dzisiaj trochę inaczej czyli słowne lapsusy

 

Dzisiaj nie będę malkotentem i ani słowa o tym białym z nieba spadającym

pisać nie będę.

Oczywiście, że chodziło mi o spadająca mannę z nieba :-).

Bo tak ciągle o tym samym pisać to po pierwsze nudno, po drugie i tak narzekanie

nic nie da, trzeba uzbroić się w cierpliwość i przetrwać jakoś.

No to na przekór wszystkiego wymyślę jakąś ciekawą niedługą historyjkę  – wspomnienie.

Przypominam sobie, jak wiele, wiele lat temu, gdy jeszcze byłam piękna i młoda wraz

z Majką stałyśmy w kolejce po chleb. Akurat przywieźlki ciepły i pachnacy bosko

chlebuś i trzeba było poczekać aż pani sprzeawczyni odbierze towar od dostawcy, no

i oczywiście podpisze stoswne pokwitowania.

I tu się wywiązała pomiędzy panią aprzedawczynią a dostawcą ciekawa dyskusja.

Pani spytała: Ma pan długopis? on wręczając ów przedmiot dodał: tylko proszę uważać ,

bo mi w trójce zepsuli ( dziwne jak mozna zepsuć długopis), ona na to : gdzie?

na Sebastiana odpowiedział pan (w Krakowie jest ul św. Sebastiana), Bacha dopytywała

pani dalej zaciekle? a on na to: nie wiem czy Bacha, ale taka czarna.

Świetna gra słow prawda?

Ciekawe, że ten lapsus przechwyciła tylko Majka i ja, mimo, że rozmowa była głośna,

nikt nie zareagował.

Musiałyśmy ze śmiechem opuścić sklep, bo przecież nie wypadało na głos się

roześmiać ( byłyśmy obie dobrze wychowanymi panienkami.)

Niedługo potem byli u mnie znajomi, akurat był telefon do mojego Ojca, który

był nieobecny w domu , więc pani poprosiła mnie ,żeby powtórzyć ,że dzwoniła pani Tazbierska.

Po przyjściu Taty grzecznie powtórzyłam :dzwoniła pani Tazbierka.

Z jakiego Bielska ?spytał tata, Nie z Bielska, tylko Tazbierska – odpowiedziałam.

Ale którego Bielska?? pytał dalej.Wściekłam się, że ja swoje a tata swoje, ale grzecznie

go spytałam :a masz kogos w Bielsku? nie, nie mam nikogo w Bielsku  odpowiedział Tata.

To po co sie pytasz o to Bielsko?? dalej ciagnęłam.To ty mi mówiłaś że z Bieslka-

odpowiedział tata.

Cierpliwość moja już sie skończyła, patrzyłam na znajomych, którzy konali ze

śmiechu,słysząc nasza rozmowę i wreszcie pomału powiedziałam :nie dzwoniła

pani z Bielska, tylko dzwoniła pani Tazbierska.

I tata doznał olśnienia: acha! !Pani Tazbierska, rozumiem.

Tak czasami jest, że jedna osoba i,a druga źle usłyszy, coś przekręci  i takie są tego

potem rezultaty.

Trzeci taki przypadek był właśnie  trochę później, podczas mojej rozmowy z koleżanką,

która wtedy przysłuchiwała się mojej rozmowy z Tatą.

Zatelefonowała do mnie Bogna,a trzeba dodać, że telefony wówczas bardzo słabo

działały, najwięcej było słychać w nim trzasków.

Więc zatelefonowała pytając :czy jest u was ( w pracy) Rutinoscorbin.

Może gdyby spytała czy masz, inaczej bym zrozumiała,ale pytanie jest u was

skojarzył mi sie z osobą, więc zgodnie z prawdą odpowiedziałam, nie nie ma.

A czemu nie ma? pytała, bo nie pracuje – grzecznie odpowiedziałam.

Kto nie pracuje? ,wrzasnęła zdziwiona, o czym ja mówię.

No Lucyna Skorbin odpowiedziałam słodko.

Ja nie pytam o żadną Lucynę Skorbin, tylko o lekarstwo rutynoscorbin – odkrzyknęła.

