takie tam…różne

Wtorek jest dla mnie dniem…oczekiwania na jutrzejszą środę.
Już dzisiaj przygotowuję dla Uleczki róże – niespodzianki, aby skoro świt Ją tymi pięknymi kwiatami powitać.
Ale bardzo przyjemnie jest mi, że mam wierną Czytelniczkę Anię, która wczoraj zaprosiła mnie so swojego blogu, w którym o mnie małe wspomnienie napisała, i…….natrafiłam na trochę fajnych przepisów na ciasta, akurat w dniu, w ktorym postanowiłam ze swoja nadwagą definitywnie zerwać.
No cóż, po operacji bariatrycznej, od której minęło już 4 lata, bardzo sporo mi tych kilogramów niestety przyrosło, wiem, że jest to głównie moja wina, bo nie przestrzegamy pewnych zasad, ale…
Zawsze jest jakieś ale, przeczytałam niedawno artykuł pewnego lekarza brariatyka, który w wywiadzie właśnie mówił, że takie osoby jak ja, po operacji bariatrycznej, nie moga pozostawać sami sobe, muszą mieć zapewnioną opiekę dietetyka i psychologa, a o to powinien zadbać ośrodek, który taką operację przeprowadził.
Nawet co prawda wspominali mi w Klinice, że za jakiś czas ze mną się skontaktują w celu dalszej terapii i…niestety, dopiero niedawno, po tych 4 latach ktoś z kliniki zadzwonił, tylko po to, aby spytać w jakim stanie moja waga się utrzymuje, ale żadnych wskazówek nie dostałam.
Mój błąd, że sama o to nie zadbałam, bo trzeba sobie było uzmysłowić, że moja nadwaga jest chorobą, która gdzieś w mózg jest tak zakodowana, że trzeba cały czas nad nią pracować, podobnie zresztą, jak jest w przypadku alkoholików czy narkomanów. Pewnie że trudno te choroby porównywać, ale ich źródło jest podobne, mózg, tam wszystkie emocje się rodzą i tam należy gasić te niepotrzebne pragnienia.

No cóż, stało się, jak się stało, ale teraz niestety waga zaczyna coraz bardziej mi dokuczać, mój kręgosłup całkowicie mi „siadł”, po kilku krokach zaczynam znów mieć to uczucie obecności drąga, który mnie usztywnia, już nie mówiąc o moich biednych stópkach i kolankach, którym też ciężko nosić te kilogramy, więc się buntują i bólem reagują.
W niedzielę rozmawiałem na temat diety z Elą i Maćkiem, dowiedziałam się, którą dietę oni stosują i postanowiłam, że również postawie na dietę białkową, chociaż nie do końca jest ona akurat dla mnie dobra, ma niestety wele wad, między innymi uszkadza nerki. Ale przy mądrym stosowaniu tej diety i przy przede wszystkim przy spożywaniu wielu napojów (oczywiście nie wyskokowych ale zwyczajnej wody mineralnej, ewentualnie przegotowanej) można bez większego uszczerbku na zdrowiu rozpocząć taką kurację.
Najważniejsze jest jednak wytrwanie w podjętym zamierzeniu
Wczoraj rozpoczęłam swoją kurację od zważenia się (oczywiście z nic się nie przyznam, ile obecnie ważę, jest to bardzo ściśle chroniona tajemnica) i ….przeżegnałem się, w Imię Boże, niech mi się tym razem uda.
Najbardziej brak mi w tej diecie… nie, nie pieczywa, ale przede wszystkim owoców i jarzyn, te dopiero po około 10 dniach będe mogła do swojego jadłospisu pomału i w niewielkich ilościach włączyć.
Ach moje śliweczki i jabłuszka…będziecie sobie na mnie musiały nieco poczekać……..
No zobaczymy, na ile stać moją silną wolę na takie ważne przedsięwzięcie, ale żal mi się też robi, gdy sukienki, w których całkiem niedawno fajnie wyglądałam , są teraz za wąskie.
Nie stać mnie na ponowną wymianę mojej garderoby, muszę więc „wymienić” siebie i zamienić na…chudszy model 🙂
Jak myślicie, uda mi się to przeprowadzić?
Oczywiście odnalazłam tysiące rewelacyjnych odchudzających preparatów, które rzekomo same w cudowny sposób spalają tłuszcz, ale w nie akurat nie wierzę.
Aby osiągnąć dobry rezultat, trzeba nad tym popracować, czyli dieta i ruch, to jedyna dobra metoda na zgubienie nadmiernych kilogramów.
Z tym ruchem to troszkę u mnie są kłopoty, niestety zbyt wiele deformacji mają moje kostki , które okropnie mi dokuczają, nie mam chyba ani jednej nie zdeformowanej chorobą reumatyczną części ciała, ale przynajmniej na tyle ile dam radę, staram się poruszać po moim Parku, jak to dobrze, ze go mam.
Oczywiście biorę siły na zamiary i przyznaje się, że często sobie na ławeczkach siedzę, gdy ból już jest taki, że nie dam rady go opanować odpoczywam sobie na ławeczce, ale potem ruszam dalej w drogę, krótszą, czy dłuższą, zależy od tego, jaki w danym dniu jest stan mojego zdrowia.
W każdym bądź razie proszę o doping i o trzymaniu kciuków, będę o wszystkim sumiennie informowała, nawet w przypadku, gdybym przepadła z kretesem – oby nie!!!!
Wszak nie nazywam się Kuchciński, żeby głowę do pasku chować i nie przyznawać się do błędów, albo kogokolwiek oszukiwać.
Właśnie ta dzisiejsza „spowiedź” na moim blogu pozwoli mi na wytrwanie w postanowieniu, bo wiem, że mam doping z Waszej strony.

