niedziela w Modlnicy

 

 

Może być całkiem sympatycznym dniem, bo zapowiada się nam słoneczko.
Ale gdy rano wyszłam na papieroska jeszcze resztki mgły spowijały pola…..
Taka trochę nie lipcowa, ale raczej późno sierpniowa pogoda.
Ale takie hopsztosy będzie nam nasza aura kreowała przez całe lato.
Wczorajsze popołudnie było całkiem przyjemne, gdy nagle, ni stąd, ni stąd ni   zowąd zerwała się okropna zawierucha.
Dosłownie ściana deszczu zza oknem straszyła no i wietrzysko było bardzo ogromne, czasami nawet zagrzmiało.
Myślałam, że to już koniec pogody na ten dzień, a tu całkiem niedługo potem zrobiło się znów pięknie: słonecznie i ciepło.
Aż nie do wiary, że mogłam wczoraj obserwować piękny zachód słońca.
Dzisiejszy dzionek też byłby miły gdyby nie……  jeden mały incydent.
Mała kicia Magdy złapała, po raz pierwszy chyba w życiu, myszkę. I co? Ano zatłukła ją, co akurat nie powinno dziwić, ale potem z tą biedną małą myszką, ku mojej rozpaczy biegała po całym salonie mając świetna zabawę.
Mnie akurat ta jej  zabawa wcale się nie spodobała, bo co prawda mysz nie żyła, ale i tak ślizgała mi się pod nogami popychana przez rozweseloną kotkę.    Brrrrr, nie mogłabym jednak mieszkać na wsi.
NO BO TY SIĘ BOISZ MYSZY……
A boję się, brzydzę się i ta dzisiejsza historia zdecydowanie popsuła mi humor na cały dzień, na pół dnia na pewno.
Wrrrr, nie cierpię wsi, nie cierpię myszy.
Ale wszystkim miłego humorku na tę niedziele życzę
Jednym słowem: pogoda kapryśna jak kobieta, raz ją do rany przyłóż, by za chwilę straszyła chłodem i gniewem.

miłego weekendu, czyli wsi spokojna, wsi wesoła

A na dzisiaj miłej soboty.
Zostałam znowu zaproszona do Modlnicy. Jak milo.
Tylko żeby pogoda dopisała, bo ostatnio taka jakaś humorzasta jest.
Ale należy się cieszyć, bo każdy dzień za miastem spędzony, to udany dzień.
Tak sobie pomyślałam, że Magda, Maciek, Jacek, Ela to mają szczęście – całe lato są na wakacjach.
Nawet gdy wracają po pracy, otworzą okno na taras i już czują się jakby gdzieś na wieś pojechali.No bo są właśnie na wsi.
Ale czasami i oni klimat muszą zmienić i gdzieś dalej wyjechać. Tak dla koniecznej dla organizmu i dla psyche zmiany.
W zimie jest co prawda nieco gorzej, gdy śniegu nasypie i do domu przez zaspy trudno się dostać.
Ale w sumie warto chwilkę się pomęczyć, by potem być szczęśliwymi wolnym. Bo co to jest te 4 miesiące niby zimy, a czasami i porządnej zimy?
Niedługo nadchodzi przecież po nich wiosna, a i jesień na wsi bywa piękna, oczywiście gdy nie leje deszcz od rana do wieczora,
Ja też zatem dzisiaj zmieniam klimat i…już mnie w domu nie ma
Miłego  odpoczynku

o czym by tu napisać w piątkowy poranek…

 