U Was chyba rodzinne to przekręcanie nazwisk i nazw – dopowiedziała

podniesionym tonem, najpierw twój tata z panią Tazbierską teraz Ty z Lucyną Skorbin……….

Te trzy anegdotki działy się naprawde, nie wymyśliłam ich wcale.

Ale do tej pory wspominam je z wielkich uśmiechem na twarzy, chociaż w trakcie

trwania tych słów daleko mi było od śmiechu, raczej więcej do złości.

………..jak cudne są wspomnienia te……….

 

No to po miłych wspomnieniach, powrót do rzeczywistości do….S T O P !!!!!

miało nie być o tym ani słowa.

Pozostaje zatem zyczyć wszystkim miłego dnia.

 

 

 

 

I znów ponarzekam sobie

 

 

A na co ponarzekam? Oczywiście na zimę a dokładnie na jej nieudogodnienia.

No bo teraz na ulicy wrogiem człowieka nie tylko są śnieżne zaspy i pod śniegiem

szlajki ( wrr jakie to nieprzyjemnie, jak nagle sobie jedziesz na butach, nie koniecznie

do przodu) ale jeszcze jest większe zagrożenie w postaci olbrzymich sopli lodu,

zwisających sobie łaskawie z dachów.

Gdzie niegdzie te sople są całkiem niezłych rozmiarów, gdyby taki spadł na głowę,

możnaby nawet życie stracić.

Wiem, że trudno te sople  usuwać, więc  co robią dozorcy???

Ano zamykają część chodnika taśmami i przjście jest zablokowane.

Niby pozornie w porządku, ale, właśnie to ale, gdzie ma się znaleść przechodzień

w takim razie? Oczywiście musi przejść na jezdnię, gdzie  przecież  jeżdżą samcchody,

więc potencjalne zagrożenie nadal istnieje.

Szczególnie na tych małych  nieodśnieżanych ulicach,gdzie można  brnąc w zaspie

przejechać się na butach wprost pod samochód.

No oczywiście po ominięciu taśm teoretycznie możnaby wejść było z powrotem na chodnik,

tylko na chodniku są zaspy ze zgarnietego śniegu. a w najlepszym razie jak ich

tam już nie ma to są olbrzymie kałuże z rozjechanych przez samochody  resztek tego

śniegu, jednym słowem koszmar.

Takie balansowanie po tych śniezno – lodowych księżycowych pagórkach nie jest

łatwe dla osób zdrowych, a co mają powiedzieć ludzie nie całkiem sprawni, którzy też

przez miasto jakoś przemieszczać się muszą.

Wczoraj po powrocie do domu byłam zlana potem po tych moich perypetiach

śnieżno kałużowych, pół ulicy Smoleńsk musiałam przejść przez jezdnię, właśnie

na której był i śnieg i lód i rozjechane przez samochody koleiny – było wtedy na

szczęście jasno, a jaki będzie dzisiejszy wieczorny powrót do domu???

Idę dzisiaj do pracy na popoludniu i w drodze powrotnej będzie juz niestety ciemno  nie

licząc słabo rzucających światło latarniach i znów to samo: sople, koleiny itp.

Chyba jednak będe musiała nadrobić trochę drogi i iść na około,bo może chodmiki

główniejszej ulicy będą bardziej zadbane, zresztą tam kamienicy są w głębi i nie grożą

sople, a potem ten kawałek ul. Retoryka jakoś przelecę ( tzn będe ostrożnie człapała)

Przecież nie stać mnie na taxi w obie strony, czyli do i z pracy,nie mogę wszystkich

zarobionych pieniędzy oddać taksówkowej korporacj tylko dlatego, że dozorcy

no i MPO nie dokładnie dbają o jezdnie i chodniki.

Miasto nie ma pieniędzy na wywożenie zaległego śniegu,więc rosną na chodnikach

śnieżne pgórki, a jak nie daj Boże jeszcze śniegu dosypie????????

Obywatelskim prawem jest płacic niemałe zresztą podatki, a Rada Miasta ma się

dobrze, zresztą oni przemieszczają się samochodami, więc jezdnie głównych ulic

którymi poruszają się ich samochody są posypywane solą. ten problem zimowych

perypetii przechodni ich nie dotyczą, więc problemu nie ma prawda?