A ponieważ Ania lubi słuchać opowieści o moim mieście, dodam do dzisiejszego blogu jeszcze wiadomość o sprzedaży zabytkowej kamienicy w samym środku Krakowa, u zbiegu Rynku Głównego i ulicy Szewskiej.

Czteropiętrowa nieruchomość o powierzchni 3012 m2 została wystawiona na sprzedaż z ceną wywoławczą 40 mln zł.

Sama kamienica oryginalnie złożona była z dwóch oddzielnych budynków – Kamienicy Tenczerowskiej i Kamienicy Pod Trzema Gwiazdami. Ta pierwsza w czasach średniowiecza należała do kuśnierskiej rodziny Tenczerów, a najstarsze znalezione na jej temat wzmianki pochodzą z 1311 roku.

Po pożarze w 1525 roku budynek przechodził w kolejne ręce, by w 1770 roku Maria Sędrakowska otworzyła w niej jedną z najstarszych kawiarni w Krakowie. Kamienica została zburzona w 1913 roku i odbudowana dwa lata później. Obecnie mieści się w niej siedziba oddziału Banku Pekao.

Natomiast kamienica Pod Trzema Gwiazdami składa się z części południowej, zwanej Kamienicą Wolfklajanowską i północnej, zwanej Kamienicą Sznukowską.

W XIX wieku mieściła się tam znana wówczas pasmanteria. W latach 1881–1901 przeprowadzono jej gruntowną modernizację. Z tego okresu zachowała się neoklasycystyczna fasada. W drugiej połowie XX wieku budynek adaptowano na potrzeby banku. Dobudowano czwarte piętro i ściśle powiązano go z budynkiem narożnym Rynku Głównego 31.

Ach, żeby mieć te 40 milionów złotych….., właściwie to pewnie i jeszcze dodatkowo z 20 milionów na remont takiej zabytkowej kamienicy by się przydał, bo na pewno po tylu latach eksploatacji wymagałaby ona kompletnego remontu, ale potem ……. byłabym potentatem krakowskiej metropolii.
Cóz, pomarzyć zawsze sobie można, prawda?
Pogoda dzisiaj jest całkiem zadowalająca, więc zgodnie z moimi założeniami, na spacerek niebawem się udaję, trzeba wykorzystywać tę przyjazną aurę, bo kto wie, kiedy deszcze niespokojne zburzą tę moją wspaniałą ideę.
Może podobnie jak Ula zapiszę się wtedy do klubu Fitness?
Zobaczymy……..
Na razie wiele serdeczności na słoneczny dzień dzisiejszy wszystkim posyłam i raz jeszcze apeluję :TRZYMAJCIE ZA MNIE KCIUKI !!!