Ano właśnie, znów wstał dzień pięknie się zapowiadający, chociaz kilka chmurek po niebie sobie goni. A niech sobie gonią, byleby tylko słonka całkowicie nie przegnały, no i deszczu ne przyniosły. W mieście wielkie słonko nie jest aż tak bardzo potrzebne, jak gdzieś na wsiach, czy nad morzem lub w górach jest potrzebne dla tych odpoczywających.
Szczególnie właśnie dla tych, którzy nie boja się niezbyt zdrowych dla skóry promieni słonecznych, leżąc i opalając się gdzieś tam nad morzem, nad jeziorem, czy nad rzeczką. Byleby tylko stosować odpowiednie krem z filtrami zabezpieczające skórę , bo niestety nowotwory skóry są bardzo niebezpieczne i raczej mało uleczalne. Chwila radości dla słonka kosztem zdrowia – wątpliwa przyjemność, a i kłopotów potem wiele i bólu…
Zresztą ja nigdy specjalnie  nie lubiłam się opalać, tym bardziej, że zawsze kończyło się to u mnie poparzeniami skóry, bąblami i schodzeniem naskórka. No i niezbyt ciekawie człowiek w łatach wygląda. Zazdrościłam tym, którzy są cierpliwi i opalają się na kolor czekoladowy, no a potem okazało się, że to jest całkiem niezdrowe. Zresztą o wiele zdrowiej jest, gdy słońce operuje podczas ruchu, niż podczas leżenia jako bezwładny worek na kocu.
Ruch jest zresztą zdrowy na wszystko, a więc zalecam fajne spacery brzegiem morza, czy jeziora, albo spacerek gdzieś po górskich lub wiejskich ścieżkach, ni beznadziejne smażenie się bez umiaru w bezruchu. Inaczej wtedy promienie operują i inaczej sam proces naświetlania skory przebiega.

A teraz pozwólcie, że zrobię pewną dygresje polityczną, chociaz dawno już tego nie robiłam i obiecałam sobie, że do polityki nie będę wracać.
Ale jednak dzisiaj nie wytrzymuję. Wczoraj Wielki Sam czyli Donald Trump dał wyraz swojego poparcia dla partii Pis Oczywiście, że nie zrobił tego bezinteresownie.
Po pierwsze w żadnym kraju Europy nie był (i nie będzie) przyjmowany z takim wielkim entuzjazmem, jak  Polsce, a to łechta jego wielkie Ego. Szczególnie, że w świecie nie jest postrzegany jako człowiek całkowicie normalny, a na pewno jako człowiek nieprzewidywalny i bardzo interesowny.
Pisowcy, do których głownie wczoraj przemawiał zrobili wszystko, żeby „godnie” prezydenta przyjąć, chociaz ten poświęcił Polsce tylko kilka godzin, ot po prostu przejazdem był i tyle. Pewnie gdyby nie udawał się na szczyt G20, nigdy by do Polski nie zaglądnął.
A przy okazji załatwił swoje własne interesy, sprzedając Polsce za ciężkie pieniądze gaz i rakiety Patriot, obie strony tym zadowalając, bo nam Polakom (a raczej rządzącym) wydawało się, że mamy wielką przychylność Wujka Sama (co oczywiście jest mylne, bo nie o to prezydentowi wcale chodziło), no a prezydent Trump ma poczucie, że znów zrobił dobry biznes, co dla niego jest niestety priorytetem życiowym.
Ale nie o tym chciałam napisać. Pis stanął na wysoko  zadania i ściągnął z całej Polski swoich wyznawców, których posadził na placu Krasińskiego, by podczas przemówienia Trumpa bili mu zajadle brawa. ot, tacy pisowscy klakierzy, nie wiele z polityki rozumiejący.
Ale to nie byłoby takie straszne, gdyby nie ich zachowanie w momencie, gdy z ciepłymi słowami prezydent Trump zwrócił się do naszego byłego prezydenta, Lecha Wałęsy. Chyba musiał być bardzo Trump zdziwiony, gdy pewny entuzjazmu dla polskiego bohatera, którego cały świat podziwiał , w zamian usłyszał gwizdy i wyzwiska. Znów daliśmy plamę i to ogromna plamę, w cały świat poszła wiadomość nie tylko o podziałach w Polsce, ale również i to, że nie potrafimy szanować własnej historii, własnych ideałów, własnych bohaterów, którzy przyczynili się do tego, że teraz naprawdę mamy wolność. Bardzo zdziwiona mina Trumpa o tym mówiła: nie rozumiem was Polacy, nie macie szacunku nie tylko dla bohaterów, ani sami dla siebie.
Ale czego można się spodziewać po sprowadzonym na siłę motłochu, któremu do mózgu wlewa się nienawiść i kłamstwa? Dla nich niestety czarne nie jest czarne, bo tak Guru powiedział i tak musi być.
Oni zareagowali dokładnie tak, jak się po niech spodziewano, tylko tyle, że nie przyniosło to wcale rządzącym splendoru, wręcz przeciwnie.
Zostaliśmy po raz kolejny przed całym światem   upokorzeni na swoje własne życzenie.
I gdy kiedyś dojdzie do tego, że ten rząd jednak przestanie dowodzić Polską smród po ich władzy, a niestety też po Polsce i po Polakach  bardzo długo jeszcze będzie się ciągnął.
A w takich przypadkach jak wczorajszy jest mi po prostu wstyd, że jestem Polką, chociaz mam całkiem odmienne niż oni poglądy.
I to tyle na ten temat, więcej nie będę, przyrzekam. Ale musiałam gdzieś dać upust swojej złości.

