Śmigus-dyngus czyli…..

czyli Lany Poniedziałek, ale czy na pewno nie pomyliłam świąt?????

Rano obudziła nas regularna zima. W około biało od śniegu.
Tylko jak tu kolędować, skoro choinki brak???
Jednak tym razem prognostycy pogody wcale się nie pomylili, co wieszczyli, teraz mamy.
Już nie mówiąc o prognozowaniu pogody przez  mój kręgosłup  no i przede wszystkim o moje kolana, boli, jak diabli, nawet mój  Nimesil średnio pomaga.
A pomyśleć, że wczoraj popołudnie nawet słonko nam nieco przyświeciło! Tak tyci, tyci, ale zawsze.
Ale i tak nieco zmarzłam wczoraj, bo po kościele pojechaliśmy jeszcze na moment na grób mojej Siostry, a wiatr był bardzo silny i dosyć mroźny, tak więc szybko z cmentarza pojechaliśmy do domu, tylko tyle, co zapaliliśmy tam znicze i chwilę odmówiliśmy modlitwę.
Potem wszyscy poszliśmy na zasłużony obiadek i prawie niekończące się pyszne desery, bowiem, tak jak już pisałam Tata Jacka obchodził swoje urodziny.

Był więc wspaniały tort i szampan, a potem spróbowaliśmy mojej Paschy, która niestety niezbyt się udała, to znaczy nie miała typowego kształt Paschy, ale raczej wyglądała jak dobry krem z bakaliami, coś musiałam przedobrzyć, ale i tak wszystkim smakowała  (przynajmniej tak mówili).
Było wesoło i bardzo gwarne, a dzieciaki dawały pokaz tańca, wspaniale im to wychodziło.

Dzisiaj rano chytrze zbudziłam się przed wszystkimi, żeby na wszelki wypadek zabezpieczyć się przed ewentualnym totalnym oblaniem mnie zimną wodą.
Tak całkiem mi się nie udało, ale moje „piski” przynajmniej na tyle pomogły, że zostałam z pistoletu oblana tylko  w nogę. Nie wiem, co będzie dalej, bo dzisiaj przychodzą goście, więc na pewno dzieciaczki mnie jeszcze „dopadną”

Życzę przyjemnego Lanego Poniedziałku, a czy mokrego? Nie, bo ja też wcale nie lubię być polewana 🙂