
Dzień 26 lipca jest świętem Anny.
Prawda, że była piękną dziewczyną???
Moja Siostra Ania też była bardzo dobrą uczennicą, a Jej pasją była……..matematyka.
Co prawda nie wiem, jak można lubić matematykę, z którą ja zawsze byłam na bakier, ale ta nauka wyraźnie „wchodziła” mojej Siostrze do głowy.
Ania ukończyła prywatne Liceum im . Jóżefy Joteyko, też z doskonałym wynikiem, który pozwolił Jej starać się o indeks na Krakowskiej Akademii Medycznej. Co prawda trochę dziwne, że z tak ściśle matematycznym zainteresowaniem, nie poszła na jakieś studia techniczne, ale widać, że zadecydowała, że chce iść w ślady swojego Taty i swojego Brata.
Widać to była taka medyczna rodzinna tradycja lekarska, z której ja co prawda się wycofałam, chociaż też pierwotnie na studia medyczne się wybierałam, ale w sumie zadowoliłam się jakby nie było też medycznym kierunkiem, bo zostałam technikiem elektrobiologii. Czy żałowałam? Może trochę. bo jednak lekarz wyższym prestiżem się cieszy, niż jakiś tam technik rtg, ale przynajmniej pracowałam w zawodzie, który w sumie lubiłam (i nadal lubię) i który spełniał moje życiowe inspiracje.
Bo najważniejsze jest to, by robić w życiu właśnie to, co się lubi.
Ale nie o sobie miałam tu pisać, tylko o Ani.
Jaka była Ania? Mimo, że w sumie życie ją nie rozpieszczało, zawsze była pogodna i bardzo uczynna, a pacjenci wprost Ją uwielbiali. Pracowała jako lekarz Rodzinny w kilku kolejnych Przychodniach, ale wszędzie zawsze miała bardzo dobrą opinię, ponieważ nie tylko była bardzo oddana swoim pacjentom. ale rzeczywiście odznaczała się wielką wiedzą i wspaniałą medyczna intuicją, a to są przecież najważniejsze lekarskie cechy.
A dlaczego napisałam, że życie Ja nie rozpieszczało. Niestety Jej pierwsze małżeństwo nie należało do bardzo udanych, ale na pewno była bardzo kochającą matką, wręcz nawet powiedziałabym matką – kwoką dla dzieci z tego związku zrodzonych, czyli dla Marcina i dla Magdy.
Ania bardzo ciężko pracowała, prócz pracy w przychodni, podejmowała dyżury w Stacji Pogotowia Ratunkowego, tylko po to, by Jej dzieciom nie zabrakło przysłowiowego ptasiego mleczka.
Potem poznała Adama, z którym wstąpiła w związek małżeński, a z niego narodził się Maciek. Różnica pomiędzy Maćkiem a starszym rodzeństwem była dosyć spora, około 10 lat, ale zawsze jakoś się dogadywali.
Tu niestety szczęście Ani się zaczynało kruszyć, przyszła straszna immunologiczna choroba, która na długie 10 miesięcy umieściła Ją w szpitalu, najpierw w Krakowie, a potem w Instytucie Reumatologii w Warszawie. To nie był jedyny cios dla Ani, bo własnie w tym samym czasie zmarł nasz Kochany Tatuś, bardzo silna podpora psychiczna dla mojej Siostry, a Ania w związku ze swoją chorobą nawet nie mogła uczestniczyć w Jego pogrzebie, bardzo to był smutny fakt dla mojej Siostry, bardzo silnie to przeżyła, że nie miała okazji pożegnać się z Ukochanym Tatą.
Potem jakoś moja Siostra bardzo się zmobilizowała i mimo nie do końca dobrych wyników, powróciła do pracy i nadal była najwspanialszą matką dla swojego potomstwa, zawsze służyła im swoją pomocą, swoja dobrą, mądra radą.
Ale choroba niestety nie dała całkowicie o sobie zapomnieć i po paru latach znów ostro do Niej powróciła i znów zaczynał się dla Niej okres leczenia szpitalnego , przeplatany normalnym życiem, o które zawsze tak starannie zabiegała, znów była wspaniałą matką i doskonałym lekarzem, mimo, że choroba wciąż powracała, a dla mnie zawsze była najwspanialszą Siostrą,
Mimo, że nas dzieliło tylko 7 lat, ale zawsze miałam w niej przyjaciółkę, do której mogłam się w kłopotach zwrócić, w sumie można powiedzieć, że zawsze mi matkowała, bo jak wiecie. Kochana Mamusię straciłam w młodym wieku. Zresztą przez długie, ponad 50 letnie życie mieszkałyśmy razem na ul Smoleńsk i wydawałoby się, że tak już będzie zawsze.