To rozpoczynamy następny weekend, bo co prawda echa wizyty jeszcze po Polsce się roznoszą, jeszcze niektórzy strożą piórka, ale pomału wracamy do tej naszej rzeczywistości.
I bardzo dobrze, że wtedy właśnie następują te wolne od codzienności dni – dni relaksu.
I na te dni życzę spokoju, wesołości i radości we wspólnym przebywaniu z Najbliższymi.

dzisiaj mamy Urodziny…..

 

 

 

Dzisiaj mamy Urodziny
Pewnej przemiłej Dziewczyny
Magdy mojej Ukochanej
Dandą kiedyś nazywanej
Żyj nam Magda długie lata
niech Ci szczęście życia splata
a same  tylko dobre godziny
zegar wybija dla Ciebie i Twojej Rodziny
Niech Ci się w Twej pracy wiedzie
byś nie żyła nigdy w biedzie,
niech kwiatki rosną pięknie w Twym ogrodzie
niech słonko im i Tobie świeci co dzień
A Przyjaciół prawdziwych wiele
radość przyniesie w każdy dzień, nie tylko w niedziele
Te i inne życzenia od rana
Przyjmij Dandusiu  Moja Kochana
bo dzisiaj !00 lat Tobie śpiewa
Twoja Kochana Ciotka Ewa

No tak, kiedyś ja tez miałam tyle lat co Ty, Magda, ale to minęło i wcale nie żałuję.
Każdy wiek ma swoje przywileje i swoje troski.
Nie należy wcale tym się przejmować, bo takie to życie nasze już jest.
Lata uciekają nie tylko Tobie, nie tylko mnie, ale nam wszystkim.
Ważne jest tylko to, co potrafimy z tym uciekającym czasem zrobić, jak go sobie umilić i jak dobrze wykorzystać każdy dzień.
Twoją pasją jest ogród, niech więc pięknie i kolorowo Ci się rozrasta, aby nie tylko Twoje oko mogło cieszyć, ale i tych, którzy tam będą przebywać, a może i zazdrościć tego piękna????

Miałam nadzieję, że dzisiaj wstanie piękny i słoneczny dzień, niestety, głównie chmury po niebie przepływają.
Takie nijakie to lato w tym roku będzie i z tym tez należy się pogodzić.
Bo najważniejsze jest przecież lato w naszym sercu.
Ważne jest cieszyć się tym, co się ma – mnie na przykład cieszy, że moje kolanko nieco, tak troszeczkę tylko, a jednak odpuściło.
Jeszcze mnie czasami strzyka, szczególnie rano, ale da się z tym żyć.
Zresztą, gdyby mnie nic nie bolało, znaczyło by, że już nie żyję.
A ja jednak tak bardzo kocham to moje życie.
Czasami zastanawiam się, jak to będzie, gdy przyjdzie mi umierać. Wolę jednak sobie tego nie uświadamiać.
To jednak musi być straszne przeżycie. I dlatego wolę sobie jednak tłumaczyć, że coś tam na tym drugim świecie jednak  jest, tylko moje wyobrażenie o tym drugim życiu jest w tej chwili niewyobrażalne. A może to i lepiej?

Dzisiaj w Polsce mamy szczególnego gościa – Wielkiego Wujka Sama.
Już sobie wyobrażam, jak niektórzy z rządu tuptają niecierpliwie, żeby się dobrze podlizać.
A co z tego wyjdzie? Nigdy nie wiadomo, bo ten Wuj Tom jest całkowicie nieprzewidywalny i różne pomysły mu  nagle do głowy przychodzą, czasami wręcz zadziwiające i raczej mało spodziewane. Ot, taką zawadiacką naturę on posiada…..
Jak to dobrze, że ja  nie muszę się nikomu podlizywać….

