
Właściwie można było się jej spodziewać, bo do godz 15 było dosyć parno.
Ale wyszłam sobie na spacerek do parku, troszkę nierozważnie zostawiając na balkonie wietrzącą się pościel.
Usiadłam na ławeczce w cieniu, (w taki skwar nie bardzo mi się spacerowanie uśmiechało) przeglądnęłam pozostawioną tam przez kogoś gazetę i wtedy przyszła Lola z właścicielem.
Lola tym raze nie była skora do zabawy ze mna, bo chwile wcześiej grała w piłke z jakąś kopiącą piłkę grupą młodych ludzi , więc była piekielnie zmęczona, silnie ziajała, z trudem łapiąc dech, a mi jej żal się zrobiło.
Ale za to z panem miło się nam rozmawiało, gdy nagle zaczęły napływać nieco ciemniejsze chmury i gwałtownie zaczął zrywać się wiatr.
Miałam jeszcze w planie zakupy w pobliskim sklepie, więc szybko się z panem i z Lolą pożegnałam, pełna nadziei, że jeszcze uda i się jakoś umknąć wraz zakupami przed ta burzą.
Niestety zanim doszłam do sklepu, zerwał się potężny deszcz, tak więc szybciutko w pełni opadów, mokra jak mysz koscielna do domu wracałam, nieco przerażona zresztą co raz bardziej groźnymi pomrukami i cały czas mając na myśli tę moją nieszczęsną pościel.
Na całe szczęście nad moim balkonem jest niewielki daszek, który uchronił moją pościel na tyle, że nie była całkiem mokra, była nieco tylko skropiona i do nocy zdążyła już całkowicie podeschnąć.
Za to ja czułam się, jakbym wyszła spod prysznica i to w dodatku w ubraniu.
Musiałam szybciutko się przebrać i poratować ciepłą herbatką, aby zapobiec ewentualnemu przeziębieniu.
No a już po chwili rozpętała się prawdziwa burza z piorunami , jak to dobrze, że już byłam we własnym domku, czułam się już bezpieczna.
Dzisiaj mija tydzień od tego wielkiego nieszczęścia, od tej strasznej burzy, która w Zakopanem, pod Giewontem pokonała ponad 100 osób, a cztery osoby zabiła.
Dlatego raz jeszcze wracam do tego tematu, zresztą wzmocniona bardzo dobrą lekturą z blogu zamieszczonego w Polityce, do którego link podaję” https://lekarski.blog.polityka.pl/2019/08/24/tragedia-na-giewoncie-musiala-sie-zdarzyc-bo-solidnie-na-nia-pracowano/
Wydaje mi się, że jednak każdy powinien ku rozwadze ten wpis przeczytać, jest wyważony, bardzo czytelnie napisany. Niestety taka jest prawda: Polacy nie należą do ludzi całkowicie rozgarniętych, nawet powiedziałabym, że bardzo często lekceważą podstawowe zasady życia, obarczeni tą sarmacką jeszcze zasadą, jakoś to będzie, jakoś się uda.
Niestety, tu przyroda pokazała, jak bardzo nie można jej lekceważyć.
I tak, jak napisałam w komentarzu do tego blogu, niestety wiele z tych pseudo turystów idzie tam nie po to, że lubi góry i wspinaczki, lubią zdobywać szczyty i z tego radość czerpią, nie, oni idą tam tylko, żeby się pokazać, żeby zrobić sobie fotkę, którą potem chwalić się będą mogli przed rodziną i znajomymi : „patrzcie, byłam na Giewoncie”
Ja nigdy na Giewoncie nie byłam, bo biorę swoje siły na zamiary wiem, że nie podołałabym trudom wspinaczki, szczególnie własnie przerażały by mnie te łańcuchy, które tyle nieszczęścia ludziom przyniosły, bo okazały się znakomitymi przekaźnikami energii elektrycznej i to o bardzo wysokim woltażu, ogromnej sile, która potrafi zabić, alo ciężko ranić.
No i powstał teraz dylemat, czy pozbyć się krzyża i łańcuchów z Giewontu, skoro są niebezpieczne. Pewnie żelazny krzyż można byłoby zastąpić budowlą w postaci krzyża, zrobioną z kamienia, łańcuchy jakąś miej przewodząca materią ale… niestety Giewont jest szczytem dosyć wysokim, a więc narażonym na bombardowanie przez pioruny i żadne założone tam anty odgramiacze nie pomogą, to ludzie muszą włączyć myślenie, i nie pchać się na taki zagrożony szczyt, skoro w pobliżu słyszy się już pierwsze odgłosy burzy. Właśnie w poprzedni czwartek mieliśmy przykład tego, do czego lekceważenie podstawowych zasad poruszaniu się po górach może się przyczynić
Burza i pioruny są bardzo niebezpieczne nie tylko zresztą w górach, ale jeżeli już na nią się napotkamy, trzeba jak najszybciej schować się w bezpieczne miejsce (broń Boże nie pod drzewami) i ją po prostu przeczekać. Z naturą nie ma zmiłuj się
Właśnie przed chwilą zapowiadali, że temperatura w Krakowie może osiągnąć nawet 34 stopnie Celsjusza i znów mogą występować popołudniowymi godzinami burze.
O, nie! tym razem nie będę taka lekkomyślna i wychodząc z domu nie zostawię swojej pościeli na krzesełku na balkonie, nie ma takiej opcji.
Tyle ile się wywietrzy podczas mojego pobytu w domu musi jej wystarczyć.
To życzę przyjemnego i słonecznego czwartku, jeszcze wiąż tym latem się cieszmy dotąd, póki się da, bo potem pozostaną nam tylko wspomnienia.
P.S dzisiaj panie V.I.P.- ie ani słowa o polityce, ona jest BE, coraz bardziej BE…….