nareszcie jestem po mordędze

 


Nareszcie jestem w domu Magdy, czyli tam, gdzie też czuję się w domu.
Nie było tak najgorzej, ale żeby to były pieszczoty też napisać nie mogę.
Przyszłam w poniedziałek rano do szpitala i po dłuższym oczekiwaniu „zdobyłam” własne łóżeczko.
Oczywiście nie obyło się bez kilku badań krwi i bez przygotowania do operacji, czyli założono mi wenflon i musiałam przejść tzw kąpiel dezynfekcyjną.
Dostałam na noc środek nasenny, więc całkiem nieźle mi ta noc przeszła, chociaż przyznaję, że miałam taki jeden malutki moment zwątpienia pod tytułem „a może jednak dać stąd dyla”? Rano przeszłam jeszcze jedną kąpiel dezynfekcyjną ( w malutkim pomieszczeniu z natryskiem, gdzie dwie nogi trudno było koło siebie postawić), dostałam tabletkę tzw głupiego Jasia, który rzeczywiście ogłupił, że ledwo co pamiętam  moment ojej jazdy na wózku na salę i momentu, gdy kazali mi się rozebrać i położyć na stole. Potem ktoś mi da maskę na usta i kazał oddychać i to wszystko było, co pamiętam. Po operacji leżałam podobno 4 godziny na wybudzeniówce, o czym oczywiście nie wiem, a potem przewieźli mnie do sali opieki medycznej, gdzie zaczynała się dla mnie gehenna. Co prawda bólu żadnego nie czułam, ale co chwilę mnie budzili i nie pozwalali spać, a tu moja bardzo cieżka głowa kiwała się na prawo i lewo, czasami w przód i w tył i dobrze, że mi dali szafkę po podtrzymywania się, bo na pewno z tego łóżka bym zleciała. I tak kilka razy zaliczyłam prawie że lądowanie nosem na szafce.
Nie mogłam zrozumieć, czemu nie wolno mi spać, skoro o niczym więcej w tym momencie nie marzyłam. Całe szczęście była koło mnie Magda, która pilnowała mnie, żebym nigdzie nie zleciała i mnie podtrzymywała ( le ile można), a gdy na sali pokazał się „mój doktor” pytając o mój stan i gdy Magda spytała, czy nie lepiej mi jednak pozwolić zasnąć odparł  a niech sobie śpi” Podobno zanim skończyć swoje pozwolenia ja już smacznie chrapałam. Co prawda potem jeszcze pielęgniarki chciały mnie wymęczyć i siłą zawlokły  mnie do toalety, ale ponieważ zamierzonego skutku nie odniosły, musiały mnie zacewnikować.
Ta noc była bardzo dla mnie śpiąca, przespałam całą, mimo, że co jakiś czas mierzono mi temperaturę, ciśnienie i zmieniano mi kroplówki, ile ich było, nie wiem, ale całkiem sporo. Za to następnego dnia obudziłam się już całkiem rześka i zupełnie przytomna, więc wywieźli mnie na normalny oddział. Trafiłam na dziesięcioosobową salę, o mnie najpierw przeraziło troszkę, ale nie było tak źle, te dwa dni całkiem nieźle i coraz mniej bólowo zniosłam, chociaż zgłosiła mniepokojące kłucie w boku, więc zaliczyłam sobie dwa dodatkowe badania kontrolne rtg i dwa razy USG. Do tego badania rtg dostałam wstrętny kontrast gastro-grafinę, miał smak anyżu i był słodko – gorzki, brrrrr, ohyda.
Oczywiście mój kumpel Piotr, którego poznałam tuż przed operacją w piątek i o którym wspominałam już w blogu też był operowany w tym samym dniu co ja,z tym, że on dzień operacji zniósł całkiem dzielnie ( nie spał tyle co ja), ale za to troche pokomplikowało mu się później i w związku z tym wyjść miał ze szpitala dzień po mnie, jeżeli oczywiście poprawią się mi wyniki.
Ja na szczęście żadnych kłopotów zdrowotnych nie miałam, mogłam wyjść nawet dzień wcześniej, niż wyszłam, czyli w środę, ale przez to kłucie w boku zatrzymano mnie w szpitalu o dzień dłużej, wyszłam wczoraj, czyli w czwartek.
I od razu poczułam, co to słowo wolność oznacza, nie muszę już ukrywać się z moim elektronem w toalecie, nie muszę biegać kilometrów przez korytarz do tego miejsca odosobnieni i co najważniejsze nie muszę poddawać się obowiązkowej zbiórce moczu, co było dla mnie bardzo dyskomfortowe, przepraszam, że o tym piszę, ale nic co ludzkie nie jest mi obce, a to niestety w  leczeniu bariatryczny taki bilans jest jednym z elementów oceny, czy wszysto dobrze w zoperowanym człowieku działa.

No dobra, te wszystkie kłopoty już za mną, teraz zaczyna się jak na razie niezbyt wesoła rekonwalescencja, która niestety nieCo potrwa, więc muszę uzbroić się w anielską wręcz cierpliwość, z czym Będzie chyba niezbyt łatwo, bo diabełek pod skórą mi został.
W poniedziałek idę na wizytę kontrolną i na wyjęcie szwów, wie znów mnie czeka mała nasiadówka w przychodni przyszpitalnej.
Magda spytała mnie wczoraj: Ciociu, po co właściwie kazałaś sobie ten brzuch poranić, przecież mogłabyś te kleiki jeść bez tego, przynajmniej byś nie czuła bólu.Ale widać tak już musi być, bez bólu nie ma efektu. Chciałaś Babo, to sobie teraz cierp

I to byłoby tyle na dzisiejszy wpis

Miłego dnia