moment, że trzeba im powiedziec do zobaczenia, chociaz serce kraje sie z wielkiego żalu.

Zresztą wszystkie pożegnania są takie smutne, wiem coś o tym, bo dzisiaj od rana jakieś takie rodzinne wspomnienia mnie nachodziły, przypominali mi się nie tylko Rodzicie, czy Rodzeństwo, ale różnież i Ciocia Danka, siostra mojej Mamusi i jej maż, ich też juz z nami dawno nie ma.
No cóż, taki jest los, wszystko przemija, my też pomału przemijamy.

Ale nie chcę, by ta sobota w smutnym tonie nam przechodziła, więc życzę wiele radości i miłych chwil na ten dzien odpoczynku od pracy.