No i jak tu nie narzekać?????

Biało, biało…..

…do znudzenia biało….

Już mam tego koloru dosyć, zdecydowanie dosyć.

Nasypało śniegu tyle, że zaspy powstały, przez które przebijać się wprost

trzeba. Na chodnikach jeszcze da się  jakoś wytrzymać, ale przejście na druga stronę

ulicy to już prawdziwa sztuka, na krawężnikach leżą śniegowe góry,które pokonać

wcale nie jest łatwo.

Ech, co będę o tym pisać, wszyscy to widzą i jakoś te zimowe śnieżno-

górskie eskapady pokonują, nie jestem w tym odosobniona.

Ale zewsząd słychać pobożne życzenia: niech ten śnieg przestanie w końcu padać.

Wczoraj miałam bardzo smutny wieczór, jeden z moich internetowych przyjaciół jest

bardzo poważnie chory,obawiam się najgorszego……

Bardzo to smutne, wspominałam te miłe przekomarzania się ma czatach 50- latków, te

wspólne nasze rozmowy, moją wizytę u Marka i Danusi, ich wizytę u mnie w Krakowie.

Znamy się już sporo czasu, conajmniej 7 lat minęło, jak zaczęłam na polchacie

czatować, wtedy to właśnie zaczęli też czatować Dana i Marek i….teraz są razem.

Czytałam wczoraj smutny list Dany i odrazu przypominały mi się dni, gdy nasza

rodzina walczyła z beznadziejną chorobą mojej siostry…….

Niestety tak już jest, że dni weselsze przeplatają się z smutnymi wiadomościami,

nikt nie zapewnił nam tutaj na tym łez padole lekkiego życia.

Mam nadzieję, że tam na górze będzie nam dane spokojne życie bez chorób,

bez trosk,  beż śniegowych zasp i bez kłopotów hydraulicznych.

A właśnie apropos, mój Kochany Hydraulik raczej  regularnie  czyta dokładnie mój

blog, bo już do mnie wczoraj telefonował i oferował swoją pomoc.

Czasami jednak opłaca się być dobrą Ciocią Ewą, co????

Dzisiaj mam poranną zmianę i cakiem sporo już porejestrowanych pacjentów,

znów skóra na mnie cierpnie, czy aparat …… nie będę kończyła nawet dalej

tego zdania.Znalazłam na mój aparat świetną metodę.

Ponieważ na niego mój miły głosik nie działa, czyli nie można z nim po dobroci,

używam więc grożniejszego tonu, typu „ty taki owaki jak nie będziesz działał

to”……. i wczoraj nawet poskutkowało,chociaż i tak  kilka hopsztosów mi zrobił.

No proszę martwa rzecz, a jaka złosliwa i ile nerwów potrafi dostarczyć.

Ale co będzie, to będzie, muszę sobie radę jakoś dawać.

A więc odważnie, do rentgenowskiego boju przystąp.

 

 

Złotopolice płaczą….

Odszedł na wieczną pocztową służbę listonosz Józio.

Smutna to wiadomość, bo chociaż nie przepadam za tym serialem, ale bardzo

lubiłam aktora Jerzego Turka.

Zawsze grał takie charakterystyczne role, jak chociażby trenera Jarząbka w” Misiu „czy właśnie listonodsza Józia w „Złotopolskich”.

No cóż, wspaniali aktorzy pomału odchodzą, następny aktorski narybek ma teraz pole do

popisu, tylko czy na pewno będą godnymi następcami tych wielkich poprzedników?

Od poniedziałku nadal pruszy śnieżek. Na szczęście nie takimi dużymi płatami jak

w poprzedni weekend.

W sobotę i  w niedzielę odpoczęłam, więc znów mogę sobie ponarzekać na pogodę

i na moją cięźką i zaśnieżoną  drogę do pracy, ale przynajmniej nie będę ślęczała

przy tym komputerze i telewizorze na zmianę przez cały dzionek, coś się ciekawego

na pewno wydarzy.