Życzę wszystkiego najlepszego nie tylko Magdusi, ale Wam wszystkim.
A dla Magdy zamieszczam jeszcze krzew  pięknych róż, na razie tutaj, bo te prawdziwe dostanie ode mnie niebawem,  dokładnie wtedy, gdy Jej ogród będzie już  całkowicie przebudowany 🙂

Pawełek, Antoninka i Maciek

 

To są imiona przygodzickich Bocianów. Oczywiście wybrany w sondzie, przeprowadzonej kilka dni temu na forum Bociany w Przygodzicach.
Wystarczy tylko w przeglądarce Google wpisać : co słychać w gnieździe Przygodzice i już można wiele rzeczy ciekawych o tym gnieździe i jego lokatorach przeczytać.
Ładne imionka nadano prawda? Tak jest co roku, po obrączkowaniu maluchów nadaje im się imiona, ot dla rozróżnienia, który, jest który, a i kiedyś w przyszłości, gdyby ktoś zobaczył bociana z zapisanym w aktach numerku na  obrączce umieszczonej na łapie bociana, będzie można niejako śledzić losy „naszych” bocianów. Bo one jednak po latach powracają, na ogół w te same okolice, w których przyszły na świat.
Nasze bociany już  (niestety pozostała ich tylko trójka) są całkiem spore , wdzięcznie ćwiczą swoje skrzydełka, rozkładając je szeroko i przy tym śmiesznie podskakując. Jeszcze nie potrafią się oderwać od gniazda, aby poszybować, ale jest to pewna kwestia kilku dni, może tygodnia…….
Widziałam dzisiaj rano, jak ten najstarszy usilnie próbował już dostać się poza gniazdo, niestety kuperek jeszcze ma zbyt ciężki i z powrotem opadał na gniazdo. Mimo to nadal dzielnie próbuje. Również i pozostała dwójka nie chce być gorsza, niż braciszek, też jeszcze niezgrabnie, ale  stanowczo ćwiczą.
Dzielna młodzież. Już po rodzicach przejęły niektóre przyzwyczajenia i bardzo często porządkują gniazdo, rozkładając sianko, albo układając na obrzeżach gniazda przyniesione przez rodziców patyki. Jednym słowem, uczą się dorosłego, bocianiego życia.
Jednak dużo jeszcze odpoczywają, leżąc wygodnie na sianku i wygrzewając się do słoneczka oddają się lekkiej drzemce.
Bo to jednak wcale nie jest łatwo być dużym bocianem, trzeba nabierać siły, ćwiczyć i też i odpoczywać, żeby potem mieć już całkiem sporo energii i umiejętności, żeby opuścić na zawsze rodzinne gniazdo.
Jeszcze raz podkreślam, że podziwiam cierpliwość dorosłych rodziców, którzy stale przynoszą do gniazda pożywienie, wodę, czy gałązki i sianko.
