wszyscy kochają Ciotkę Ewę – czyli filozofia stosowana

 

 

Jedni się martwią i dzwonią co chwilę, sprawdzając czy jeszcze żyję, niektórzy mnie nawiedzają, chociaż pewnie się w głębi duszy nieco boją, wszak jest to choroba zakaźna, inni współczują, będąc w oddali na wakacjach.
Ale może to i dobrze, bo od nadmiaru Samarytaninów  pewnie byłabym bardziej jeszcze chora, Bo najwięcej co lubię, to lubię spokój, a ten na szczęście jak na razie, do przyjazdu Moniki i dzieciaków, mam zapewniony. Jeszcze tydzień spokoju, a potem…..Co prawda czasami  teraz nasz dom nachodzi jakaś Młodzież, ( znajomi Julki i Ksawera) ale ostatnio  ich ( tzn gości)  „przegnałam” ( ale wyrodna ciotka co?) i…….. mam spokój.
No bo kto to widział, żeby goście po 22 zaczęli dzwonkami domofonu zakłócać   nocną ciszę domową?. Potem co prawda zamykają się w kuchni i siedzą pół nocy i biesiadują, czego ślady rano oglądnąć można. Jest w miarę wtedy cicho, chociaż przy wychodzeniu z mieszkania w środku nocy czy  nad ranem nawet nie zawsze tą ciszę szanują i wtedy się budzę.
Tak się zastanawiałam kiedyś, jakby mi się żyło samotnie we własnym mieszkaniu, gdzie nie groziłoby mi  na przykład podnoszenie czynszów, albo nadmiar hałaśliwych gości.
Pewnie bardzo dobrze, ale pomarzyć tylko sobie mogę, bo mimo, że zaklinam los  i tak więcej niż dwa numery na sześć możliwych udaje mi się od czasu do czasu w Lotka  skreślić, a to niestety na zakup własnego mieszkania stanowczo  nie wystarcza.
Ale gdyby coś mi się stało? Na przykład upadłabym w łazience, ślizgając się na mokrej podłodze ( to przywara niestety osób w podeszłym wieku), a mieszkałabym samotnie? Pewnie musiałabym z komórką na szyi iść się kąpać, wcześniej w wodoodporną folę owijając ową komórkę, by się nie zamoczyła. A gdybym dostała zawału serca, albo co gorsza udaru mózgu? Zanim by mnie odnaleźli pewnie już zaczęłabym nieco waniać i się zaczynać   rozkładać.
Czyli wszystko ma swoje dobre i złe strony, nawet wspólne, czy samotne mieszkanie, bo niby  z jednej strony nie ma do kogo ust otworzyć, chociaż zawsze jest telefon do gadania,  można też  włączyć TV czy radio, gdzie też w sumie gadają i jeśli ktoś się uprze, może z nimi „porozmawiać”, chociaż raczej byłby to monolog, niż dialog,  ale  gdy tego nikt obcy nie słyszy, nie jest się oskarżonym o mózgowe niedociągnięcia, z drugiej strony czyhające z każdego kąta niebezpieczeństwa……. a to śliska podłoga, nie wyłączony na czas  piecyk  gazowy, pożar  i tym podobne inne zdarzenia, mogące przydarzyć się osobom starszym ( z siadająca mentalnością, jak to ładnie Magda określa), w dodatku przynoszące  przynosząc krzywdę i ból.
Może i  bzdury plotę, ale to jest właśnie samo życie……
Co prawda ja sama siebie do osób o siadającej mentalności jeszcze nie zaliczam, chociaż zdarza mi się o czymś zapomnieć, chyba jak każdemu przeciętnemu człowiekowi, ale czas niestety nieubłaganie na przód pędzi…… może być różnie.
Dlatego, czy nie lepiej jest żyć krócej i normalnie i w miarę  szczęśliwie, ale na własną odpowiedzialność i własną niezależność, niż żyć  dłużej, wymagając od innych  opierunku, zamęczając swoimi chorobami i niedoskonałościami rodzinę, albo co  jest jeszcze gorsze, obcych ludzi, bo co oni w sumie są nam winni?

A dzisiaj następuje kolejny dzionek mojej choroby, mam się zdecydowanie lepiej, chociaż ciągle denerwuje mnie ten zapach smoły, który dociera z mojego opatrunku – niestety ta maść ichtiolowa ma taki smolisty zapaszek, czyli jednym słowem pomalutku przyzwyczajam się do piekielnej nieskończoności, wszak człowiek na wszystko przygotowany być musi, nikt mi niebiańskiej przyszłości zagwarantować nie może…………

O polskich siatkarzach specjalnie nie piszę,  BLAMAŻ, przerżnęli mecz z Rosjanami i wracają do domu bez żadnego krążka, a miało być tak pięknie…….

 

A na poprawę humoru dołączam śliczny, słoneczny kwiatuszek.
Bo nic tak nie poprawia samopoczucia, jak słoneczny uśmiech, a też nie wiadomo, czy słonko dzisiaj się na niebie nam pokaże.

 

MIŁEGO DZIONKA