Jednym miłym akcentem poprzedniego weekendu był gość na niedzielnym obiedzie,

nie, tym razem nie Ważna Osoba ( która nadal odśnieża podwórka swojej siostry),

ale moja Bratowa Zosia. Miło, że przynajmniej raz  to ja miałam okazję ją do siebie

zaprosić – zazwyczaj było odwrotnie. I może to żadne specyjały nie były, bo tylko

tradycyjny rosołek z makaronem i sztuka mięsa w sosie chrzanowo – koperkowym,

ale Zosi moje potrawy bardzo smakowały, a ja cieszyłam się, że niedzielny obiadek

zjem w bardzo miłym towarzystwie.

A teraz juz nerwowo na zegarek spoglądam, rano przeżyłam koszmar, bo po wejściu

do kuchni spojrzałam na zegar i pokazała się mi godzina 10.30 – juz się przeraziłam, że

tak długo spałam i z niczym oczywiscie nie zdążę, ale na szczęście okazało się, że

zegar poprostu nie chodzi,a godzina mojej pobudki była całkiem przyzwoita, czyli

okolica 8-smej rano.

UFFF!!! Zdążę i z wpisem do mojego blogu i poustawiam wojska na moich plemionach ,

a potem przynajmniej na trochę przeniosę się w ten realny świat, który nie jest ani

filmem ani grą, ale jest również bardzo ciekawy.

Miłego tygodnia dla wszystkich, nawet gdyby, co jest całkiem realne, pozostał

do końca swoich dni białym.

Ten tydzień pracy dla mnie będzie nieco dłuższy, w przyszłą sobotę pracuję, więc już

dzisiaj  nabieram głęboki oddech.

P.S. I znów mam następny hydrauliczny problem, po ostatniej awarii dostawy wody

zepsuła mi się spłuczka.

Ech, wiecznie coś się psuje.

 

 

niedziela czyli Walentynki

 

Niedziela, to niedziela, tako sam dzień tygodnia jak każdy inny,

z tym, że moze bardziej leniwy???
Śnieg sobie pruszy, zima taka, jakiej nawet na Boże Narodzenie nie było,

a właśnie pytam dlaczego????

Nic ciekawego nie mam do roboty, zresztą dzisiaj cieżko się nie pracuje,

bo przykazanie mówi pamiętaj, żebyś dzień święty święcił, więc się do

rozkazów odgórnych dostosowuję ( gotuję tylko rosołek, ale to nie jest ciężka

raczej praca).

 

A żeby tak całkiem się nie nudzić, pokoloruje sobie dzisiaj trochę ten mój blog,

 

A co mi tam, jak na polu biało u mnie będzie kolorowo przynajmniej

 

Co prawda zdjęcia nie są chwilowo moje własne, ale i to się wkrótce zmieni.

Niech tylko mam specjalną na to okazję, już ją wykorzystam.

Szczególnie ten Halusi słonecznik dodaje uśmiechu człowiekowi w ten biały

dzień – nieprawdaż???

Wczoraj przez cały wieczór nie było u nas wody – jakaś rura gdzieś chyba strzeliła???

Rano jej też jeszcze nie było, na szczęście juz koło 10.30 awarię usunięto.

I dobrze, bo odrazu człowiek jak ten skunks się czuł…….

Ale, ale, zapomniałabym o najważniejszym dzisiaj chyba święcie  i o najważniejszej dzisiejszej dzisiejszej kolorowance

A więc :

 

 

 

 

 

 

Wstecz

Wczoraj zrobiłam sobie małą wędówkę po moich starszych już wpisach.

Zaczęłam pisać ten  blog bardzo juz dawno, bo w czerwcu 2004roku,  czyli już prawie

pięć lat bloguję, no z małymi przerwami, zwłaszcza jedną całkiem dłuższą.

Rzeczywiście Olka ma rację, że kiedyś mój blog był bardziej kolorowy, niż

obecnie, a to dlatego, że całkiem już zaniedbałam mój aparacik fotograficzny.

Dawniej robiłam zdjęcia natury, a w porze takiej białej, jak obecnie, latałam

do zaprzyjaźnionej kwiaciarni, sycąc swoje oczęta barwami kwiatów, co też

natychmiast na moim aparacie uwidoczniałam.Niestety ta wena mi chwilowo

przeszła, co nie znaczy, że do niej nie powrócę w najbliższym czasie.

