moje własne

 

Udało mi się jednak zrobić sporo zdjęć z tej rodzinnej, dwudniowej imprezki. Jedno z tych zdjęć ( wydaje mi się, że udane) umieszczam właśnie dzisiaj.
Tak jak pisałam, wczoraj  miałam kłopoty z wpisami do blogu, niby zapisałam a tekst i zdjęcie ginęły. Dlatego okrutnie się zdenerwowałam i skróciłam wydatnie ten wpis.
Wczoraj odbyła  „poprawka z rozrywki”, sporo dobrego mięsiwa i jarzyn z poprzedniego dnia pozostało, a że pogoda znów dopisywała od wczesnego popołudnia aż do wieczornych godzin odbywało się wesołe grillowanie, ale tym razem już beż żadnych trunków wyskokowych, z napojów pozostały tylko soki i inne lubione napoje dziecinno – młodzieżowe. Ja najchętniej raczyłam się wczoraj moją ulubioną Muszynianką, bo ona na pragnienie działa jednak najlepiej i niezawodnie. No i pozostały  od poprzedniego dnia jeszcze dwa spore części  rywalizujących ze sobą serników na zimno, ten z truskawkami babci Irenki i bananowiec Magdy. Zdania były podzielone, niektórzy optowali za truskawkowym, inni za bananowym ( na przykład ja) Oba jednak serniki były pyszne, bo nie pozostało po nich ani okruszka.
Późnym popołudniem nagle zrobiła się niesamowita duchota i od razu z góry wiadomo było, że skończy się to burzą, albo conajjmnej ulewą.
Co znakomitsi goście sobie pojechali troszkę późniejszym popołudniem, niektórzy mieli wręcz daleko do swojego domu, potem odjeżdżali kolejno następni i następni i robiło się coraz ciszej i trochę smutniej, zwłaszcza gdy z dziadkami na wakacje pojechała Mania z Jaśkiem.
Popołudniowy zaduch trochę mnie zmęczył, tak, że opuściłam na trochę gości i poszłam troszkę się przespać, ale jak się przebudziłam, akurat część gości niestety bez pożegnania sobie pojechała, nie chcieli  widać przerwać mojej skromnej drzemki
A gdy kurz spod kół samochodów ostatnich gości rozpłynął się w powietrzu, nagle zerwała się ogromna wichura, która przyniosła morze deszczu. Ju nie można było wysiedzieć spokojnie na tarasie, bo mimo, że jest on zadaszony, ale deszcz tak zacinał, że byłam prawie cała mokra. Cóż przyszła i na mnie pora wtedy  pożegnać się z bardzo gościnnymi gospodarzami i odjazdu do domowych pieleszy.

A dzisiaj rano przywitał mnie raczej  chłodny,  ale i bardzo deszczowy poranek, taki akurat dobry do spania, no ewentualnie do wypicia dobrego dinka.
Mam nadzieję, że nie jest to zapowiedź całego takiego właśnie całego tygodnia.
Bądźmy dobrej myśli, dzisiaj jest przecież ostatni dzień czerwca, a podobno od lipca powraca gorące lato.
Miłego ( mimo złej pogody) dna.