Niestety potem Ania wyprowadziła się z Rodziną do Modlnicy, a ja pozostałam na starym mieszkaniu.
Pewnie, że Ania proponowała mi, żebym razem z Nią zamieszkała w Modlnicy. ale z kilku powodów podjęłam decyzję, nie, ja tu, na swoim starym mieszkaniu zostaję. Po prostu nie bardzo widziałam się w wiejskim klimacie, a poza tym konieczność dojazdów na dyżury do pracy też brałam pod uwagę podejmując taką, a nie inną decyzję
Oj jak było bardzo pusto i smutno gdy Ania, Adam, Maciek, Ela i Dziewczynki, czyli Daria i Wika wyprowadziły się ze Smoleńsk.
Zostałam sama w olbrzymim mieszkaniu, które jeszcze do niedawna tętniło życiem i tak było prawie przez rok, gdyby nie to, że moja Siostra wymyśliła, że najlepiej dla mnie będzie, gdy Monika z Tomkiem i z dziećmi wprowadzi się na Smoleńsk – znów dom, zaczął żyć swoim nowym życiem.
Ale jedno jest ważne, Ania bardzo kochała ten swój nowy dom i często powtarzała mi te słowa „Ewa, jestem taka tu szczęśliwa”
Czy tęskniłam za Anią? Przyznaję, bardzo, mimo, że spotykałyśmy się w pracy na Żabińcu i mimo moich bardzo częstych wizyt w Modlnicy, gdzie zawsze czułam się jak w swoim domu, wszak tam pojechały wszystkie stare meble stojące ongiś na Smoleńsk. a wraz z nimi powędrował cały ten klimat z moich dziecinnych lat, wszystkie pamiątki, które były mi drogie.
No i przede wszystkim zawsze długo rozmawiałyśmy codziennie przez telefon, relacjonując, co której z nas się zdarzyło, o czym myśli, o czym marzy. Jakoś z wielkim sentymentem szczególnie wspominam te wieczorne rozmowy, które Ania zawsze kończyła tymi samymi słowami : „no to idź spać” – jak bardzo chciałabym je jeszcze usłyszeć.
Jeszcze wspominam ten nasz wspólny pobyt w Sanatorium w Busku, gdzie znów choroba do Niej się przyplątała, a Ania, mimo zaleceń lekarskich, nie chciała wcześniej wracać do Krakowa, żebym nie pozostała tam sama.
Żałuję, może trzeba było się jednak uprzeć i powrócić już po kilku dniach razem z Nią do Krakowa, może ta choroba nie zdążyłaby się tak szybko rozwinąć???
Pamiętam, że obie kupiłyśmy w Busku kijki do nord walku, niestety nigdy Ania z nich nie zdążyła skorzystać.
Zaraz po powrocie do Krakowa przyplątało się do Ani zapalenie płuc, a po nim jeszcze kilka schorzeń zaczynało dawać o sobie znać, w sumie był to taki stopniowy nawrót tej choroby immunologicznej sprzed lat, niestety w bardziej zjadliwej postaci i mimo wielokrotnego leczenia szpitalnego, w sumie po niecałych dwóch latach od naszego wspólnego pobytu w Busku, nadszedł ten smutny dla nas dzień 10 czerwca 2009 roku, gdy Ania cichutko odeszła sobie od nas na zawsze.
Byłam tam w szpitalu, gdy jeszcze cieplutka leżała na szpitalnym łóżku na Intensywnej Terapii, spokojna. uśmiechnięta. pogodzona z losem, miałam wtedy wrażenie, że Ona jest szczęśliwa, bo spotkała się już z Rodzicami i z Rodzeństwem, z Kasią i z Krzysztofem .