Narazie w domowym ciepełku cieszę się sobotnim odpoczynkiem, robiąc to,co

lubię, czyli kawusia, TV-sat i oczywiście plemionka na komputerze

Wczoraj oglądałam strony z propozycjami wielkanocnego odpoczynku poza

Krakowem.

Bardzo przydałby się taki odpoczynek i już nawet są wstępne plany spędzenia

ich np. w Poroninie, ale ponieważ nie zależy to tylko odemnie ,biernie poddaję się

pomysłom i zamysłom Magdy i nie tylko jej.

Tak, bo to będzie bardzo miły  świąteczny pobyt  ( taką mam nadzieję)

w rodzinnym gronie ( tzn, gronie rozszerzonym nieco), na który już się bardzo

cieszę.

Chociaż bedzie trwał tylko, a może aż trzy dni !!!!!

Ale na to jeszcze muszę chwilę poczekać, narazie przed nami okres pokutny.

Weselić będziemy się nieco później.

Miłego weekendu

poranne rozważania

Nie ma nic lepszego ciemnym porankiem jak pyszna kawusia.

Człowiek ledwo przytomny wstaje, do świtu jeszcze kawałek czasu, więc  nieco

przymulona jeszcze snem,sięgam po swój ukochany niebieski kubek ( bez ucha, które mi

się niestety kilka dni temu ubiło),nasypiję 2 łyżeczki Nescaffe Gold oczywiście  a jakże,

dwie łyżeczki cukru (Magda, nie czytaj tego!!!), troszkę mleczka i….. najswpanialszy

wybudzeniowy napój gotowy.Można zacząć działać, chociażby na moim blogu i nie tylko..

Wczoraj pobiłam chyba rekord moich statystyk, było aż 106 wejść na mojego bloga z

różnych stron, no dobrze 105, bo jedno jest tam i moje wejście odnotowane, to znaczy,

że mój blog zrobił się nieco popularny.

Niedawno przeczytałam w komentarzu do mojego wpisu „Fajnie się Ciebie czyta” – jakie

to miłe, naprawdę…………..

Ostatni dzień pracy w tym tygodniu rozpoczynam w godzinach porannych, przedemną

znów wolny weekend ( no chyba, że Ważna Osoba porzuci swoją  funkcję odśnieżania

i powróci od siostry na wolne, od tej  dla niego oczywiście funkcji, ulice Krakowa.

Tu ktoś inny musi o odśnieżanie na szczęście zadbać, co nie jest wcale łatwe, ostatnio

sporo nam naśnieżyło.

Wczoraj brnęłam pośród śnieżno piaskowej  bryi, nogi się rozjeżdżały na ukrytym

pod tą zaspą lodem, przyznam, nie była to dla mnie komfortowy powrót do domu,

ale cóż, w końcu mamy prawdziwą zimę.

Nawet zastanawiałam się  wczoraj,czy nie kupić sobie jakiejś zgrabnej laski, którą

bym się mogła podpierać , tylko trochę wstyd przed tym zakupem mnie wstrzymuje.

Popatrzyłam właśnie przez okno, znowu biało, znów nasypało , o matko, kiedy to

się w końcu skończy?? Na taksówki majątek już wydałam,bo jeżeli można powiedzieć,

że droga do autobusu jest jeszcze jako tako utrzymana ( no nie tak wcześnie rano,

bo dozorcy też ludzie i spać muszą), to droga od autobusu do przychodni jest

tak zaśnieżona i śliska, że aż strach nawet pomyśleć, juz mi na samo wspomnienie

ciarki po plecach chodzą.

Dlatego do przychodni jadę taksówką ( bagatela „tylko” 20 zł) a wracam podwieziona

do pętli autobusowej,  potem 20 minut autobusowej drogi,a od mojego przystanku

do domu już nie daleko, jakoś przebrnąć się da.