Maluchy wciąż są nie najedzone, widać rosnąc potrzebują sporo tego pożywienia i co któryś z rodziców do gniazda powraca, natychmiast jest „atakowany” o jedzonko. Maluchy łapią rodziców za dzioby za nogi, za ogon i żądają „daj jeść”
Dlatego coraz częściej maluchy pozostają w gnieździe samotnie, rodzice „uciekają” od nich na łowisko, ale przylatują na zmianę wielokrotnie, a noc na ogół spędzają w gnieździe z dziećmi, lub obok gniazda na antenie, bo pomału mieszkanko robi się już nieco ciasne.
Ale maluchy są i tak bardzo dzielne i dają sobie świetnie radę, nawet wtedy, gdy są same w gnieździe, pewnie mają poczucie, że któryś z rodziców zawsze jest gdzieś niedaleko i gniazdo obserwują i w razie potrzeby obroni przed atakiem jakiegoś intruza, a tak niestety często się zdarza, że jakiś obcy bocian usiłuje zaanektować mieszkanko. Samo życie…….
Zresztą widziałam, że przy takiej obronie bocian potrafi być bardzo agresywny, często nawet krew się wtedy poleje.
Jak więc widzicie, obserwacja gniazda to moja pasja, chociaz czasami aż się boję, czy przy tych ćwiczeniach skrzydeł, jeden mały bociek niechcący nie wypchnie drugiego na zewnątrz. No bo co wtedy by się stało? Przecież on jeszcze ne potrafiłby sam wrócić do gniazda.
Ale gniazdo jest pod opieką pana Pawła Dolaty, który wraz z innymi kolegami bacznie mają uwagę na to, co się w nim dzieje i w razie potrzeby może interweniować.
Tak właśnie było wtedy, gdy zachorował drugi bocianek, niestety nie udało się go uratować – szkoda,
Ja tak o tych bocianach mogłabym pisać w koło, ale życie to nie tylko bociany.
Pogoda nam się nieco załamała, to znaczy jest nawet słonecznie, ale temperatura mogłaby o te kilka stopni być większa.
No tak, zimno źle, ciepło źle, gorąco jeszcze gorzej – typowa baba…….
Żal mi tylko tych, co teraz nad morzem naszym siedzą i marzą, by móc zamoczyć stópki (i nie tylko) w ciepłym Bałtyku, ale chyba mogą o tym razem zapomnieć. Zresztą nasz poczciwy Bałtyk do ciepłych mórz raczej nigdy nie należał….
Czytałam, że ostatnio bardzo popularną znów stała się Bułgarska Riwiera, prawie zapewniona ciepła pogoda, ciepłe morze i wspaniale pensjonaty…..żyć nie umierać. No i koszty tez nie jakieś wyszukane. Jedynym minusem jest dojazd. Można pociągiem, czy autem, ale to jednak daleko, można samolotem, ale gdy ktoś ma taką obawę przed lataniem jak ja?
Ale należy być dobrej myśli, gdy my wyjedziemy na wakacje, na pewno będzie śliczna pogoda , nawet u nas w Polsce
Wszystkiego dobrego na wtorek.