Ale łzy w oczach mi się zakręciły, gdy przypomniałam sobie , że kilka dni wcześniej, gdy odwiedziłam Ją w Szpitalu, a Ona już nie mogła mówić, leżała na tym szpitalnym łożu i starała mi się oczami przekazać, że Ona wie, że już umiera i tymi oczami mnie prosiła „zaopiekuj się moją Rodziną, bądź zawsze razem z nimi i pilnuj, by im się krzywda nie działa”
Niesamowita była ta nasza ostatnia rozmowa bez słów, ale wiem, że Ona wiedziała, że zrozumiałam to Jej ostatnie już przesłanie.
Smutne to moje dzisiejsze wspomnienie, bo wiele złych chwil, chorób się przewijało w tym Jej życiu, ale były i te miłe, jak te wspólne wakacje, które Ona spędzała w przyczepie a ja pod namiotem niedaleko Wałcza. Mieszkałyśmy wtedy na takim półwyspie nad jeziorem i codziennie rano obowiązkowo odbywałyśmy długa kąpiel w jeziorze, potem, gdy słońce już było wysoko, Ona musiała uciekać do cienia, bo Jej choroba nie pozwalała na kontakt ze słonecznymi promieniami.
Również i dwa tygodnie spędziłyśmy na polu namiotowym w Ustroniu Morskim, ale niestety zła pogoda pokrzyżowała nasze szyki,szczególnie moje, bo namiot, w którym mieszkałam permanentnie przeciekał. ciągle budziłam się rano do cna przemoczona, w wszystkie ciuchy i buty ociekały wodą. Och, jak ja zazdrościłam wtedy tym wszystkim letnikom, którzy mieszkali w Domach wczasowych, a nie na polu namiotowym !!!
Ostatnie takie długie wspólne wakacje spędziłyśmy wraz z Anią i Rodzinką w Borach Tucholskich, gdzie mieszkali teściowe Magdy.
Pamiętam tę małą Kamilkę, córkę Magdy, która jeżdżąc na drzwiach furtki wołała głośno: „Babciu obudź się, ja już wstałam”,
To były czasy, gdy mięso było trudno dostępne i moja Siostra w Tucholi wynalazła Tanią Jatkę i tam zaopatrywała nas w spore ilości łatwo dostępnego mięsa, które potem na palnikach w wielkich garach gotowała, by nikomu nie zabrakło jadła. To miało jednak swój specyficzny urok.
Ale Ona zawsze przede wszystkim dbała o rodzinę, to było zawsze jej priorytetom w życiu.
A dzisiaj patrzę na zdjęcie, które wisi u mnie w pokoju na ścianie, a na nim widzę tę uśmiechniętą twarz mojej Siostry. która tak życzliwie na mnie spogląda, jakby chciała powiedzieć ” nie martw się, ja tu koło Ciebie jestem i czuwam”.
Czasami sobie rozmawiam z Jej portretem, bo wiem, że Ona tam rzeczywiście jest, a dzisiaj, w Dniu Jej Imienin szczególnie do Niej się uśmiecham, Aneczko moja Kochana!!!!!!
Pewnie, że wolałabym, żeby nie tylko zdjęcie ze ściany do mnie dzisiaj „przemawiało”, wolałabym mieć żywą i radosną Anię koło siebie, niestety taka jest ta dzisiejsza rzeczywistość, że mimo, że Ją mam na wyciągniecie ręki, jednak jest ona daleko ode mnie…………
No takie Rodzinne wspomnienia i wczoraj i dzisiaj mnie naszły w związku z Imieninami najpierw mojego Brata, teraz mojej Siostry.
Przypominam sobie, że 25 lipca razem z Anią schodziłyśmy dwa piętra niżej, by złożyć życzenia Krzysztofowi, a na drugi dzień Krzysztof przychodził do nas na II piętro, by złożyć życzenia imieninowe Ani.
Fajne to w sumie było, a ja się tak zastanawiałam, co by było, gdybym miała na imię Krystyna, która obchodzi imieniny 24 lipca ???
Wtedy całe Rodzeństwo obchodziło by takie trzydniowe imieninowe Święto, byłoby jeszcze bardziej zabawnie.
Ale nie tylko o mojej Siostrze dzisiaj myślę.
Wszystkim Solenizantkom Aniom, a szczególnie Ani 19 w Dniu Imienin składam życzenia dużo zdrowia, pomyślności, wiele szczęścia i radości, pogoda ducha i ludzkiej życzliwości, wiele na codzień miłości. a także nadziei na naprawdę lepsze jutro
Wspaniałej i słonecznej niedzieli dla Wszystkich 🙂