Tak się zastanawiałam nad moją rozrzutnością, przecież prawie połowę  mojego zarobku

oddaję taksówkarskiej korporacji ostatnio, ale cóż, na podwyżkę liczyć raczej nie mogę,

a w sumie taka podróż też ma swoje uroki, zawsze jakieś urozmaicenie,a za to płacić

już niestety trzeba..

No właśnie pani pogodynka zapowiada następne obfite opady śniegu.

Biały koniec świata, dobrze, że tylko jeszcze dzisiaj muszę się tym martwić,

potem mam dwa dni oddechu od mojego problemu a w poniedziałek…

Co tam mi już się martwić o poniedziałek, mam na to jeszcze sporo czasu.

 

Tłusty czwartek

Mówił mi Bartek, że dziś tłusty czwartek.

A więc  S M A C Z N E G O !!!!!

Ciekawa jestem, ile pączków uda mi się dzisiaj zjeść????

A Wy? też lubicie pączki???, czy raczej o talię dbacie??

W dniu dzisiejszym myśleć o diecie chyba nie wypada !!!

Tradycja, to rzecz święta !!!!

A wiec zajadajcie te pączki i faworki i cieszście się tłustym czwartkiem tak jak

ja sie będę cieszyła, wsuwając ten wspaniały wypiek cukierniczy.

Ciekawe, czemu akurat w tłusty czwartek tak bardzo właśnie te pączki smakują, jakoś

więcej niż w dzień normalny.

Dzisiaj poranna zmiana.

Trzeba było wcześniej wstać, żadnego dosypiania,  żadnego jeszcze tylko 5 minut.

Budzik dzwoni, trzeba wstawać………….

Teraz już rozumiem, skąd się wziął szlagier „”Budzikom śmierć „

Właściwie to już tak napewno nie wiadomo, która zmiana jest lepsza, tu się krócej

śpi, ale za to ile potem ma się czasu przed sobą ( no, chyba, że się dosypia, tak

jak ja ostatnio na fotelu, prawie do perfekcji to ostatnio opanowałam), na popołudniowej

niby wyspać się można, ale ile nerwów zjada to ciągłe patrzenie na zegar, ile czasu

do wymarszu jeszce pozostało, a potem, po powrocie z pracy tak mało już ma się czasu

dla siebie.

Ale nie ma co narzekać, jeszcze ze 2-3 miesiące i wstawanie w blasku słońca nawet

o 6 rano będzie znacznie przyjemniejsze.

Chociaż zapowiadają, że ta zima ma podobno trwać aż do połowy kwietnia.

Ale kto to wie, prognozy, zwłaszcza pogody są po to, żeby się albo spełniały,

albo nie – na dwoje jak to mówią babka wróżyła.

Narazie zapowiadają mróz, opady śnieżno- deszczowe i co najgorsze dla

mnie, a z tym związane, śliskie chodniki i jezdnie.

Wrr, nie cierpię lodu na chodnikach.!!!!

W drodze z autobusu do domu jest kawałek chodnika pod niezamieszkałym

domem, który może świetnie za lodowisko służyć.

Ongiś był tam Dom Książki , a na parterze bank.

Obie placówki zlikwidowano, ba, nawet mieszkańców bloku nad tymi placówkami

gdzieś w świat wyeksmitowano, budynek stoi wolno i straszy,

Nawet nieposprzątanymi chodnikami, bo nie ma dozorcy.

Ciekawe kogo miałby potem skarżyć potencjalny poszkodowany, który niekoniecznie

jest fanem łyżwiarstwa figurowego na lodzie???

Łyżwiarstwo figurowe owszem oglądać w TV mogę, na lodowisko chodzić nie zanierzam.

Kiedyś, za młodych dobrych lat, raz poszłam na lodowisko i…. chyba ze 2 godziny stałam

na łyżwach na lodowisku, trzymając się  kurczowo płotu, ale jakoś

na jazdę się nie odważyłam – zeszłam do przebieralni, buty z łyżwami zamieniając

na codzienne obuwie.

Tym bardziej teraz nie mam ochoty na poślizgi niekontrolowane.

No to zbieram się już do pracy, po drodze jakieś pączki w cukierni kupić trzeba,

aby tradycji zadość się stało.