KOT

 

Na poniedziałek, dobry KOT,
Na cały tydzień, dobry KOT.
Na złe myśli, dobry KOT.
Jednym słowem  KOT – dobry na wszystko !!!

Bynajmniej nie oznacza to, że mam jakieś złe dni, nie, zdecydowanie nie.
Tak jak napisałam dzisiaj Komuś w Messengerze, już przyzwyczaiłam się,  że więcej niż mam, nie będę miała, więc  się pogodziłam z tym faktem.
Bo człowiekowi zawsze wydaje się, że gdyby miał więcej, byłby bardziej szczęśliwy.
Więcej?, a czego więcej? Pieniędzy, miłości, zdrowia???
Powinnam się cieszyć tym, że mam gdzie mieszkać, że jest mi w moim gniazdku dobrze i bardzo wygodnie.
Nadmiar pieniędzy pewnie by mnie zepsuł, mam więc tyle, ile mi potrzeba. I mówię to całkiem serio,  chociaż może nie raz nawet myślę, czy piszę tu o mitycznej wygranej w Lotka.
Zdrowie? Wstaję codziennie rano, mam zdrowy i świeży umysł (no czasami coś udaje mi się nawet zapomnieć, ale to nie jest jeszcze takie bardzo dla mnie tragiczne), mam dwie ręce, dwie nogi, które często co prawda mi dokuczają, ale są – nie jestem kaleką.
Nie jestem całkowicie sama. Co prawda nie mam męża, ale to i pewnie lepiej dla mnie, często rozmyślałam nad tym, że właściwie nie nadawałabym się na niczyją żonę, bo jestem…..taka jaka jestem. Mnie jest z tym dobrze, ale czy komuś byłoby dobrze ze mną?
Mam rodzinę, co prawda nie na co dzień, nieco w oddali, ale są, wiem, że na nich zawsze liczyć mogę, to też jest bardzo ważne.
Mam trochę znajomych, z którymi mogę sobie przez telefon porozmawiać, gdy akurat takiej rozmowy potrzebuję, ale nie koniecznie, czasami lepiej jest nawet pomilczeć.
Mam swój własny świat, w którym jest mi dobrze, ale całkowicie w nim się nie zamykam, wychodzę przecież do ludzi…..
Jednym słowem można powiedzieć, że jestem szczęśliwym człowiekiem i przyjmuję to co mam. Pozostają mi jeszcze moje marzenia, ale….to już całkiem moja prywatna sprawa…..
Dzisiaj w brukowcu czytałam historię pewnego kloszarda, który kiedyś miał swój własny dom, z żoną i z córką, miał pracę i wydawało mu się, że jest szczęśliwy.
Kiedyś nakrył swoją żonę na zdradzie, więc wyprowadził się z domu, szukając pracy w całkiem innym mieście. Znalazł ją, niestety swoje smutki po tym, co utracił, zaczął topić w alkoholu, więc po jakimś czasie tę pracę stracił, a sam wylądował na ulicy. Ale jakoś  przyzwyczaił się do swojego nowego życia i wcale nie zamierzał go zmieniać, mimo, że po śmierci matki dorosła już córka chciała przyjąć go pod swój dach. Odmówił, nie chciał być obciążeniem dla córki, zięcia, dla swoich wnucząt. To nie był już jego świat. On czuł się dobrze na ulicy, gdzie mógł pomagać ludziom podobnym sobie. A nigdy tej pomocy nikomu nie odmówił, chociaż jego życie nie było łatwe, sam żył z tego, co udało mu się od przechodzących  ludzi wyżebrać. Potrafił za to tą swoją biedą się dzielić z kimś, kto był jeszcze bardziej biedny niż on, jeszcze bardziej zatracony w swoim życiu.
Niestety ten tryb życia doprowadził go do wylewu krwi do mózgu i po pobycie w szpitalu wylądował w Domu Opieki. Czy tam pozostanie? Nie wiadomo, może znów uda mu się dostosować do nowych warunków życia, a może znów wróci na ulicę………
Bo na tym właśnie polega filozofia życia, umieć znaleźć się w każdej sytuacji i do niej dostosować. Pewnie, jeżeli ktoś jest na tyle młody i na tyle silny zawsze będzie sięgał po więcej, ale nawet zawsze w tej sytuacji trzeba brać swoje ziły na zamiary, nie można nic osiągnąć na siłę, bo wtedy może się to skończyć tylko źle.
Ja zawsze wiem, ile jestem warta i ile mogę osiągnąć, dlatego właśnie jestem szczęśliwa !!!!!!

Ale jakieś filozoficzne myśli osiadły mnie w pierwszym dniu nowego tygodnia 🙂
No właśnie, co on przyniesie?
Pogoda dzisiaj znów taka dziwna, ni to ciepło, ni zimno, ni to pochmurnie, ale gdzieś tam słonko koniecznie chce wyglądnąć zza chmurki.
Życzę wszystkim udanego następnego tygodnia. Cieszmy się wreszcie tą letnią chwilą, bo nie ma to jak wakacje.

LATO, LAT, LATO CZEKA……     

Deszczowa niedziela

 

