Akcja KLUCZ

A jednak klątwa trzynastego w piątek zadziałała, przynajmniej na mnie zadziałała.
W sumie bardzo dobrze, że to był trzynasty i piątek, bo inaczej musiałabym swoją wczorajszą „przygodę” na poczet wrogiej działalności peselu zrzucić, a tak, wiadomo, czarny kot, zła aura i jeszcze nie wiadomo jaka czarna (zła) magia zadziałała.
Ale o co chodzi????
Otóż zawsze, ale to zawsze, zanim wyjdę z mieszkania kilkakrotnie sprawdzam, czy mam przy sobie klucze,
Ale niestety tak już nie było niestety wczoraj.
Fakt, że z powodu niezbyt korzystnych warunków atmosferycznych, wysoka temperatura itp, miałam lekkie kręciołki w głowie.
Nawet poprosiłam Oliwię, czy mogłaby pojechać ze mną na zakupy, ale doszłyśmy do wniosku, że piątkowe popołudnie nie jest najlepszym pomysłem na odwiedzanie marketów i przełożyłyśmy ten plan na dzisiaj, czyli na sobotę.
Ale jednak nagle okazało się, że zaistniała całkiem prozaiczna sytuacja, mianowicie zabrakło mi chleba.
No to było z tym ambarasem robić? trzeba jednak jechać, oczywiście z wózeczkiem, na zakupy.
Przygotowałam więc mój zakupowy wehikuł do wyjazdu, a portfel, klucze i telefon oraz niezbędny mój „smoczek” zapakowałam jak zwykle do siatki, którą zawsze tak zapakowaną w potrzebne mi „instrumenty” do owego wózeczka wrzucam.
Tylko tym razem było inaczej,
Zawsze zanim zatrzaskuję drzwi wejściowe kilkakrotnie sprawdzam, czy na pewno w owym wózeczku umieszczona jest moja siatka z niezbędną zawartością, nawet podejrzewałam sama siebie, że chyba jakaś mania prześladowcza mnie opanowała.
A wczoraj wyszłam sobie, oczywiście z wózeczkiem, zatrzasnęłam za sobą drzwi i nagle…….ze zgrozą uprzytomniłam sobie, że owa siatka pozostała na stole w kuchni, nawet telefonu przy sobie nie miałam, nie wspominając owych kluczy. Załamałam się. Na moment straciłam głowę i tak zastała mnie bezradnie stojącą na klatce schodowej sąsiadka, która postanowiła mi pomóc, ale niestety z tych nerwów zapomniałam numeru telefonu do Magdy, a sąsiadka niestety się spieszyła, więc sprawa jej pomocy spaliła się na panewce.
Ale na szczęście zjawiła się niebawem inna moja sąsiadką, która użyczyła mi swój telefon, z którego jednak do Magdy mogłam już zatelefonować, bo nagle doznałam jakiegoś olśnienia i klepka z numerami telefonów otworzyła się w mojej skołatanej głowie. Na szczęście Magda miała mój zapasowy klucz, więc musiałam tylko troszkę poczekać, aż Oliwia mi go przywiezie i będę mogła wejść do swojego mieszkania.
Ale tak siedząc na tych schodach doszłam do takiej konkluzji, że chociaż mieszkam tu już prawie 5 lat z nikim z sąsiadów nie jestem w bliższych stosunkach, właściwie jestem w tej kamienicy całkiem samotna, chociaż jak widać sąsiedzi są całkiem pozytywni.
Ale takie to już czasy, teraz każdy żyje na własny rachunek.
Kiedyś, gdy mieszkałam na Smoleńsk jakoś bardziej to sąsiedzko – towarzyskie życie kwitło.
Tak na dobra sprawę to mogę śmiało powiedzieć, że właściwie żadnej sąsiadki, no może prócz właścicielki i jednej pani, z którą już kilkukrotnie zamieniałam parę słów, to nie znam.
Jakoś nikt nie wpada do mnie na kawkę i na sąsiedzkie plotki, nawet nie mam komu dać zapasowego klucza do mojego mieszkania, a jak widać, bardzo by się to przydało, bo jednak Magda i Maciek, którzy mają zapasowe klucze, daleko ode mnie mieszkają.
Na szczęście moja wczorajsza przygoda dobrze się skończyła i nie dość, że Oliwia otworzyła podwoje mojego mieszkania, to jeszcze pobiegła do sklepu po chlebuś dla mnie, bo z tych nerwów straciłam cały zakupowy zapał.
Ale miałam przynajmniej dzisiaj coś innego niż polityka opisać w moim blogu.
Co prawda nie powinnam się chwalić swoim roztrzepaniem, ale w sumie chyba każdemu może coś podobnego się zdarzyć, nie tylko starszej zresztą pani, nieprawdaż?????
Ale wszystko co dobre, dobrze się kończy, a ja muszę tylko wyciągnąć dobre wnioski z tej przygody i po prostu umieścić moje klucze u jakiejś sąsiadki, coby znów nie narażać mojej rodzinki na dalekie, niespodziewane wycieczki.
Na dobra sprawę też byłoby miło, gdyby jakaś sąsiadka na kawowe plotki od czasu do czasu do mnie wpadała, ale nie ma co za dużo od życia wymagać, dobrze jest jak jest, miło, że rodzinka tak całkowicie o mnie nie zapomina, a że rzadko?
Jak pisałam, każdy ma swoje życie i swoje problemy i za dużo nie ma co od kogoś wymagać.

Dzisiaj na szczęście mamy już sobotę i to całkiem przyjemną sobotę ze słonkiem i z fajną temperaturą, chociaż gdzieś tam burze nawet zapowiadają.
We Włoszech antycyklon Lucyfer szaleje, temperatury zbliżają się tam nawet do 50 stopni Celsjusza.
Najgorsze, że ten Lucyfer również i do Polski zmierza i w najbliższym czasie znów mogą zapanować i u nas niebotyczne upały, musimy na nie być przygotowani.
No proszę, to już będziemy mieć nawet dwa Lucyfery i ten pogodowy i ten polityczny, nie wiadomo tylko, który z nich jest gorszy……
Tylko, że niestety ten polityczny Lucyfer już jest i zdecydowanie nam szkodzi, trudno od niego się odgonić.


Odpoczywajcie w ten weekend i nabierajcie sił na nowy tydzień, wszystkiego najlepszego.