
Wczorajszy dzień był bardzo złym dla mnie dniem, tak bardzo się pochorowałam, że
jako tako pozbierałam się dopiero wieczorem. Nie było mowy, abym do pracy dotarła,
dokładnie mnie zmiotło. Były też i dobre strony tej niedyspozycji , zmierzyłam
wieczorem mój cukier ( przecież byłam na czczo, cały dzień nic nie jadłam) i okazało się, że
poziom cukru był prawie idealny, no w każdym bądź razie dawno już tak niskich jak na mnie
wartości nie miałam. Poranny pomiar cukru też był podobny, acz jeszcze nie idealny.
. Jaki z tego wniosek : najlepiej nic nie jeść, to będę zdrowa. Ale może się to też
skończyć, tak jak w tym kawale:
pewien facet oduczał swojego konia jeść i już, już prawie mu się udało go oduczyć, tylko, że
koń zdechł. A ja zaczynam z cukrem od początku : czyli skoro już spadł, muszę jeść tak,
by go nie podwyższać, może nie skończy się tak tragicznie jak z koniem????
No nic, dieta, dieta, i raz jeszcze dieta i będę idealnie zdrowa , ale czy szczęśliwa na
tym lisku zielonej sałaty???
Dzisiaj wstałam zdrowa i wyspana, nie dziwota po takim wczorajszym maratonie spania,
ale gdy coś dokucza najlepiej przespać ból. A wczoraj mój brzuch wsadzony był do imaka
i następnie był wykręcany raz w prawo, raz w lewo.
No i zaraz radośnie do pracy wyruszam, więc miłego dnia wszystkim życzę