Przyszła niestety deszczowa niedziela. Słotna, chłodna, wietrzna……..
Nie da się dzisiaj spacerować, najwyżej co można sobie pooglądać coś w TV, można też sobie pospać….
No właśnie, pospać, to całkiem dobra idea, zwłaszcza po takiej nocy…..
Romantycznej? Ale skąd, takie tylko w filmach romantycznych i w powieściach się zdarzają.
Ta noc dla mnie była wręcz koszmarna, w kilku odsłonach.
Po raz pierwszy obudziłam się już po drugiej godzinie w nocy, oczywiście kolanko mi przeszkadzało, jakoś udało mi się jednak wstać, iść do łazienki no i na papieroska.
Po pól godzinie poczułam się jednak znużona i znów poszłam w kimono, spałam aż….do godziny 4.30. Następne wstawanie, następny papierosek i znów kimono.
O godzinie siódmej wydawało mi się, że będę już wyspana, ale za to miałam całkiem niemiły incydent z moim cukrem: zaczęłam się trząść wewnętrznie, pocić, zrobiło mi się strasznie gorąco Wstałam więc, żeby zmierzyć cukier. Był…”rewelacyjny”, tylko 2,5 No tak, nie dziwota, żet ę  trzęsionkę dostałam.
Zjadłam więc śniadanko, wypiłam kawkę, ale jeszcze troszkę nadal słabo mi było, więc poszłam się na troszkę położyć i przespałam aż do 10 rano.
No, może być. Pewnie i tak popołudniu jeszcze troszkę sobie dośpię…….
Dzisiaj nie będzie zbyt ciekawie, nikt do mnie nie przyjdzie, z jednej strony to dobrze, bo będę miała spokój, ale z drugiej lubię, gdy coś się dzieje.
Nawet do sklepu nie pójdę……. a tam już mnie znają, jako stałą klientkę, zawsze z uśmiechem dzień dobry mi mówią, szczególnie jedna przemiła pani Weronika. Przyjemne to nawet.
No ale nie bardzo mi się chce dzisiaj  w płaszcz przeciwdeszczowy i kalosz  ubierać (a w ogóle to mam takie?)
Co robić ?, co robić ??
Politykę nadal dzielnie omijam, bo wciąż nie mogę zrozumieć, skąd tyle głupoty w niektórych Polakach  popierających jedną słuszną partię siedzi,.
Już kiedyś to przerabialiśmy i nie wyszło nam to na dobre, tym razem też pewnie na dobre nie wyjdzie.
Ale bez polityki w sumie można jakoś żyć, tyle innych ciekawych rzeczy się dzieje.
No i dobrze, że nie jestem bociankiem na ten przykład, one takie biedne są na tym gnieździe, ani płaszcza przeciwdeszczowego nie mają, ani parasola, a wiatr daje im naprawdę solidnie w kość. Te biedne, przemoczone piórka frygają w podmuchach wiatru i deszczu.
Na szczęście te wszystkie kłopoty są poza mną, mam ciepłe łóżeczko, do którego jednak jeszcze na troszkę udam, bo po takiej nocy na raty zbyt komfortowo się nie czuję.
Ale Wam życzę samych niedzielnych miłych chwil

zupełnie jak na łące

 

Wcale nie trzeba z Krakowa daleko wyjeżdżać, żeby poczuć się jak na łące.
Wczoraj takie zdjęcie zrobiłam na osiedlu Krowodrza w Krakowie i od razu poczułam się, jakbym gdzieś na wieś sobie wyjechała.
Trzeba przyznać, że panie ogrodniczki bardzo dbają o ten teren, który otoczony jest blokami, ale można i tam znaleźć piękno natury.
Mieszkańcy okolicznych bloków mają naprawdę wielkie szczęście, że jest ktoś, kto tak starannie dba o ich otoczenie.
Niby zwyczajne blokowisko, ale jednak i tutaj można nacieszyć oko spojrzeniem na piękne kwiaty. Pewnie aż miło im się tam mieszka.
Chociaż kiedyś rozmawiałam z jedną z pań opiekujących się tymi rabatkami i powiedziała mi, że i tutaj wandale potrafią zniszczyć, wyrwać, połamać roślinki. Cóż, są ludzie i ludziska, jedni sadzą, dbają, pielęgnują, inni po prostu niszczą.
A gdyby ktoś tak poszedł do dom tych wandali i zniszczył im mieszkanie, połamał meble, porysował ściany? – ciekawe, czy nie zdenerwowaliby się, nie starali się usunąć takiego intruza.
Cóż, hołota jest wszędzie, ale wcale z tym nie musimy się zgadzać i nie musimy ponosić konsekwencji czyjejś beznadziejnej głupoty i chamstwa.