Jeszcze raz wszystkim pączko i faworko pożeraczom smacznego życzę, 🙂

 

 

 

Nie będzie fretki

Jednak dobrze wszystko rozważyam i….

podobno są to takie rozrabiaki, a nawet psuje, że potrafią

doprowadzic pokój do ruiny.

Nie dość, że wszystko przegryzają (wiadomo, są z rodziny gryzoni),

to potrafią wywalić i komputer ( chyba monitor?, bo temu pudłu raczej rady by

nie dały) i telewizor , juz nie mówiąc, że potrafią wszystkie kwiatki z doniczek wydłubać.

Przecież nie będę siedziała 24 godziny w domu, aby pilnować tej łobuzicy-rozrabiary,

Myślałam, że będę  nareszcie miała jakieś swoje  żywe zwierzątko, na psa nie mogę

się zdecydować, bo nie mam siły do spacerków ( oj przydały by mi się przydały,ale

cóż, nózki mi „siadły” całkowicie”), koty zaś  lubię tylko u kogoś ( nie wiem czemu mam

do nich jednak uprzedzenie) – pozostają mi tylko pluszaki, te trzy które już posiadam:

miś panda, którego dostałam ongiś od Kamilki, gdy wyprowadzała się od nas z domu

do Modlnicny, misia tweedy,którego dostałam od Halinki no i ostatniego mojego

pluszaka – małpki, którego przyniósł mi ostatniej gwiazdki aniołek – Oliwka.

Panda siedzi na kocyku, pozostałe śpią na podusi i pilnuja mojego dobytku

podczas mojej nieobecnośc

Cóż, człowiek dziecinniej na stare lata, he he,

Dzisiaj wyjątkowo mam zmianę popołudniową, bo Jarek wraz z żoną udaje się

do szpitala na zaplanowany poród.

Dziwne, dawniej rodziło się dziecko wtedy, kiedy natura tak zarządziła, dzisiaj

można sobie wybrć samotnie termin narodzin potomka.

Tak więc nasza przychodniana rodzinka powiększy się o chłopaka.

Obawiam się, że teraz będzie nieco więcej pracy z powodu remontu naszej  głównej

placówki , ale co tam, nie takie ilośći zdjęć w życiu się robiło, tylko tyle, że było

to lata temu, człowiek był i młodszy i silniejszy…..

No to do roboty, KU CHWALE………

Dzień żałoby

Dzisiaj w naszej przychodni dzień żałoby.

Parę dni temu odszedł od nas pan Jurek, nasza złota rączka od aparatów rtg

i od ciemni rtg.

Siedział pośród tych swoich śrubek, coś wykręcał, wkręcał i potem wszystko

działało.

No cóż, fachowiec, tak jak kiedyś jego ojciec, z którym wiele lat temu

też pracowałam.

Szkoda, że żaden z synów p.Jurka  nie poszedł w jego ślady, nie zachowa się ta

rodzinna tradycja uzdrawiania aparatury rtg.

Dzisiaj jest Jego pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim.

Poszedł prawie cały zespół, niestety z powodów zdrowotnych nie mogę

uczestniczyć w ostatniej Jego drodze, ale mam nadzieję, że dobry pan Jurek

patrzy  na mnie swoim dobrym okiem  i zrozumie.

Zawsze przyjeżdzał do nas na swoim rowerku z niewielkim bagażnikiem , przytwierdzonym

z tyłu,tam woził swoje przybory do naprawy.

Już nigdy charakterystyczny rowerek nie będzie stał ani pod naszą  żabiańską

przychodnią, ani w bramie naszej pracowni na Smoleńsk-  wiadomy znak

przyjechał pan Jurek.

Przykro, już nie przyjedzie, nie uśmiechnie się, nie zagada…….

Takie jest życie.

Ktoś powiedział, że mój brat kompletuje sobie załogę, ostatnio zabrał nam

Zygmunta, teraz widać aparat rentgenowski im się zepsuł, wezwał pana

Jurka na naprawę……

Może  minie trochę czasu, aż  znów ktoś z naszej załogi zasili niebiańską

załogę rtg znanej firmy na litere W.

Żegnaj Panie Jurku, zawsze ciepło będę Cię wspominała !!!!!!