No to zastrzyki w kolanko mam już za sobą.
Teraz pozostały mi tylko zabiegi fizykoterapeutyczne: ultradźwięki, laser i jontoforeza.
Zaczynam od poniedziałku 10 lipca.
I znów się będzie działo.
Może po prostu zmienię przychodnię, w której pracuję, skoro ostatnio tak często tam bywam?
Nie, zdecydowanie wolę jednak Żabiniec, tam dopiero czuję się, jak u siebie.
Wczoraj był dosyć dziwny dzień, niby było ciepło i słonecznie, ale przy tym wiał wiatr, czasami całkiem chłodny.
I pewnie było coś nie tak z ciśnieniem, bo chwilkę posiedziałam na ławeczce koło AGH, a gdy wstałam, fest zakręciło mi się w głowie.
Gdyby ktoś mnie obserwował, pewnie pomyślałby, że jestem pijana, bo nieco się zataczałam.
A ja ani kropli alkoholu przecież nie wypiłam 😦
Ale jakoś się zmobilizowałam i do domu pomału doszłam, a po zjedzonym obiadku musiałam nieco się zdrzemnąć.
Od razu lepiej się potem poczułam, chociaz głowę nadal miałam troszkę ciężką.
No tak, znów obudziłam się wczoraj przed piątą rano, pewnie dlatego miałam też i tę głowę taką niepewną.
Co ja mam z tym snem, że tak wcześnie się budzę, no, można by powiedzieć, że nieomalże w środku nocy.
Już kładę się nieco później, staram się przetrzymać jakoś do tej 23-ciej ale i tak o 4-5 budzę się wyspana.
Starość jednak mnie dopadła, starość, dospać nie mogę.
Ciekawa jestem co będzie późną jesienią i zimą, gdy wieczór robi się już tak szybko.
Pewnie już o szóstej wieczór będę myślała o spanku, tylko potem znów będę nad ranem się budziła koło 3-4.
Straszna wizja!!!
No to dzisiaj zaczynamy weekend. Ciekawe, czy będzie burzowy, jak zapowiadają, czy może psikusa na in plus zrobi nam pogoda i będzie pięknie i słonecznie.
Jak na razie niestety jest ponuro, wręcz deszczowo. Kolejny weekend do niczego???
Nie szkodzi, dla mnie ważniejszy będzie przyszły weekend, bo znów pewnie spędzę go urodzinowo w Modlnicy, tym razem Magda będzie obchodziła swoje urodziny.
 A więc tym razem nie ja jadę do Modlnicy, a Modlnica przyjeżdża do mnie z wizytą.
Zapowiadali się Maciek z Darką na kawusię.
Daria już jest po wszystkich egzaminach i można powiedzieć, ze już jest prawie na trzecim roku medycyny. Ale to szybko zleciało.
Zresztą podobnie i Matylda też już będzie studentką trzeciego roku Akademii Medycznej.
No i dobrze, przynajmniej nie pozwolą starej Ciotce umrzeć szybko 🙂 Będzie miał kto ją leczyć 🙂
Za to w tym roku studia rozpoczynają Oliwia i Wiktoria.
Hm, co prawda nie na medycynie, ale po co w sumie nam tyle tych medyków w rodzinie?
Muszą zabezpieczyć jakoś i inne dziedziny rodzinnego życia 🙂

 

Dzisiaj Imieniny obchodzą wszystkie Halinki.
Z tej okazji składam im życzenia zdrowia i pomyślności i sporo uśmiechu, bo to dodaje nam przecież siłę do życia.

A tak przy okazji wspomnę jeszcze moją Koleżankę Halinkę – Hnovę, która niestety od nas w zeszłym roku, w kwietniu odeszła na zawsze.
Łza w oku mi się kręci, bo zawsze Jej składałam imieninowe życzenia.
To była naprawdę niesamowita Kobieta, chodząca łagodność i dobroć, która wprost biła z Jej oblicza.
Niezwykle sympatyczna, bardzo koleżeńska i wielki wesołek, wręcz dusza towarzystwa. Przy Niej nie można się było smucić, nie można się było nudzić, zawsze miała wspaniałe pomysły.
Myślę, że i Ulka ze mną się zgodzi, bo też poznała Hnovcię osobiście  na naszych czatowskich spotkaniach w Krakowie.
I znów Ulu na wspomnienia mnie dzisiaj bierze, ale…….. bardzo, bardzo mi Hnovci brakuje, chociaż Ona też daleko ode mnie mieszkała, bo w Warszawie.
Są dni, które niestety już się nie powtórzą, chociaz bardzo byśmy tego chcieli.
Ale przynajmniej pielęgnujmy te nasze miłe wspomnienia w swoich myślach i uśmiechajmy się do nich, przez to jesteśmy bliżej tych, których już z nami nie ma.

A jednak przyjemnego weekendu Wszystkim życzę, odpoczywajcie, nabierajcie sił na nowy tydzień i radujcie się każda miłą chwilą